Sezon festiwalowy w pełni, co nie zmienia faktu, że warto śledzić również klubowe koncerty oraz wydarzenia na mniejszych scenach. Do koncertów, których nie mogłam przegapić w tym miesiącu, należał występ Sextile w Warszawie. Zespół z Los Angeles promował tegoroczne wydawnictwo yes, please, a w roli supportu wystąpiła grupa Blokowisko.
Przyznaję się bez bicia, że supportu pierwszy raz słuchałam dopiero przed koncertem.
Szeroko pojęta alternatywa w wydaniu Blokowiska łączy cold wave’ową melancholię i garść rockowych riffów, na tle których wokal przybiera momentami formę melorecytacji.
Zgodnie ze słowami wokalisty Maćka, był to ich pierwszy koncert w VooDoo. Podejście samych artystów do występu sprawiło dobre wrażenie – niewymuszona konferansjerka, z dużym dystansem do siebie, obyło się bez dłużyzn i spiny.
Blokowisko zdawali się stawiać raczej na muzyczną imersję i klimat, który niespiesznie budowano za pomocą wokalu, dwóch gitar oraz sekcji rytmicznej. Zespół stanowił ciekawy kontrast do żywiołowego, zachęcającego do tańca repertuaru Sextile, i choć publikę pewnie porządniej rozruszałby zespół stylistycznie bardziej podobny do headlinera, to chłopakom nie można odmówić kawału dobrej roboty i oczywiście umiejętności gry. Zwłaszcza sekcja rytmiczna spisała się na medal, perkusja wybrzmiała z należytą mocą, a linia basu akcentowała najcięższe momenty w repertuarze Blokowiska.
O ile support widownia oglądała z dość bezpiecznego dystansu, to na Sextile przybyła już dość tłumnie i wypełniła miejsca pod sceną. Doskonale wspominam poprzednią wizytę Amerykanów w stolicy, kiedy grali w Hydrozagadce, wybierałam się więc do VooDoo z wysokimi oczekiwaniami którym zespół sprostał z łatwością.
Choć przed Warszawą grali w Berlinie, skąd przecież do nas nie jest jakoś specjalnie blisko, to po artystach w ogóle nie było widać zmęczenia. Wręcz przeciwnie – Amerykanie doskonale wiedzieli, jak sprzedać żądnej wrażeń widowni swoje charakterystyczne brzmienie i zmienić VooDoo Club w ożywiony, pulsujący rytmem parkiet.
Krótkie, ale za to energetyczne i chwytliwe – tak określiłabym utwory Sextile, które znakomicie wypadają w warunkach koncertowych. Ich występy na żywo kojarzę z fenomenalną energią sceniczną, która udziela się wszystkim zebranym niezależnie od tego, który numer jest akurat grany.
Wiadomo jednak, że fan favorites z marszu zjednają sobie widownię i tak było również tym razem. Bez zbędnego przedłużania zespół zabrał się za bezdyskusyjny hit w postaci Disco, który skutecznie rozruszał publikę. Utwór dosłownie poszedł na pierwszy ogień – pod sceną zrobiło się gorąco, a muzykę czuć było w całym ciele (te basy!).
Syntezator, automat perkusyjny oraz okazjonalne sięganie po gitarę stanowiły wystarczającą siłę napędową, którą dopełniały wokale Melissy oraz Brady’ego.
Poza samą chwytliwością i punkową energią Sextile bezbłędnie zawierają w swojej twórczości także elementy o bardziej transowym, „kwasowym” brzmieniu (Freak Eyes czy No Fun znakomicie to pokazały), jak również kipiące energią utwory, które aż się proszą o mały rave pod sceną – do nich można śmiało zaliczyć Rearrange. A ponieważ gitarowe granie i nieskrępowaną energię zwykło się kojarzyć z metalem, to na koncercie żywiołowego Sextile doczekaliśmy się nawet pogo.
Podczas nośnego Lost Myself Again, z refrenem idealnym do wykrzykiwania, Brady nie tylko zszedł ze sceny (zresztą nie po raz pierwszy w czasie koncertu), ale nawet dołączył do młyna pod sceną, rzucając się w pogo bez porzucania obowiązków wokalnych.
Kolejny wielki plus należy się za to, że nieco wolniejsze kawałki (oczywiście jak na standardy bandu), takie jak Kiss czy Penny Rose, bujały aż miło i stanowiły fantastyczną równowagę do najbardziej „wybuchowych”, porażających dynamiką utworów. Widownia dosłownie falowała w tańcu niezależnie od tego, który utwór grano. Ponadto po dobrze znanym numerze Hazing publiczność doczekała się wyrażonej po polsku wdzięczności, gdy Melissa wykrzyknęła do tłumu całkiem dobrze wypowiedziane „dziękuję”. Fani nie pozostali dłużni, skandując nazwę zespołu i żywiołowo reagując na kolejne utwory.
Koncert, choć ostatecznie trwał około godziny, nie pozostawił chyba nikogo z niedosytem. W VooDoo zrobiło się tak gorąco, a tańce były tak intensywne, że wracałam z poczuciem świetnie spędzonego czasu.
Po Winiary Bookings niezmiennie można się spodziewać zarówno wysokiego poziomu samych wydarzeń, jak i – bardzo często – różnorodnego składu prezentowanych imprez. Ja z kolei niezmiennie uważam, że Sextile ze swoją charyzmą sceniczną i zróżnicowanym repertuarem zasługują na wyprzedane w stu procentach koncerty i tego właśnie im życzę.
Setlista:
Intro
Disco
Freak Eyes
No Fun
Kiss
S is for
Push ups
Contortion
Kids
Crash
Hazing
Penny Rose
Lost Myself
Crassy Mel
Rearrange
Women Respond to Bass
Resist
NYC
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025
- Mütterlein – „Amidst the Flames, May Our Organs Resound” (2025) - 11 listopada 2025
- Conan – „Violence Dimension” (2025) - 23 października 2025

