Site icon KVLT

Sting – „My Songs Tour”, Joe Sumner, Anna Maria Jopek (30.07.2022)

Są marzenia, na urzeczywistnienie których czeka się tak długo, że kiedy już się spełniają, nie odczuwa się radości, jakiej można by się było spodziewać. Wręcz przeciwnie, ich realizację okupuje się niedowierzaniem i szukaniem powodów braku należytego entuzjazmu. Czy dzieje się tak dlatego, iż marzenie powstało w głowie młodej fanki, a ziszczenie przypadło w udziale dojrzałej osobie? Czy dlatego, że bezkrytyczne uwielbienie zostało zastąpione surową ocena ostatnich dokonań idola? Każda z tych opcji jest prawdopodobna, choć ta druga skończyła się świadomą decyzją rezygnacji z zakupu ostatniego albumu – w takim właśnie momencie, przy braku ciśnienia pójścia na koncert i zapomnianym zgłoszeniu akcesu jako fotograf, otrzymuję od redaktora naczelnego informację, że akredytacja jest przyznana. Jadę na występ Stinga!

Jestem fanką – tak, przyznaję. Na studiach miałam ksywkę „JuSting”, którą otrzymałam od kolegów po tym, jak wróciłam z eskapady na mój pierwszy pokaz w Berlinie i dzień później w Rotterdamie w 1993 roku. Piosenkarz promował wtedy swój najnowszy album, Ten Summoner’s Tales. To był czas otwarcia na świat po długotrwałym tkwieniu w siermiężnej rzeczywistości PRL-u.

W Rotterdamie zrobiłam swoją pierwszą koncertową fotografię, jeszcze na NRD-owskiej kliszy ORWO. Wyszła mi tylko jedna klatka, bo emocje pod sceną były tak ogromne, że nie mogłam utrzymać rąk stabilnie.

W 1996 roku kolejny koncert, tym razem w Warszawie, na nieistniejącym już stadionie Gwardii podczas trasy „Mercury Falling”.  Potem występ w Katowicach w Spodku i Anna Maria Jopek na supporcie. Stałam praktycznie ramię w ramię obok Marcina Kydryńskiego na płycie pod samą sceną.

Najogólniej mówiąc, odwiedziłam z powodu Stinga różne sale i stadiony. Akredytacja na występ idola nie była mi jednak dana do tej pory. Festiwalową, ogólną akredytację miałam na Life Festival Oświęcim w 2013 , kiedy gwiazdą też był Sting.  Brałam wtedy udział jako oficjalny fotograf zespołowy Raya Wilsona, który poprzedzał występ brytyjskiego wokalisty. Znalazłam się wówczas chyba najbliżej idola – dzieliły nas cienkie ściany namiotu między garderobami Raya i Stinga! Sam koncert mistrza był naprawdę świetny i choć stadion w Oświęcimiu nie należy do obiektów, którymi można się chwalić, to dźwięk i widok na scenę były bez zarzutu.

W sumie tegoroczny koncert to mój jedenasty, nie licząc The Police w Chorzowie.

Wróćmy do teraźniejszości.

O koncercie na PGE Narodowym w prasie i Internecie można już przeczytać sporo. O tym, że występ przekładano z powodu pandemii, oraz tym, że w trakcie przerwy Stingowi przybyła nowa płyta w dyskografii, a także o tym, że obecnie kontynuowana jest przedpandemiczna trasa o nazwie „My Songs”, czyli tour promujący przekrojowe wydawnictwo największych hitów artysty w nowych aranżacjach. Nawet ci, którzy nie byli na koncercie, wiedzą też, że Sting zakończył koncert w bardzo szczególny sposób, wygłaszając piękny tekst dotyczący demokracji. Oczywiście w kontekście Ukrainy, ale mowę skonstruował tak, iż można ją było rozumieć jako uniwersalną radę na utrzymanie pokoju na świecie. W sieci dostępne jest całe nagranie.

Wydarzenie z pewnością zasłuży na miano wyjątkowego nie tylko dla mnie. Tego wieczora bowiem wielu słuchaczom udało się spełnić marzenie. Myślę, że ziścił je też Maciej Stuhr, którego zaproszono na scenę, aby tłumaczył Stinga, a po wybrzmieniu ostatnich słów aktor i muzyk w duecie zaśpiewali Fragile. Stuhr przyznawał w wywiadach, że Sting jest dla niego muzycznym numerem jeden. Należy podkreślić, że gdyby nie aktorskie zdolności tłumacza, a zwłaszcza umiejętne pauzowanie oraz artykulacja tekstu, zgromadzeni widzowie mogliby mieć problem ze zrozumieniem przemówienia. Stuhr doskonale wyczuł mankament akustyki stadionu i mówił dopiero wtedy, gdy odbicie głosu mistrza nie mogło już nałożyć się echem na przekład.

W kategoriach spełniania kolejnych marzeń z pewnością można rozpatrywać również rozpoczynający sobotni wieczór koncert Anny Marii Jopek. Piosenkarka głośno dyskutowanym niegdyś gestem pocałunku w dłoń Stinga dała wyraz swojego absolutnego uwielbienia dla brytyjskiej gwiazdy.

A jak sam koncert? Przede wszystkim był bardzo krótki, niespełna półtoragodzinny – mniej niż opóźnienie pociągu, którym jechałam do Warszawy. Możemy się jednak szczycić innym rekordem, bo jak podał organizator, Live Nation Polska, warszawski koncert do tej pory okazał się najliczniejszym na trasie.

Inna sprawa, że koncerty Pana Żądło są po prostu doskonałe. Nie ma co dyskutować, Sting ma naprawdę niebywałą kondycję. Na scenie nie ma fajerwerków i technicznych szaleństw, jest za to wirtuozeria wokalna, bezbłędne granie i dopieszczone do bólu aranże. Czy to, co akurat zaprezentował spodobało się i mnie? Cóż, ja wolę wcześniejsze surowe granie, jak za czasów The Police, oraz wysublimowany jazzowy feeling, jak na „The Dream of The Blue Turtles” z genialnymi solówkami Marsalisa i bębnami Manu Katché. Warszawski koncert był bardziej w stronę R’n’B niż jazzu, za czym osobiście nie przepadam.

Odnoszę wrażenie, że sam Sting, nie mając już nic do udowadniania w sferze artystycznej – wszak wystąpił już ze wszystkimi największymi tego świata – zabrał się za pomoc młodym, zdolnym muzykom i ich promocję. Robi to zresztą skutecznie, na swoim koncie ma choćby odkrycie przed szerokim światem trębacza Chrisa Bottiego. Tę misję wypełnia już od jakiegoś czasu, zabierając w trasę naprawdę muzyczny narybek, bo poza stale towarzyszącym mu Dominikiem Millerem oraz jego synem Rufusem Millerem, nie było na scenie znanej twarzy.

W trasy z brytyjskim wokalistą jeździ także jego pierworodny, Joe Sumner. Syn towarzyszył ojcu po raz pierwszy chyba podczas „The Police Reunion Tour” w 2007 roku jako lider zespołu Fiction Plane. Junior ma niestety pewną skazę – nie dość, że jest podobny do ojca i gra na basie, to na dodatek śpiewa łudząco podobnie do Stinga z czasów The Police, więc zawsze, ilekroć stanie na scenie, będzie skazany na porównania. Zresztą na aktualnej trasie, podczas „policyjnych” numerów właśnie, Sumner Junior dośpiewuje górne partie wokalne w duecie z ojcem. Jego występ niestety mnie ominął z powodu niemal dziewięćdziesięciominutowego opóźnienia pociągu. Wiem jednak, że Joe po prostu staje z gitarą przed mikrofonem i śpiewa swoje piękne piosenki.

Chociaż syn piosenkarza jest w tej chwili starszy od Stinga, którego pamiętam ze swojego pierwszego koncertu, to jego kariera artystyczna wydaje się stać w jakimś martwym punkcie. Nie czarujmy się, supportowanie i wspomaganie ojca w chórkach nie jest jakimś sposobem na zaistnienie w branży. Jego zespół, doskonale zapowiadający się na początku lat dwutysięcznych, przepadł bez wieści, a młody Sumner, choć jest teraz szczęśliwym mężem i ojcem, pozostaje chyba niespełnionym muzykiem w cieniu słynnego ojca. Szkoda, bo jest to naprawdę utalentowany facet.

Powinnam jeszcze napisać o samym koncercie, ale – niestety godzenie podwójnej funkcji jaką przyszło mi pełnić, czyli fotografa i dziennikarza, spowodowało , że obejrzałam zaledwie połowę występu. Stadionowe odległości i obostrzenia na tego typu wydarzeniach są bezlitosne. Po dwóch kawałkach, podczas których można było robić zdjęcia, musiałam zdać sprzęt do depozytu, odebrać bilet z miejscówką w loży prasowej i potem jeszcze do niej dotrzeć. Część fotografów zwyczajnie odpuszcza i wraca do domu, aby zabrać się za obróbkę zdjęć, co daje im przewagę w czasie publikacji fotorelacji. Ja miałam trudniejsze zadanie, a czy dałam radę – to pozostawię osądowi czytelników.

Wędrówce po stromych schodach na właściwy poziom sektora towarzyszył „Brand New Day”. Miałam nadzieję, że będzie równie dobrze słychać na widowni, jednak, jak się okazało po dotarciu na miejsce, identyfikacja następnego numeru sprawiła mi już lekki kłopot. Delikatne muśnięcia gitary pozwoliły mi domyślić się, że to „Shape of My Heart” z genialną gitarą Dominica Millera. Z przykrością odnotowałam, że finezja i wszystkie niuanse utworu utonęły w łoskocie odbijających się echem dźwięków, które wracały zwielokrotnione do uszu. Może to tylko ja miałam pecha? Stadion jest ogromny i trudno zapewnić wszędzie jednakowy komfort odsłuchu. W Poznaniu, kiedy Sting grał z orkiestrą symfoniczną, było mimo wszystko nieco lepiej słychać. Należy tu zwrócić uwagę, że  inaczej rozlokowano zarówno głośniki, jak i samą scenę. Ta ostatnia została w Warszawie ustawiona na dłuższym boku płyty stadionu. Czy to mogło mieć wpływ na właściwe rozchodzenie się dźwięku? Nie jestem akustykiem, ale poczytawszy sporo na temat Stadionu Narodowego, uważam, że właśnie inżyniera z tej działki zabrakło przy projektowaniu obiektu.

 

Na podsumowanie i z czystym, niezmąconym dawnym uwielbieniem dla pana Gordona Matthiew Sumnera umysłem powiem, że każdy, kto uczestniczył w sobotę w występie Stinga po raz pierwszy, niewątpliwie był pod wrażeniem: przytłaczająca wielkość stadionu, zetkniecie się z legendą i jego muzyką na żywo oraz te ważne i niespodziewane słowa, tłumaczone z aktorską charyzmą przez Macieja Stuhra… tak, to zapadnie w pamięć!

Dla mnie, jako weteranki koncertowej i znawczyni dorobku mistrza Żądło, ten koncert był najsłabszy. Będzie on jednakowoż najważniejszy z innego względu – to właśnie on przyniósł mi swego rodzaju trofeum w postaci plakietki akredytacyjnej, tzw. photopassa, który wzbogaci, a nawet ukoronuje moją bogatą kolekcję pod szyldem „STING”.

Zdjęcia, które zrobiłam są dostępne tu: https://kvlt.pl/koncerty/zdjecia/sting-warszawa-30-07-2022/

A czy jestem z nich zadowolona? Hmm… Miejsce z którego przyszło mi je robić – czyli przejście między najdalszym środkowym sektorem na płycie, a podwyższeniem dla akustyków – nie było zbyt przyjazne. Kiedy przygasły światła i Sting wszedł na scenę, cała siedząca płyta zerwała się na równe nogi i las rąk ze smartfonami zasłonił nam i tak odległy widok na scenę. Nie było łatwo, jednak jakoś udało mi się znaleźć szczeliny między głowami widzów. Koledzy po fachu też jakoś musieli sobie poradzić, w końcu na plakietce widnieje, nomen omen, napis „WAR”, który wprawdzie odnosi się do Warszawy, ale nabrał nowego znaczenia w tych zmaganiach o idealne ujęcie. Mimo wszystko zachęcam do sprawdzenia.

P.S. Koncert Stinga z Shaggym na Torwarze był lepszy – naprawdę!

Exit mobile version