5 sierpnia Górny Śląsk zatrząsł się w posadach, a to za sprawą organizowanej przez Knock Out Productions imprezy pod szyldem Silesian Noise. Rozpoczynający swój żywot jako „po prostu” koncert Mastodon, Ministry i Between the Buried and Me event szybko rozrósł się o drugą scenę, na której wystąpiły grupy Owls Woods Graves, Obituary oraz dla wielu absolutny klejnot we wtorkowej koronie – wracająca z ośmioletniego niebytu Kylesa. Tym samym wydarzenie stało się pełnoprawnym minifestiwalem, który mam nadzieję zagości na koncertowej mapie Polski na stałe.
Słowa uznania zdecydowanie należą się Knock Outom, którzy oprócz gwiazd z wysokiej półki przygotowali szereg atrakcji pozakoncertowych – od tatuatora, przez kilka sklepików z płytami, stoiska z pracami Kuby Sokólskiego i Ewy Żydowicz, aż po nieustające didżejskie pląsy w wykonaniu Red Smoke Dance Experience, dzięki którym nie będąc akurat pod jedną ze scen można było pobujać się chociażby do dźwięków Dopelord. Nie było również żadnych dużych obsów, wszystko odbywało się w zasadzie punktualnie i choć początkowo myślałem że brak konkretnych przerw między zespołami będzie mi doskwierał, to w zasadzie nie odczułem go prawie w ogóle.
Najważniejsze było jednak to, co na scenie, a gdy dotarłem już do katowickiego MCK (swoją drogą była to moja pierwsza koncertowa wizyta tutaj i naprawdę szkoda, że tak rzadko odbywa się tu coś metalowego, bo miejscówka jest świetna) trwał występ znanego i lubianego nad Wisłą Owls Woods Graves. Myślę, że muzycy wchodzący w skład tego projektu doskonale wiedzą, że mają w swoich portfolio sporo znacznie lepszych rzeczy, choć przyznaję, że serwowana przez zespół prosta fuzja punka i black metalu niewątpliwie ma swój urok. Na pewno OWG pasuje mi do roli otwieracza na tego typu eventach – jako szybki strzał rozbudzający publikę spisali się we wtorek więcej niż dobrze, a kompozycje takie jak Idzie diabeł poderwały do lekkiego ruchu nawet tych najbardziej sceptycznie nastawionych. Więcej niż pół godziny byłoby dla mnie jednak nieco nużące, dlatego tym razem byłem wyjątkowo zadowolony z lekkiego spóźnienia.
Ich występ o wiele bardziej doceniłem jakieś dziesięć minut po jego zakończeniu, kiedy to opuszczałem salę, na której grało Between the Buried and Me. Amerykanie pierwszym utworem nie przekonali mnie do siebie do tego stopnia, że uznałem ich koncert za doskonały moment na sprawdzenie wspomnianej wcześniej strefy merchowo-wystawowej oraz zajęcie dobrego miejsca na koncert będący dla mnie gwoździem wtorkowego programu.
Mowa oczywiście o zespole Kylesa, który po ośmiu latach zawieszonej działalności w zeszłym roku wrócił do koncertowania. Wieść o ich dołączeniu do wydarzenia była dla mnie jednym z tegorocznych highlightów i mimo tak wysokich oczekiwań byłem ich występem w pełni ukontentowany. W kwestiach wizualnych nie ma zbytnio o czym mówić, zespół po prostu wyszedł, odegrał swoje i zszedł. Wykonawczo było jednak tip top (mimo drobnych problemów z gitarą Laury Pleasants w jednym z utworów) i wielka szkoda, że podczas petard takich jak Scapegoat czy Where Horizon Unfolds nie wywiązał się żaden kocioł – podczas przedkoncertowych przygotowywań wyobrażałem sobie prawdziwe piekło pod sceną, finalnie trzeba było zadowolić się headbangingiem. Kylesa we wtorkowy wieczór przypomniała praktycznie każdą ze swoich płyt (ominięto jedynie ostatni krążek Exhausting Fire), skupiając się przede wszystkim na Static Tensions i Spiral Shadow, nie dziwi więc, że ze sceny spuszczana była bomba za bombą (w tym na szczęście mój ulubiony Unknown Awareness), a mój kark nadal cierpi na bardzo odczuwalne zakwasy. Mimo że zespół wrócił do grania względnie niedawno, nie było widać po nich żadnych oznak zardzewienia, są w świetnej formie, dali występ wieczoru i cholera, mam nadzieję, że na koncertach się nie skończy. Oraz, że już niebawem wrócą do Polski na własny koncert, może z jakimś nowym materiałem?
Setlista:
Tired Climb
Bottom Line
Don’t Look Back
Cheating Synergy
Nature’s Predators
Descend Within
Said and Done
Unknown Awareness
Unspoken
Hollow Severer
Where the Horizon Unfolds
Running Red
Scapegoat
Szybka toaleta i trzeba było udać się na Ministry. Z zespołem Ala Jourgensena do tej pory było mi nie po drodze – do tego stopnia, że oprócz Thieves i Just One Fix nie znałem żadnego z zaprezentowanych we wtorkowy wieczór utworów. No i w sumie dobrze, bo dzięki temu grupa swoim świetnym koncertem mogła wziąć mnie totalnie z zaskoczenia. Z głośnością podkręconą względem poprzednich wykonawców, oprawą sceniczną godną headlinera (wielgachne panele z wizualizacjami, czadowy statyw na mikrofon) i ogromnym ładunkiem gniewu i przebojowości, tak zwani „ojcowie industrialu” doszczętnie pogruchotali moje bębenki. Zespół skupił się na kawałkach nagranych w końcówce lat 80. i początku 90., wzbogacając setlistę o kilka nieco świeższych kompozycji. Żeby nie było jednak do końca kolorowo, muszę wspomnieć o tym, że jestem praktycznie pewien, iż frontman Ministry pomagał sobie taśmą. Niektórzy fani grupy, z którymi później rozmawiałem, nie wydawali się szczególnie zaskoczeni tym faktem, i mi jako osobie nie znającej materiału źródłowego nieszczególnie to przeszkadzało, nie mogę jednak o tym nie wspomnieć – w końcu nie po to chodzi się na koncerty, aby słuchać nagrań sprzed ponad 30 lat. Sumarycznie byłem jednak zadowolony z tego, co grupa zaprezentowała w MCK i obiecałem sobie nadrobić przynajmniej te najpopularniejsze z jej dokonań.
Setlista:
Thieves
The Missing
Deity
Rio Grande Blood
LiesLiesLies
Goddamn White Trash
Alert Level
Burning Inside
Stigmata
N.W.O.
Just One Fix
Jesus Built My Hotrod
So What
Następnie przyszedł czas na kolejny w ostatnim czasie występ Obituary, których nie tak dawno widziałem na „pożegnalnym” koncercie Sepultury w katowickim Spodku. Wtedy ich występ umieściłem na najwyższym stopniu podium, we wtorek niestety bliżej końca stawki, wyżej jedynie od Between the Buried and Me. Nie ma w tym winy zespołu, który jak zwykle dostarczył kawał potężnej death metalowej sieki, tym razem opartej w dużej mierze na obchodzącym swoje trzydzieste urodziny krążku Cause of Death. Był to klasycznie profesjonalny występ florydzkich deathmetalowców i jak zawsze wykonawczo nie było tutaj słabych punktów. Przyszedłem jednak do MCK po zdecydowanie inne dźwięki, a podkręcona jeszcze bardziej niż na Ministry głośność tego występu po kilku utworach skutecznie wykurzyła mnie poza salę, dzięki czemu mogłem zająć bardzo dobre miejsce pod sceną, na której wkrótce miała pojawić się gwiazda wieczoru.
Nie wiem, co podziało się na sali The Crucible, gdy ze sceny zeszło już Ministry, ale nienaganne do tamtej pory nagłośnienie zostało na początku występu Mastodon totalnie schrzanione. Otwierające ich seta Tread Lightly, The Motherload i Pushing the Tides zabrzmiały po prostu bez energii, dźwięk sprawiał wrażenie przytłumionego, a głośniejsze od gitar były osoby stojące dookoła mnie. Sytuacja na szczęście zaczęła ulegać stopniowej poprawie już od Crystal Skull, aby w końcu od Megalodon pozwolić zespołowi zabrzmieć z właściwym pierdolnięciem. Zapytacie, czy Mastodon bez wyrzuconego niedawno z zespołu Brenta Hindsa daje radę? Otóż daje, zastępujący Hindsa na trasie Nick Johnston został przez katowicką publiczność przyjęty bardzo ciepło, chociaż niestety kawałków z Crack the Skye póki co chyba nie będzie nam dane usłyszeć na żywo. Zespół sięgnął za to po każdy z pozostałych albumów i pokazał, że mimo istotnego ubytku w składzie wciąż potrafi dać świetny koncert – żywiołowy, bez fałszów, o których kiedyś sporo się nasłuchałem, ze sporym luzem i FAN-TA-STY-CZNĄ oprawą wizualną, która bardzo pomogła mi przetrwać początkowe rozczarowanie kiepskim dźwiękiem (moją uwagę niezwykle skutecznie przyciągały przede wszystkim mocno „kwasowe” animacje oraz prawdziwy festiwal kolorów z nimi związany). Szkoda jedynie, że zespół naprawdę potraktował swój występ jak koncert festiwalowy i zagrał jedynie 75 minut, wieńcząc wieczór coverem Supernaut w hołdzie dla Ozzy’ego. Z powodu krótszego metrażu zabrakło miejsca na kilka hiciorów, chociażby na wyczekiwany przeze mnie Teardrinker – cóż, przynajmniej jest dobry powód, żeby następnym razem również wybrać się na koncert Amerykanów. A okazja powinna nadarzyć się prędzej niż później, gdyż Troy Sanders nieoficjalnie zapowiedział tegoroczne nagrywki nowego materiału, który podobno jest już napisany, oraz wyraził chęć powrotu do Polski w przyszłym roku, już z nowymi utworami.
Setlista:
Tread Lightly
The Motherload
Pushing the Tides
Crystal Skull
Black Tongue
Megalodon
Ember City
More Than I Could Chew
All the Heavy Lifting
Spectrelight
Mother Puncher
Steambreather
Blood and Thunder
Supernaut (cover Black Sabbath)
Dzięki Knock Out Productions za zorganizowanie w Katowicach takiej imprezy! Kusi mnie bardzo, aby określić wtorkowe Silesian Noise jako „pierwszą edycję”, ale póki co nie chcę zapeszać. Nie będę jednak ukrywał, że bardzo bym chciał, aby to wydarzenie nie było jednorazowym strzałem – Śląsk potrzebuje jakiejś większej imprezy, a MCK jest na to wręcz idealnym miejscem. Myślę, że obiekt ten nie był we wtorek opuszczany przez jakąkolwiek niezadowoloną osobę. Było świetnie, ja chcę jeszcze raz.
Autorem zdjęć jest Norbert Dorobisz. Więcej fotografii już wkrótce w naszej galerii.
- Königreichssaal – „Loewen II” (2025) - 26 stycznia 2026
- Asteriæ – „Miejsce, które nazywam sobą” (2025) - 22 stycznia 2026
- SaintSombre – „Earth/Dust” (2024) - 12 stycznia 2026

