Slipknot od wielu lat uchodzi za świetnie naoliwioną maszynę koncertową. Prywatnie nie do końca zgadzam się z powyższym: miałem okazję widzieć ich na przestrzeni siedmiu lat czterokrotnie i powszedni występ muzyków, który odbył się w tym samym miejscu (czyli w trójmiejskiej Ergo Arenie, zimą 2016 roku) wzbudził we mnie mieszane uczucia. Odniosłem wrażenie, że Amerykanie mieli wtedy gorszy dzień, a na scenie obecni byli jedynie fizycznie. Ot, byle przebrnąć przez 90-minutowy set i wrócić do hotelu. Co więcej, co dwa-trzy utwory grupa udawała się za scenę, a następnie dosyć nieśpiesznie na nią wracała. Sytuacji nie ratowała wówczas nawet nietypowa setlista, oparta częściowo o legendarną IOWĘ. A teraz, siódmego sierpnia, miałem okazję sprawdzić jak słynna dziewięcioosobowa ekipa radzi sobie na żywo w wersji Anno Domini 2022. Tamte sześć lat temu trójmiejski obiekt zapełniony był w około dwóch trzecich, a kilka trybun wręcz świeciło pustkami. Tym razem fani szczelnie wypełnili całą arenę.
Wieczór rozpoczął występ młodych muzyków z Vended. Pośród nich znaleźli się Simon Crahan i Griffin Taylor (odpowiednio: perkusista i wokalista). Ten pierwszy jest synem Shawna „Clowna” Crahana, współzałożyciela i „dyrektora kreatywnego” Slipknot, zaś drugi to potomek frontmana grupy, Coreya Taylora. Abstrahując od kontrowersji związanych z zabieraniem młodszego pokolenia na międzynarodowe trasy koncertowe, Vended „daje radę” na żywo, a na dodatek brzmi jak zespół z co najmniej kilkuletnim stażem koncertowym. Pomimo opublikowania jedynie sześciu utworów (w Gdańsku odegrano je wszystkie), grupa dysponuje wypracowanym, zwartym dźwiękiem oraz wyraźnie odczuwalnym, nastoletnim entuzjazmem. Młodzieńczy wigor zapewnia dostarczenie publiczności solidnej dawki energii. Zestaw ruchów Griffina Taylora bardzo przypomina ten ojca, lecz wokalista Vended śmiało kreuje własny wizerunek, na przykład wijąc się z gołym torsem przed statywem mikrofonowym. Inni muzycy grupy nie oszczędzają się w headbangingu i sprawnie odgrywają swoje partie, co oznacza, że nie mam zarzutów również wobec aspektów stricte wykonawczych. Porównania tej ekipy do Slipknota są nieuniknione, niezależnie od okoliczności i kontekstu dyskusji, ale Vended to twór w pełni suwerenny, którego niespełna półgodzinny set skutecznie rozgrzał publiczność zgromadzoną w Ergo Arenie.
Setlista:
Ded to Me
Burn My Misery
Bloodline
Overall
Asylum
Antibody
Następny w kolejności był Jinjer, czyli pewnie najbardziej rozpoznawalny zespół metalowy pochodzący z Ukrainy. Jeszcze kilka lat temu grupa ta regularnie występowała w lokalnych pubach i klubach w Polsce, a ceny biletów na jej koncerty nie przekraczały wartości banknotu z nadrukowanym wizerunkiem Kazimierza III Wielkiego. Kilka lat później zespół doczekał się międzynarodowej kariery, a od jakiegoś czasu regularnie gości na trasach Slipknot (nie tylko tych europejskich). Pod względem techniczno-wykonawczym, w Gdańsku muzycy Jinjer nie mieli sobie równych. Precyzyjne egzekwowanie skomplikowanych zagrywek technicznych połączone ze świetną prezencją sceniczną (każdy w tym kwartecie potrafi na długo przykuć uwagę gawiedzi) stanowi o profesjonalizmie wypracowanego show. Wokal Tatiany w Gdańsku brzmiał zachwycająco: nie odnotowałem żadnego błędu, wyjścia poza tonację czy niedociągniętej frazy. Widać i słychać, że popularność Jinjer na całym świecie przyszła w pełni zasłużenie, a zespół robi wszystko, by stale rosnąć w siłę. Dowodem na to jest chociażby magiczne wykonanie słynnego Pisces, przeplatającego standardowe, progresywnie brzmiące bangery typu Teacher, Teacher! i Colossus. Przekrojowa setlista typu „greatest hits” przeplatana była kilkoma niezwykle ważnymi przemówieniami Tatiany dotyczącymi wojny wyniszczającej naszych wschodnich braci. Dodajmy, że za plecami zespołu wisiał wielki ekran z logo grupy, który podświetlały dwie barwy: żółta i niebieska. Slava Ukraini!
Setlista:
Call Me a Symbol
On the Top
Home Back
Perennial
Teacher, Teacher!
Vortex
Pisces
Colossus
Slipknot zaczął mocno, bo od Disasterpiece. Wybór takiego numeru na wejście dosłownie „odpalił” zgromadzoną w Gdańsku publiczność. Mnie zresztą również. Od samego początku zespół nie oszczędzał się w headbangingu, a reakcja odbiorców była wprost proporcjonalna do tego, co działo się na scenie. Pogo miało miejsce w kilku miejscach sali jednocześnie, i to zarówno na Golden Circle, jak i w przednich rzędach płyty. Rzekłbym: czysty chaos, czyli klasyczny koncert Slipknot. W wariowaniu prym wiódł głównie Michael Pfaff, najkrótszy stażem członek dziewiątki z Iowy. Pieszczotliwie nazywany Tortilla Manem, w Ergo Arenie dwoił się i troił; odgrywał swoje partie perkusyjne, śpiewał chórki (jego umiejętności wokalne zauważalnie się poprawiły), a co najważniejsze, nie szczędził sobie karkołomnych wygłupów. Pfaff wielokrotnie zwisał ze swoich bębnów kilka metrów nad ziemią, ryzykownie skakał na okoliczne podesty i robił wszystko, by jak najszybciej zapewnić sobie wizytę w najbliższym szpitalu. Na szczęście obyło się bez kontuzji. Widać, nadrabiał energią za Sida i Clowna, którzy tego wieczoru sprawiali wrażenie nieco wycofanych. W świetnej dyspozycji byli także gitarzyści Jim Root i Mick Thompson. Ten drugi zgubił wiele kilogramów, a po kilku operacjach kręgosłupa powrócił do swojego typowego, brutalnego headbangingu. Najważniejszą kwestią pozostaje jednak kondycja wokalna frontmana. Z nieskrywaną satysfakcją stwierdzam, że wokal Coreya Taylora w 2022 roku jest powalający. Słychać, że rzucenie papierosów i przejście na zdrowy tryb życia wyszło mu na dobre. Jego aktualne możliwości tlenowe napędzające pełną alikwotów barwę głosu robią niemałe wrażenie.
Dostarczenie solidnego show sprawdziło się jako dobra taktyka na start koncertu, ponieważ początkowo niespecjalnie można było skupić się na odpowiedniej percepcji warstwy instrumentalnej. Drugim numerem zagranym w Trójmieście był kolejny kultowy klasyk, Wait and Bleed. Następnie usłyszeliśmy nieco progresywne All Out Life, które tradycyjnie już okraszono pirotechniką. Niestety, nawet po naniesieniu stosownych poprawek, wypracowane przez akustyków brzmienie nadal pozostawiało wiele do życzenia. Problemy z dźwiękiem były odczuwalną bolączką aż do końca półtoragodzinnego setu grupy. Poza tym, gdzieś w drugiej połowie tegorocznego występu wysiadł bas V-Mana, jednakże po zmianie instrumentu technikom udało się sprawnie przywrócić pełne pasmo jego niskich częstotliwości. W trakcie pauz między utworami Corey Taylor zwracał się bezpośrednio do publiczności. Kto był wcześniej na którymś z występów Slipknot, wie, że Taylor dysponuje kurtuazyjnym wachlarzem wyuczonych regułek powtarzanych słowo w słowo z koncertu na koncert. Niemniej, i tak doświadczonego muzyka udało się zaskoczyć. W pewnym momencie spora część osób przebywających na strefie Golden Circle zasiadła na podłodze Ergo Areny i zaczęła wiosłować.
Miłymi akcentami setlisty były dwa numery z albumu All Hope is Gone: Dead Memories oraz Sulfur. Płyta ta nie jest zbyt lubiana przez jej kompozytorów i zazwyczaj promuje ją wyłącznie Psychosocial. Rzecz jasna, nie zabrakło go w Gdańsku i tym razem. Nadchodzący krążek The End, So Far wyróżniono singlem The Dying Song (Time to Sing), który w chwili pisania tych słów brzmi już jak pełnokrwisty klasyk, a We Are Not Your Kind z 2019 roku reprezentowało wyłącznie Unsainted. Dobrze było usłyszeć także Custer z 5. The Grey Chapter. Największą kontrowersją europejskiej trasy Slipknot pozostaje wielka nieobecność Sic w setliście, ale tu pochylmy się może na chwilę nad clue problemu. Grupa od kilku lat gra na żywo prawie wyłącznie jeden pakiet hitów, z trasy na trasę zmieniając w nim dosłownie po kilka piosenek. Gdybym miał w jakiś sposób próbować zestawić trójmiejski koncert Slipknot z występami jakiejś innej metalowej grupy wyprzedającej areny, rzekłbym, że aktualnie serwowane show zespołu z Iowy najbliższe jest występom… Ghost. Obie te ekipy pozwalają sobie na dużą dozę teatralności, w której nie ma miejsca na błędy produkcyjne. Krótko: zbyt wiele spraw może pójść nie tak. Jednak w przypadku Slipknot brak choćby odrobiny nieplanowanego szaleństwa pozostawia odbiorcę w konsternacji. Oczywiście, czasy podpalania się na scenie i stage divingu wprost z wysokiego balkonu na publiczność bezpowrotnie minęły. Nic dziwnego, bo panowie nie młodnieją (trudno w to uwierzyć, ale większość z nich jest już po pięćdziesiątce), a więc i występy na żywo musiały ulec przemianie. Sęk w tym, że na każdym z czterech koncertów, które miałem okazję oglądać, tego szaleństwa było coraz mniej, a teraz w sierpniu nie dało się go odczuć prawie w ogóle. Spod bębnów Clowna i Tortilla Mana zniknęły wielkie sprężyny, które przez wiele lat były nieodłącznym elementem sceny, a i pirotechniki było zauważalnie mniej niż na poprzednich polskich występach. Cicha przemiana dotychczasowej formuły trwa. Slipknot Anno Domini 2022 mocno odbiegał nawet od całkiem udanego występu z lutego 2020 roku, który odbył się w Łodzi tuż przed pandemią COVID-19. Aktualnie, występ Coreya, Clowna i spółki skupia się przede wszystkim na precyzyjnym aspekcie wykonawczym. Tylko tyle i aż tyle. Nie zrozumcie mnie źle, opuszczając Ergo Arenę byłem całkiem zadowolony (było o niebo lepiej niż w 2016), ale nie na tyle, by kilka dni później odczuwać post-koncertowe smutki. Pora na gruntowne odświeżenie formuły koncertów i ponowne wprowadzenie do nich miejsca na choć odrobinę ryzyka, choć oczywiście bezpiecznego dla muzyków. Inaczej wartości, które przyświecały dwóm pierwszym albumom Amerykanów, mają szansę rozmyć się w powietrzu.
Setlista:
Disasterpiece
Wait and Bleed
All Out Life
Sulfur
Before I Forget
The Dying Song (Time to Sing)
Dead Memories
Unsainted
The Heretic Anthem
Psychosocial
Duality
Custer
Spit It Out
Encore:
(515)
People = Shit
Surfacing
Till We Die
Autorem galerii zdjęć jest Michał Kotarbiński.
- Czernina — „Oszukać Listopad” (2025) - 21 stycznia 2026
- KANNABINOID już w styczniu w Lublinie - 3 grudnia 2025
- SYSTEM OF A DOWN, QUEENS OF THE STONE AGE oraz ACID BATH na koncercie w Polsce w 2026 roku - 10 września 2025






