Red Hot Chili Peppers, Iggy Pop – Warszawa (21.06.2023)

Słynny zespół z Kalifornii wystąpił na PGE Narodowym w przedostatnią środę czerwca bieżącego roku. Organizatorem wydarzenia było Live Nation. Ponad półtoragodzinny set Red Hot Chili Peppers poprzedził koncert reaktywowanej The Mars Volty, a chwilę po nim publiczność zgromadzoną na warszawskim stadionie rozgrzał jeden z najważniejszych i najbardziej wpływowych wokalistów w historii punk rocka – legendarny Iggy Pop.

Niestety, nie dane mi było zobaczyć The Mars Volty, ponieważ przez warszawskie korki dotarłem na stadion dosłownie kilka minut przed występem Popa. Nim ten wyszedł na scenę, pojawili się na niej jego sidemani, rozpoczynając koncert klimatycznym Rune z repertuaru Noveller – gitarzystki Sarah Lipstate, związanej niegdyś z St. Vincent, a aktualnie członkini live bandu Iggy’ego. Ponura aura kompozycji jej autorstwa doskonale współgrała z warszawską pogodą. Było duszno, a ponad odsłoniętym dachem PGE Narodowego widać było ciemne chmury. Niespełna kwadrans wcześniej padał z nich ciepły letni deszcz; zmusił on zresztą ekipę techniczną do usuwania wody z płyty stadionu. Melancholijny nastrój Rune przełamany został wysoce energetycznym numerem Five Foot One z trzeciego solowego albumu wokalisty. Siedemdziesięciosześcioletni Pop wtargnął na scenę, podskakując, pełen wigoru mimo sędziwego wieku. Muzyk, standardowo nagi od pasa w górę i z włosami pofarbowanymi na firmowy jasny blond, na scenie PGE Narodowego dwoił się i troił: skakał, wił się i chaotycznie wymachiwał statywem mikrofonowym. Kondycja byłego frontmana The Stooges przebija niejednego dwudziestolatka. Dostarczane przez Iggy’ego show ogląda się z zapartym tchem i szerokim uśmiechem na twarzy. W uszczęśliwianiu publiczności wtórował mu elegancko ubrany zespół koncertowy, któremu granie kompozycji z repertuaru ojca chrzestnego punk rocka sprawiało zauważalną radochę. Zaś zaprezentowana setlista nie miała słabych momentów. Oprócz nieśmiertelnych klasyków z kariery solowej Amerykanina, takich jak The Passenger i Lust for Life, usłyszeliśmy znakomite (i też nieśmiertelne) kompozycje nieodżałowanego The Stooges. Były to: T.V. Eye, I Wanna Be Your Dog oraz Search and Destroy. Koncert dopełniły single Frenzy i Modern Day Rip Off z tegorocznego albumu Popa, świetnego Every Loser. Po niespełna czterdziestu pięciu minutach muzycy opuścili pokaźnych rozmiarów scenę w triumfie i w akompaniamencie owacji. Dodajmy, że z każdym kolejnym utworem nagłośnienie na stadionie ulegało poprawie, tak że pod koniec setu Popa w miejscu, w którym się znajdowałem (dolna trybuna umiejscowiona na szerszym boku obiektu) pasma poszczególnych instrumentów oraz wokalu były już odpowiednio zmiksowane i odseparowane, a dzięki temu przyjemne w odsłuchu.

Setlista:
Rune – cover Noveller
Five Foot One
T.V. Eye – cover The Stooges
Modern Day Rip Off
Raw Power – cover Iggy and The Stooges
The Passenger
Lust for Life
I Wanna Be Your Dog – cover The Stooges
Frenzy
Search and Destroy – cover Iggy and The Stooges

W trakcie półgodzinnej przerwy technicznej między koncertami w Warszawie zaczęło się ściemniać. Na kwadrans przed 21:00, zamontowane na filarach konstrukcji sceny światła zgasły, a na jej deski energicznie wkroczyli trzej muzycy Red Hot Chili Peppers: perkusista Chad Smith, basista Flea i gitarzysta John Frusciante. Następnie, w akompaniamencie gromkiego aplauzu publiczności, trio rozpoczęło pierwszy tego wieczoru instrumentalny jam. Po chwili Flea włączył fuzz – efekt, którym przesterował brzmienie swojego basu. Oznaczało to, że za chwilę usłyszymy genialne intro do Around the World. Tak też się stało. Po kilku taktach słynnego basowego riffu dołączyły bębny Smitha, a gdy na scenę wskoczył wokalista Anthony Kiedis, fani grupy przywitali go gromkimi brawami. Po wykonaniu utworu Kiedis krótko przywitał się z publicznością, po czym wysłuchaliśmy The Zephyr Song. Trzeci w kolejności wybrzmiał hit Snow (Hey Oh), a po nim Here Ever After z wydanego w 2022 roku krążka Unlimited Love. W międzyczasie Flea również powitał zgromadzonych na stadionie fanów. Lider RHCP powiedział, że z Warszawą kojarzy mu się jeden z jego ulubionych pisarzy, Isaac Bashevis Singer, będący z pochodzenia polskim Żydem.

Kolejny zagrany utwór spowodował, że na PGE Narodowym zrobiło się nastrojowo. Był nim jeden z dwóch coverów wykonywanych solo przez Johna Frusciante. Muzyk, pierwszy raz w historii Red Hot Chili Peppers, zagrał na żywo skróconą, chwytającą za serce wersję numeru Dreamboy/Dreamgirl duetu Cynthia & Johnny O. Wydana w 1990 roku, oryginalna aranżacja hitu – reprezentującego nieco zapomniany dziś gatunek latin freestyle – pełna jest syntezatorów i skocznych beatów. Zaśpiewany przez Johna cover, opierający się wyłącznie na poruszającej barwie jego głosu i oszczędnych akordach gitary, zyskał w ten sposób kameralny wydźwięk. Drugi zapożyczony numer, który John zaprezentował publiczności solowo, to Neighborhood Threat, kompozycja pochodząca z ponadczasowego albumu… Lust for Life Iggy’ego Popa.

Red Hot Chili Peppers na aktualnym tournée dysponują dwoma wersjami setlisty. W Polsce usłyszeliśmy wariant setu zawierający kilka mniej popularnych, melancholijnych perełek, takich jak wzruszające Don’t Forget Me czy nostalgiczne I Could Have Lied, którego wykonanie było jednym z najjaśniejszych momentów warszawskiego koncertu Amerykanów. Poza tym po każdym kolejnym zagranym utworze na stadionie robiło się coraz bardziej emocjonująco, a momentami… nieco intymnie. Nie bez znaczenia jest tu fakt, że wewnątrz obiektu wciąż było tak duszno, jakby zaraz miało się rozpadać. Wraz z upływem czasu muzycy czuli się na scenie coraz pewniej i pomimo konferansjerki ograniczonej do minimum udawało im się nawiązać głęboką więź z publicznością. Przemówiła muzyka. Anthony Kiedis coraz częściej odpływał, zamykając oczy w trakcie śpiewu, a cały kwartet coraz częściej pozwalał sobie na sceniczne wariactwa. Słynny wokalista też zabrał się za skakanie po deskach konstrukcji, choć występował w stabilizatorach na nogi, mających zabezpieczyć go przed nawrotem kontuzji sprzed lat. Energia publiczności zgromadzonej na PGE Narodowym spowodowała, że wokalista w pewnym momencie pozbył się siatkowej koszulki, odsłaniając muskulaturę, a Flea wskoczył na wzmacniacze basowe.

W Warszawie nie zabrakło również evergreenów. Usłyszeliśmy Otherside, standardowo poprzedzone jamem Johna i Flea Californication, a także funkowe Tell Me Baby. Nie zagrano natomiast wspaniałego Scar Tissue, energicznego Dani California czy kultowego, mocno osobistego dla Kiedisa Under The Bridge. Coś za coś; wymienione wyżej klasyki wykonywane są w ramach drugiej wersji setlisty RHCP, skupionej bardziej na mocnej prezencji funk-rocka. Niemniej, w Warszawie też dostaliśmy kilka wysoce energetyzujących numerów, jak chociażby By The Way, Give It Away, czy porywające She’s Only 18. A także Black Summer, funkujące Whatchu Thinkin’ oraz niezwykle skoczne i szybkie Me and My Friends z płyty The Uplift Mofo Party Plan. Set dopełniło melancholijne wykonanie Soul To Squeeze.

Warto zaznaczyć, że Red Hot Chili Peppers regularnie podmienia część utworów w obu setlistach podczas aktualnego tournée. Zespół ma w rotacji kilka rzadziej wykonywanych kawałków i nie boi się ich zaprezentować nawet kosztem wyrzucenia z listy hitów. Dodajmy do tego dwa niespodziewane covery zagrane w Warszawie i łatwo zauważymy, że grupa wciąż pozwala sobie na koncertowe eksperymenty i stara się zaskakiwać fanów. Moim zdaniem, dobrze to świadczy o zespole z taką renomą, ponieważ mając za sobą kilkudekadową karierę, względnie łatwo byłoby stworzyć „bezpieczny” zestaw typu greatest hits.

Każdy numer skąpany był w świetle psychodelicznych wizualizacji, które rozciągały się na całą szerokość sceny, a także bezpośrednio nad nią i poniżej muzyków. Wykorzystywany przez grupę główny telebim wygląda, jakby miał nieregularny kształt, który rozlewa się aż pod sam sufit konstrukcji, a następnie spływa za plecy Amerykanów i ostatecznie urywa się przed nimi niczym wodospad. Wizualizacje (opracowane pod każdy z utworów) były nieregularne i pojawiały się to tu, to tam. Cieszy fakt, że wyciągnięto odpowiednie wnioski co do ich wyświetlania – rok wcześniej w Bratysławie twarze i sylwetki członków zespołu były przykryte tym samym filtrem, co obrazki wyświetlane za sceną…

Zaznaczę, że nagłośnienie PGE Narodowego było zaskakująco dobre już od samego początku koncertu popularnych „Red Hotów”. Znajomi usytuowani w innych punktach stadionu również komplementowali uzyskany przez akustyków dźwięk. Powiem więcej: już po kilku zagranych przez RHCP kompozycjach nie mogłem uwierzyć, że warszawski stadion, powszechnie uważany za nagłośnieniowy koszmar, nie przeszkadza w odpowiednim odbiorze utworów zespołu. Częstotliwości basowe schodziły odpowiednio nisko. Nic nie dudniło, a wokale brzmiały czysto i mocno. Gitara dobrze przebijała się przez miks zarówno wtedy, gdy Frusciante grał funkowe, typowo rytmiczne zagrywki, jak i w trakcie soczystych solówek, takich jak ta z dedykowanego Eddiemu Van Halenowi numeru Eddie. Sam zespół zagrał zresztą na najwyższym poziomie wykonawczym, a Anthony Kiedis był tego wieczoru w bardzo dobrej dyspozycji wokalnej. Kilkakrotnie dało się usłyszeć, że jego głos nie trafiał w tonację aktualnie wykonywanego numeru, jednakże nie wyłapałem żadnego kłującego w uszy fałszu. Gdy wokalista czuł, że może nie wyciągnąć danej partii, w bezpieczny i muzykalny sposób ją urywał. Takich sytuacji było ledwie kilka i można było przymknąć na nie oko.

Z nieskrywaną radością stwierdzam, że Red Hot Chili Peppers dali na PGE Narodowym znakomity koncert, do którego trudno się przyczepić. Rozumiem, że dla wielu fanów rozczarowujące mogło być niezaprezentowanie kilku szlagierów z katalogu grupy, ale oceniając warszawski koncert za to, jaki faktycznie był, naprawdę nie mógłbym prosić o więcej. Pozytywnie zaskoczył mnie dobór utworów, świetne nagłośnienie i przede wszystkim – kondycja koncertowa muzyków. Jeżeli macie możliwość, koniecznie obejrzyjcie Red Hotów na ich tegorocznej trasie europejskiej. Nie mam wątpliwości, że warto to zrobić.

Setlista:
Intro – instrumentalny jam
Around the World
The Zephyr Song
Snow ((Hey Oh))
Here Ever After
Dreamboy/Dreamgirl – cover duetu Cynthia & Johnny O wykonany solowo przez Johna Frusciante
Otherside
She’s Only 18
Eddie
Soul to Squeeze
Me & My Friends
Don’t Forget Me
Neighborhood Threat – cover Iggy’ego Popa, wykonany solowo przez Johna Frusciante
Tell Me Baby
Whatchu Thinkin’ – poprzedzone przez Flea muzycznym cytatem z Orange Claw Hammer z repertuaru Captain Beefhart & His Magic Band
Californication
Black Summer – poprzedzone jamem przechodzącym we fragment Little Wing z repertuaru The Jimi Hendrix Experience
By the Way – poprzedzone zaśpiewanym przez Anthony’ego Kiedisa fragmentem “Come Together” The Beatles
I Could Have Lied
Give It Away

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , .