Slash w towarzystwie Mylesa Kennedy`ego i The Conspirators gra w Polsce tak często, że powoli czuć już chyba przesyt. Kiedy zawitali do nas po raz pierwszy w 2013 roku, biletów stojących i na dobre sektory na trybunach nie było po kilku dniach. Wczoraj z kolei łódzka Atlas Arena wypełniła się tylko w połowie. Trzeba jednak oddać Kudłatemu, że ma oddanych fanów, którzy wiedzą, jak należycie przyjąć swoich idoli. Oprócz obowiązkowej dobrej zabawy i wspólnego śpiewania sympatycy Slasha przygotowali dwie dodatkowe atrakcje- w czasie Nightrain powędrowały w górę charakterystyczne cylindry, a podczas Starlight publiczność rozświetliła halę latarkami,
telefonami i zapalniczkami. Spod bujnej czupryny Saula Hudsona widać było szeroki uśmiech.
Sam koncert? Głosy są podzielone. Ci , którzy widzieli Slasha po raz pierwszy bądź drugi, są zachwyceni. Jeżeli ktoś jednak na żywo widywał go częściej, może czuć zawód. I ja należę do tej drugiej grupy. To był mój czwarty gig Slasha. Brakowało mi więc elementu jakiegokolwiek zaskoczenia, jakiejś zmiany. Zespół stawia na prostotę- podpinamy gitary do pieca i jedziemy. Z jednej strony to fajnie, bo liczy się przecież surowy i szczery rock `n` roll, ale obawiam się, że wielkie hale przeznaczone są na spektakularne widowiska, a miejsce takich występów jak wczoraj, jest w klubach. I o tym właśnie marzę, by Slasha z Mylesem i resztą zobaczyć w takiej Progresji czy Fabryce. To by była jazda!
Repertuar został skrojony wedle podziału: 1/3 Gunsów, 1/2 kawałki z dwóch ostatnich płyt, reszta to jeden utwór Velvet Revolver plus coś z solowego debiutu. Niby fajnie, ale czekam i doczekać się nie mogę na coś z It`s Five O`Clock Somewhere, przecież Neither Can I, czy Beggars & Hangers-On sprawdziłoby się doskonale. Z repertuaru Guns N` Roses świetnie byłoby usłyszeć Perfect Crime albo Locomotive. Wychodzi jednak, że możemy o tym tylko pomarzyć. Szkoda, bo według mnie lepiej zagrać dwa numery więcej, zamiast przez ponad jedenaście minut wycinać solówkę w Rocket Queen. Odnotuję jednak, że w Łodzi zabrzmiał Bad Rain, zagrany dopiero trzeci raz w ciągu ostatnich dwóch lat.
Nie można też nie wspomnieć o tym, co wydarzyło się w czasie Sweet Child O` Mine. Slash przed tym numerem zapowiedział gościa specjalnego, kogoś utalentowanego i pięknego. Po czym na scenę wyszła Doda. Tak, ta Doda. Mam poczucie kompletnej żenady. Jeden z najlepszych rockowych utworów wszechczasów został zaprezentowany w wersji rodem z Cepelii. Miejsce takich buraczano-wieśniackich wykonań jest na imprezach typu Sylwester z Dwójką, ale też dopiero po północy, kiedy ludzie będą już pijani i nie będą wiele słyszeć, a nie koncercie legendy rocka. Kto wpadł ta ten absurdalny pomysł? Wystąp! Chętnie cię pogryzę!
Inny minus to wykonania niektórych utworów. Bywało niechlujnie, niedokładnie, jakby zespół gdzieś się spieszył. Brylował w tym o dziwo Slash. Przykro mi to przyznać, ale solo w Welcome to the Jungle brzmiało lepiej w Rybniku w wykonaniu Bumblefoota. Właśnie kawałki Gunsów brzmiały szczególnie źle. Wspomniany utwór, a także You Could Be Mine i Rocket Queen wykonywane są znacznie lepiej w wykonaniu zespołu Axla. Przynajmniej tak było, bo przecież Rona Thala i DJa Ashby w GN`R już nie ma. Jak jednak głoszą plotki już za chwilę, już za moment, dostaniemy to, na co czekamy- reaktywację klasycznych Gunsów. I może to jest powód, dlaczego nie było w Łodzi tak magicznie, jak bywało wcześniej. Może już wszyscy, i fani i Slash, są już myślami gdzieś indziej.
Mimo narzekań muszę przyznać, że kiedy następnym razem Saul Hudson i jego kompania znów zawitają nad Wisłę, na pewno zjawię się i ja. Slash nawet jak zawodzi, to gra na poziomie dla wielu nieosiągalnym.
zdjęcia nadesłane do nas przez fanów, za co serdecznie dziękujemy
- Venom – „In Nomine Satanas – The Neat Anthology” (2019) - 29 października 2019
- Rusza sprzedaż karnetów na Hellfest 2020 - 8 października 2019
- Knotfest & Hellfest – Clisson (20-23.06.2019) - 22 lipca 2019

