Site icon KVLT

Siekiera Fest 2021 – Wrocław (06-08.08.2021)

Siekiera Fest to całkiem młoda inicjatywa na polskiej mapie letnich wydarzeń muzycznych w formie open air. Już pierwsza edycja, która odbyła się w 2019 roku zwróciła moją uwagę, a w głowie zapaliła mi się lampka, że warto się przyglądać temu festiwalowi, a chociażby dlatego, że stawia przede wszystkim na młode i mniej znane kapele, których zwykle próżno szukać na dużych eventach. Całość oczywiście została doprawiona doświadczonymi grupami w formie headlinerów, tak aby przyciągnąć publiczność.

Na początku muszę podkreślić, że lokalizacja festiwalu jest po prostu świetna (dla ciekawskich – nie chodzi tu o fakt sąsiadowania z cmentarzem). Wrocławskie Pola Osobowickie to miejsce, gdzie można  spokojnie zmieścić 10-15 tysięcy maniaków metalowego szaleństwa i od razu podkreślam, że mocno kibicuję organizatorom, aby do tego doszło. Ale zajmijmy się koncertowymi wrażeniami, bo na podsumowanie przyjdzie jeszcze czas.

DZIEŃ 1

Na teren imprezy plenerowej zameldowałem się punktualnie. Planowo fest miał się rozpocząć o 17.00, jednak tak jak na pierwszej edycji, tak i w tym roku organizatorom nie udało się uniknąć czasowych obsuw. Jednak z godzinnym opóźnieniem na scenę wtoczyła się pierwsza kapela pod szyldem Necrosys. To młoda i podziemna lokalna załoga, na którą warto mieć oko. Na scenie zaprezentowali klasyczny death metal. Świetny jakościowo, jak i technicznie. Mięsiste brzmienie, ciekawe aranże. Trzeba przyznać, że jak na debiutantów (dwóch muzyków udziela się w grupie Grób) to wstydu nie ma. Ba! Gdyby tylko posiadali zarejestrowaną muzykę na nośniku fizycznym, to byłbym pierwszy przy ich stoisku.

Drugą grupą był wrocławski The Burning Hands. No niestety. Swoją muzyką nie zaskarbili sobie miejsca w moim muzycznym sercu. Dolnośląski kwartet można przyrównać klimatem nieco do Five Finger Death Punch.

 

Kapela nr 3 to był mój must see. Tak się zdarzyło, że był to mój pierwszy koncert Mass Insanity na żywo. Wokalista Marcin „Mały” Brzeźnicki z dużą dawką humoru od początku starał się złapać kontakt z publiką, zachęcając do wspólnej zabawy pod sceną. Brutalny death metal w wykonaniu chojnickiej kapeli można w pewnym stopniu porównać do Traumy, a inspiracje z pewnością płyną od Cannibal Corpse. Przede wszystkim mamy tu do czynienia z ostrą „jazdą” naprzód, są blasty, zwolnienia, miejscami walcowate partie, no i dobre solówki. Setlista w większości zawierała numery z Maveth (2019).

Setlista:
Lega racism
Maveth
Control/manipulate
Supported pathology
Cynical worms
Collapsed and decayed
The Hypochrist
Human Garbage (Napalm Death cover)

Nuclear Vomit to kolejny zespół na scenie. Jak wszystkim wiadomo, grindcore to nie jest gatunek muzyczny, w którym uświadczymy muzycznej wirtuozerii. Grindcore to po prostu dobra zabawa! I tak było tym razem. Nieskomplikowana to acz skoczna muzyka, a do tego dwóch wokalistów wymieniających się guturalami i świńskimi screamami. Jak się okazało, zespół ten ma całkiem sporą rzeszę fanów, bo udało im się ściągnąć chyba wszystkich zgromadzonych ze strefy gastro pod scenę, gdzie momentalnie zrobiło się ciasno. Klasycznie na koniec usłyszeliśmy Oborę, na scenę wpadła obsługa techniczna rzucając w stronę publiki papier toaletowy, czyli nieodłączny element grindowych koncertów.

Następnie doszło do drobnej zmiany w kolejności kapel i na scenie zaprezentował się stonerowy Corruption. Być może za bardzo wbija się tu styl Zakka Wylde’a i BLS, którego nie jestem fanem, być może z innych powodów nie byłem w stanie skupić się na tym koncercie. Dodatkowym gwoździem do trumny tego występu były żenujące teksty wokalisty, o których chciałbym raczej zapomnieć.

Dzień został zwieńczony występem kapeli zagranicznej, czyli słowackiego Doomasa. Zespół ten widzę po raz kolejny, i tak jak wcześniej występ był bezbłędny. To połączenie melodyjnego deathu z ciężarem doom metalu, plus mocarny growl Petera Betko, a całość wzbogacona miejscami o symfoniczne sample. Koncert był świetnie nagłośniony. Na koniec zaś tradycyjnie utwór La Muerte zmiótł mnie z powierzchni ziemi. Coś niesamowitego! I tymi pozytywnymi wrażeniami zakończył się pierwszy dzień.

DZIEŃ 2

Drugi dzień Siekiery był wysłany black metalowymi hordami. Muzyczne piekło rozpoczął śląski Proch. To zespół grający black w norweskim stylu, a dokładniej na modłę Carpathian Forest i wychodzi im to naprawdę nieźle. Klasycznie na scenie został umiejscowiony ołtarzyk ze świecami i kadzidłami oraz obrusem z logo zespołu. Muzycy w klasycznym corpse paincie raczyli publikę swoimi smolistymi utworami, a w tym dwoma nowymi: Zjawa oraz Burza zapowiadając prace nad następcą płyty Trupi Synod (2018).

Kolejną kapelą był Kalt Vindur, której występu nie mogłem odpuścić. Podkarpacki ansambl zaprezentował przekrojową setlistę z niewielką przewagą kawałków z wydanego rok temu albumu .​.​.​and Nothing Is Endless. Niestety, tak jak zespół dwoił się i troił, aby występ zaliczyć do jak najlepszych, tak przeciwności losu były niemiłosierne. Nie dość, że padło oświetlenie, to okazało się, że nagle obsłudze technicznej zniknął kabel do podpięcia sampli. Na dodatek bas brzmiał jakoś niepoprawnie, a gitara Marcina Borula była gorzej słyszalna. Ale jak się okazało zgromadzonej grupie najzagorzalszych fanów i fanek to nie przeszkodziło, bo bawili się świetnie. Była to też pierwsza kapela wywołana przez publiczność do wspólnego zdjęcia.

Po przepince na scenę wtargnął Hate Them All, czyli śląskie black/thrash metalowe trio. Muzycy klasycznie przyodziali kominiarki i przez około 40 minut atakowali swą muzyką zgromadzonych słuchaczy. To był dobry występ. Jednak jako że kapelę widziałem już kilka razy, odpuściłem obecność aż do koncertu Besatt.

Do powrotu pod scenę skłoniły mnie pierwsze dźwięki Deus Mortem. Cały występ to było istne black metalowe szaleństwo. To było moje pierwsze zetknięcie się z DM na żywo i trochę żałuję, że odbyło się to tak późno. Brakuje mi słów, aby to opisać. Koncert totalny.

Po tym muzycznym zniszczeniu nastąpiła dziwnie długa przerwa trwająca 2 godziny! Nie jestem w stanie powiedzieć z czego ona wynikała, ale chyba nie tylko ja się niecierpliwiłem aż Hate, który w Polsce za dużo nie koncertuje rozpocznie swoje show. Doczekaliśmy się, po północy na scenie zameldowała się ekipa dowodzona przez ATF Sinnera. Muszę przyznać, że nowy pałker – 23 letni Nar-Sil (Daniel Rutkowski) – to istna maszyna, to kolejny znakomity perkusista młodego pokolenia. W swojej dyskografii Hate ma sporo dobrych płyt, jednak setlista była dość zaskakująca, chociażby dlatego, że usłyszeliśmy dwa utwory zwiastujące nową płytę! Aż trzy utwory reprezentowały płytę Erebos, do tego zagrali świetny kawałek z jednej z najlepszych płyt, czyli Morphosis. A koniec został zwieńczonym hiciorem – utworem Hex!

Setlista:
Intro
The Wolf Queen (nowy utwór)
Luminous Horizon (z płyty Erebos)
Resurrection Machine (z płyty Morphosis)
Sovereign Sanctity (z płyty Auric Gates of Veles)
Exiles of Pantheon (nowy utwor)
Valley of Darkness (z płyty Crvsade:Zero)
Erebos (z płyty Erebos)
Wrists (z płyty Erebos)

Hex

DZIEŃ 3

Na pierwszy ogień ostatniego dnia festu poszedł Crippling Madness z Białej Podlaskiej. Kapela mi dotychczas nieznana, ale od 8 sierpnia 2021 to się mocno zmieni. To taki dziki i agresywny old school thrash metal, który wchodzi od pierwszej sekundy. Na dodatek liryki w polskim języku, technicznie muzycy wywiązywali się z obowiązków bezbłędnie, no i świetne, lekko zabrudzone i chroboczące acz klarowne brzmienie. Jak się okazało wokalista Boroth to rockandrollowiec pełną gębą, bo tego dnia rozkręcał podsceniczny mosh pit na każdym koncercie! Już pod koniec występu było widać, że organizatorzy zagęszczają ruchy i nie chcą dopuścić do obsuw, aby ten dzień zakończył się w miarę punktualnie, przez co thrash metalowcy nie dostali zgody na zagranie bisu. A szkoda.

Następną kapelą był lokalny metalcore’owy Mindfak. Jednak już w pierwszych momentach ich występu doszedłem do wniosku, że to nie dla mnie. Tego nie mogę powiedzieć o następujących po nich czeskiej grupie InnerSphere, która dosłownie kilka miesięcy temu wypuściła całkiem niezłą płytę Omfalos. Kapela ta gra melodyjną mieszankę death i thrash metalu, co w połączeniu z bardzo dobrym nagłośnieniem i growlami dawało naprawdę świetny efekt. Po przepince na scenie zameldował się death/grindowy F.A.M., który jak dla mnie gra muzykę tożsamą z tym, co pierwszego dnia na scenie pokazał Nuclear Vomit, czyli „taneczny” i blastujący grindcore ze świńskimi wokalami. Kilkanaście utworów o średnim czasie trwania 2 minut, po której miał nastąpić koncert jednej z legend polskiego death metalu, minęło błyskawicznie.

Od jakiegoś czasu Trauma zrobiła się dość mocno aktywnym zespołem, zarówno pod kątem koncertowym, jak i wydawniczym. To bardzo dobrze, bo za każdym razem ich death metal stoi na bardzo wysokim poziomie. Było brutalnie i do przodu.

No i Azarath. Od początku klasa – dobre brzmienie, brutalność oraz intensywność utworów. Jednak od połowy ich show coraz bardziej dochodziłem do wniosku, że każdy następny utwór jest albo kontynuacją poprzedniego, albo poziom zróżnicowania kompozycyjnego jest dość średni. Szalikowcem tego zespołu nigdy nie byłem i chyba nie zanosi się na zmianę tego stanu rzeczy. Ot, solidny występ death/black metalowego łomotu.

PODSUMOWANIE

Reasumujac całe to muzyczne wydarzenie, przyznać trzeba że line-up skonstruowany przez organizatorów był naprawdę niezły. Sporo ciekawych mniejszych kapel, wymieszanych z headlinerami dobrze się sprawdziło.

Jak wspomniałem na początku, miejscówka Siekiery Fest jest wyborna i należy trzymać kciuki za to, aby Pola Osobowickie udało się w coraz większym stopniu zapełniać.

Z merchem wystawił się Zibi oraz Eryk z Old Temple. Było również miejsce na fanty zespołów z festiwalu. Poprawić warto by jednak było inne kwestie. Strefa gastronomiczna nie zachęcała, zróżnicowanie niewielkie, piwo mocno dyskusyjne, żeby nie wyrazić się dosadniej.

Sporym minusem były też czasowe obsuwy (dobre 2 godziny przed Hate oraz dłuższe niż przewidywano przepinki i soundcheck) oraz problemy techniczne z oświetleniem, jak i ich jakość, kiedy jeszcze działały (współczuję fotografom).

Mimo to jestem ciekaw co przyniesie rok 2022 i trzecia edycja Siekiery. A doszły do mnie słuchy, że mają się pojawić zespoły ze Skandynawii.
Do zobaczenia za rok!

Exit mobile version