Soundedit Festival 2025: Fields Of The Nephilim, 1984, The Chameleons – Łódź (18.10.2025)

fot. Małgorzata Wojna/Festiwal Soundedit

Organizowana w drugiej połowie października 17. edycja łódzkiego Soundedit Festival była prawdziwą gratką nie tylko dla przedstawicieli branży dźwiękowej, ale także dla fanów muzyki postpunkowej i gotyckiej. W sobotę, 18 października, na deskach łódzkiego klubu Wytwórnia wystąpili bowiem grający po raz pierwszy w naszym kraju The Chameleons oraz legendarni w kręgach sympatyków rocka gotyckiego Fields of the Nephilim. Tym razem nie mogłem przegapić szansy obejrzenia tych drugich, kierowany więc nieodpartą chęcią usłyszenia na żywo choćby fragmentów pomnikowego Elizium, skierowałem w weekend swoje kroki – oraz oczy – w stronę historycznej stolicy polskiego przemysłu włókienniczego.

Na samym wstępie muszę opisać swoje pozytywne wrażenia, jakich doznałem po wejściu do łódzkiej Wytwórni. Była to dla mnie pierwsza okazja, by zobaczyć to miejsce na żywo. Przestronny, bardzo dobrze wyposażony, oferujący naprawdę wysoki standard lokal przedzielony został na dwie sale, w których już na starcie zgromadziły się rzesze fanów obu zaplanowanych na ten wieczór zespołów.

Chwilę po godzinie 19, w dość tłumnie już zapełnionej sali, swój koncert rozpoczęli The Chameleons. Choć sam jestem fanem raczej tych smutniejszych, melancholijnych i przygnębiających klimatów postpunkowych, nie mogę nie przyznać, że doświadczenie żywiołowej i witalnej muzyki Brytyjczyków (a także ich zachowania scenicznego, którego mogliby pozazdrościć im dużo młodsi koledzy po fachu), było czystą przyjemnością. Po raz pierwszy występujący w Polsce zespół nie ukrywał swojego zaskoczenia przyjęciem. Vox komplementował publiczność, zagajając jednocześnie mądre, życiowe opowieści, przeplatane wyrazami wzruszenia i radości z możliwości premierowego występu w naszym kraju. Set był dosyć długi, dzięki czemu fani zespołu mogli nasycić się muzyką grupy, która w sobotni wieczór nie występowała bynajmniej jako support, a równoprawny bohater wieczoru.

Między występami dwóch gwiazd, na sąsiedniej sali zaplanowano mniejszy koncert projektu 1984. Niestety, przez naprawdę szczelnie wypełniony klub i konieczność przedzierania się przez tłumy gęsto ściśnięte w środku Wytwórni, nie byłem w stanie w przerwie między koncertami The Chameleons i Fields of the Nephilim zorganizować niczego poza higieniczną rundką do klubowej gablotki i powrotem na salę w oczekiwaniu na koncert głównej gwiazdy.

Fields of the Nephilim to prawdziwi giganci gotyckiej sceny rockowej, których występy są zawsze prawdziwym świętem dla miłośników mrocznych klimatów muzycznych. Przekrój wiekowy i gatunkowy fanów zgromadzonych pod sceną udowadniał też, że kapela łączy swoją twórczością naprawdę różnorodne towarzystwo: od młodych, nastoletnich gotów, po zatwardziałych metalowców w koszulkach najbardziej brutalnych nazw gatunku, aż po starszych, wyraźnie już „udomowionych” sympatyków gotyckiego rocka, którzy przybyli do Wytwórni, by przypomnieć lata swojej młodości. Naprawdę uroczy i rozczulający widok.

Nie da się ukryć, że Brytyjczycy to cholernie leniwe i niedbające o zadowolenie fanów skurczybyki – występują nie dość, że sporadycznie, to jeszcze praktycznie za każdym razem powtarzają ten sam set. Nie inaczej było w Łodzi, choć liczyłem, że ze względu na trzydziestopięciolecie wydania, pojawi się więcej materiału z Elizium (którego jestem absolutnym fanatykiem). Zadowolić musiałem się dwoma utworami z tego albumu (For Her Light, At the Gates of Silent Memory) które towarzyszyły przekrojowej setliście, zawierającej naturalnie największe evergreeny grupy (z Preacher Man, Dawnrazor i Moonchild na czele). Set zagrany zostały w sposób wręcz ociekający klimatem, magią i ezoteryczną, okultystyczną aurą (olbrzymia w tym oczywiście zasługa starzejącego się jak wino Carla McCoy’a, którego charyzma i urok wydają się z upływem lat tylko umacniać). Zespół zabrzmiał też ze stosowną potęgą, dzięki czemu klimat wytworzony w łódzkiej Wytwórni był naprawdę niepowtarzalny.

Jedyne zastrzeżenie można było mieć do aspektów wizualnych – zespół zafundował fanom taką ilość scenicznej mgły, że w trakcie występu widoczność sceny była w zasadzie zerowa. Z jednej strony dodawało to występowi uroku, z drugiej jednak miło jest na koncertach mieć sposobność podziwiania swoich idoli nie tylko w postaci zarysów sylwetek i co jakiś czas wyłaniających się z kłębów dymu bohaterów sceny.

Wspomniane wcześniej „lenistwo” to oczywiście pewna umowna fraza, bo oceniając formę sceniczną zespołu oraz fakt, że muzycy postanowili zagrać aż dwa bisy – w tym na kapitalny Mourning Sun na finał – trzeba oddać cesarzom to co cesarskie. Za wytrwałość i rewelacyjne show muzycy zostali wynagrodzeni z nawiązką – tłumnie zgromadzeni fani oklaskiwali zespół jeszcze długo po wygaszeniu scenicznych świateł.

Aż boję się pomyśleć, jak bardzo stratny byłbym, gdybym zrezygnował z wyjazdu do Łodzi i przegapił okazję spotkania Fields of the Nephilim na żywo. Pomimo upływu lat wciąż wspaniali – zarówno w formie, jak i w ofercie muzycznej. Bądźmy zresztą szczerzy – już dla samych numerów z Elizium warto było podjąć się tej całej wymagającej, weekendowej tułaczki.

fot: Małgorzata Wojna/Festiwal Soundedit

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , .