Stoner&Doom Fest vol. III – Katowice (27-28.02.2016)

Zanim przejdziemy do meritum, czyli samej relacji z III już edycji Stoner&Doom festu, chciałbym przybliżyć Wam moją wizję pisania tego typu rzeczy. I nie chodzi mi tutaj o mądrzenie się, bo sam wybrałem się do katowickiej Korby w roli reportera po raz pierwszy, a o podkreślenie pierwiastka, który towarzyszył mi podczas wstukiwania każdej litery w tym tekście – szczerości i subiektywnego podejścia w ocenie tego co usłyszałem/zobaczyłem. Nie będzie też skrupulatnie rozpisanych setlist, analizowania modeli poszczególnych fuzzów/delayów i innych technicznych zawiłości. W końcu stoner/doom nie jest już muzyką graną tylko dla muzyków. Tylko na odwrót – przez muzyków dla ludzi. Przynajmniej ostatnimi czasy.

 

 

 

1 dzień – DOOM 

Voidsmoker,
czyli <#keepthevoidburning> 

Z mordeczkami z Voidsmoker stukneła nam ostatnio rocznica znajomości, więc, nie owijając w bawełnę, powiem tak: progres w ch**. Odkąd ustabilizowali sytuację za garami i wreszcie nagrali singiel (sic!) ciągle prą do przodu z nadzieją na lepsze jutro. Żarty, żartami, ale ze względu na specyfikę samej ‘sceny’ publika bardzo często zwraca uwagę na tzw. prezencję/ekspresję sceniczną/whatever – wiemy o co chodzi, a chłopaki wydają się być zaangażowani w to co robią od pięt, aż po ostatni dred na głowie basisty. Szkoda tylko, że gitarzyście ciągle ‘czapa leci do przodu’ i biedak nie może tego zobaczyć na własne oczy. Taki stajl.

Jak wypadli? Cieszy mnie fakt, że wreszcie sample działały jak należy – z czym niestety zdarzyło im się mieć problemy w przeszłości. Oprócz tego? Wszystko brzmiało naprawdę dobrze. Jasne, że w Korbie grali już x razy, więc mieli pewnego rodzaju fory już na starcie, ale wydaje mi się, że świadczy to jednak o pewnej muzycznej dojrzałości. Pozostaje nam tylko czekać na więcej wartościowych materiałów w wersji audio, bo na tym polu jednak ciągle kuleją. </#keep the void burning>

Voidsmoker ‘Lizergid’ – najnowszy singiel chorzowskiej grupy

Major Kong,
czyli hegemoniczny bas i sążniste riffy 

Zespół miałem już okazję usłyszeć na zeszłorocznej edycji Red Smoke Festival i wtedy zrobili na mnie niesamowite wrażenie. Jak było teraz? Też dobrze, ale jednak brakowało mi mocy ze sceny. Specjalnie piszę ZE sceny, bo NA samej scenie muzycy wyprawiali cuda i byli w tym wszystkim bardzo autentyczni oraz naturalni.  Nie wiem, czy to przez specyfikę pomieszczania/braku odpowiedniego nagłośnienia (niestety to jest jeden z niewielu zarzutów na tzw. technikalia całej imprezy), czy jeszcze czegoś innego. Wniosek jest taki: Major Kong jest TOPową kapelą na polskiej (i nie tylko polskiej!) scenie stonerowo – doomowej, która potrafi zmieść i zdołować publiczność za pomocą jednego riffu. Jest tylko jeden warunek: muszą mieć możliwość zaprezentowania swojego brzmienia w pełnej krasie.

Najnowsza EPka:

https://www.youtube.com/watch?v=EKe8BRFRpcc

Dopelord,
czyli tańcuj z diabłokiem i demonami

Dopelord nie zwalnia tempa. Po niezwykle udanym przedsięwzięciu, jakim niewątpliwie był ’The Procession Tour’, zaprosił nas pod scenę do katowickiej Korby. Niebawem wyruszy też w Trippin’ Tour wraz z bdb kolegami z Weedpecker.

Jak zaprezentował się headliner [pomimo tego, że grał jako 3 zespół (sic!)] 1 dnia festiwalu?

Pomimo problemów technicznych zagrał bardzo dobry koncert, a utwory Addicted To Black Magick, czy Preacher Electrick spotkały się z żywiołową reakcją publiczności, która zdawała się znać ich najnowsze wydawnictwo na pamięć.

Z mojej perspektywy – Dopelord, tuż obok Red Scalp, pozostawił po sobie najlepsze wrażenie.
Patrząc przez pryzmat ścisku pod sceną – był to najbardziej wyczekiwany koncert spośród wszystkich na III edycji Stoner&Doom festu. Chyba nie ma sensu z tym polemizować. Vox populi, vox Dei.

Wrzucam pro forma. Addicted zna chyba każdy:

Black Smoke,
czyli black out, no excuses i wybaczcie chłopcy

Ze względu na dość sporą obsuwę czasową nie dane mi było zostać do końca. Jednak, na otarcie łez, zakupiłem ich najnowsze wydawnictwo. Kajam się i równocześnie zapraszam do zapoznania się z ich twórczością.

Np. Crossed Hands robi bardzo dobrze.

2 dzień – STONER 

Nie ukrywam, że po pierwszym dniu dość długo dochodziliśmy do siebie, co niestety przełożyło się na zameldowanie w klubie dopiero po godz. 20 i sporej szansie przegapienia pierwszej kapeli. Na szczęście moje obawy, że nie zdążymy na L.O.W zostały szybko rozwiane (obsuwa czasowa z perpektywa spóźnionego człowieka – hell yeah) i zanim drugi dzień rozpoczał się na dobre – zdążyliśmy jeszcze obkupić się na barze i wysłuchać próby dźwięku headlinera, czyli Palm Desert.

L.O.W,
czyli UNFUCKABLE CREATURES ze Szczecina 

Starałem się być na bieżąco z kolejno ogłaszanymi kapelami, i jak większość znałem przynajmniej z kilku utworów, to muszę przyznać, że po dodaniu L.O.W. do lajnapu musiałem udać się po pomoc do internetów. A tam co? Sludge – doom ze Szczecina, EPka na koncie. Odpalam. Słucham. Odpalam.

Przesłuchałem całej demo – EPki, polubiłem fanpage i pozostało mi tylko skonfrontować materiał z płyty z występem na żywo.

Jeżeli chodzi o sam występ, to przede wszystkim słychać było mocne wpływy Electric Wizard (np. w utworze Unfuckables), Dozer i Motorhead – Lemmy [*].

Natomiast, jeżeli chodzi o jakieś konkretniejsze zaszufladkowanie, to myślę, że wpasowaliby się we wrocławską scenę sludge/doom metalową – mam tutaj na myśli wspólne występy z Legalize Crime, czy Black Smoke. Za całokształt jestem jednak na nie. Widać było, że brakuje im doświadczenie na scenie, ogrania i jakiejś wartości dodanej, tj. konkretnego pomysłu na aranżacje poszczególnych partii i brzmienie. Jednak zespół jest stosunkowo młody, ze sporą szansą na wyrobienie się. Mam nadzieję, że jeszcze namieszają. 

L.O.W z debiutanckiej EPki

https://www.youtube.com/watch?v=WyUX5hCu8o8

 Devil In The Name,
czyli pierwotne zło Korby. Groove, południe i zapijanie wódki tanim piwem* 

Czytałem ostatnio wywiad z Hubertem Więckiem (Decapitated, Banisher oraz Redemptor – zdolny skurczybyk, c’nie?), który naprawdę dał mi sporo do myślenia i…ja go tu tylko zostawię.

Zespołów jest mnóstwo i ciągle przybywa, każdy chce gdzieś grać, a ludzi do słuchania jest tyle samo. Zespoły narzekają, że nikt nie chodzi na koncerty, ale ciągle grają jako support w tej samej knajpie co dwa tygodnie. Zamiast zgadać się w 4 zespoły, czy nawet więcej i zrobić jeden sensowny gig w ludzkiej knajpie raz na powiedzmy pół roku, lub w międzyczasie nagrać coś nowego, to cisną tych gigów ile się tylko da

Pełny wywiad – kliknij tutaj!

Zacznę od tego, że w samej muzyce Devil’ów drzemie potencjał: Muzycy mają odpowiednie umiejętności, żeby zrobić jeszcze wiele dobrego i zarówno zaskoczyć swoich wiernych fanów (w końcu udało im się zgromadzić całkiem sympatyczną, żywiołowo reagującą grupkę ludzi pod sceną), jak i dać się poznać mniej lokalnej społeczności.

Jednak…muzyka, jak praktycznie KAŻDA branża, wymaga ciężkiej pracy, skupienia oraz cierpliwości w dążeniu do celu. Niektórych rzeczy nie da się wyćwiczyć na scenie. Potrzebne jest, czasami żmudne (wiadomo – najlepsza zabawa jest jednak na koncertach) ogrywanie tego samego numeru do tzw. zajebania na próbie, żeby potem naturalnie i – cytując pewnego polskiego skoczka – ‘z luzem w dupie’, wykonać go na żywo.

Publika widzi więcej, niż nam się wydaję. Mądrze się? Nie, po prostu popełniałem te same błędy.

Sam koncert miał swoje dobre momenty, jednak ciężko jest mi jednym słowem określić muzykę graną przez Devil In The Name. Na ten moment – taki muzyczny Medley.

Anyway, trzymam mocno kciuki za stabilizację (częste roszady za mikrofonem na pewno w tym nie pomagają) i mam nadzieję, że zaskoczą nas czymś nowym na kolejnych koncertach.

Lajwik z wodzisławskiego WINOBRANIA

https://www.youtube.com/watch?v=uuztiQBSglQ

  Red Scalp,
czyli follow the smoke to the Riff Filled Land 

Równie dobrze mógłbym zacząć w ten sposób: Red Scalp, czyli zespół, który zabrzmiał w Korbie.

Szybki soundcheck, ustawienie proporcji, pióropusz z tyłu sceny i gramy. Da się? Da się.

Powiem szczerze i bez zbędnego przedłużania: dla mnie zdecydowany numer jeden spośród wszystkich zespołów występujach podczas tej edycji Stoner&Doom festiwalu. Red Scalp’owe riffy rezonuję we mnie do tej pory, a Tatanka to taki hicior, że jak raz wleci, to posiedzi sobie z Wami przez dłuższy czas.

Takie towarzystwo bardzo lubimy.

W uszy rzuciła mi się jeszcze świetna gra bębniarza. Odpowiednia dynamika, ekspresja i większość rzeczy było zagrane idealnie w punkt. W ogóle, każdy z Muzyków sprawiał wrażenie usytuowanego w odpowiednim miejscu i znającego swoją rolę w zespołowej układance. Polecam sprawdzić chłopaków, jak tylko pojawią się w Waszej okolicy. Prawdę mówię Wam: rytuały nie z tej ziemi. 

Nowa płyta ‘Rituals’:

Palm Desert,
czyli Kalifornia pełną gębą 

Z koncertami tej grupy jest trochę jak z pustyniami w Polsce – występują, ale, żeby na nie trafić, to trzeba się trochę najeździć. Nie inaczej było tym razem, więc tym bardziej cieszę się, że mogłem ich wreszcie posłuchać na żywo.

Większość materiału zaprezentowanego przez muzyków Palm Desert pochodziła z ich najnowszego wydawnictwa o wdzięcznej nazwie Pearls from the muddy hollow i w warunkach koncertowych sprawdził się on co najmniej dobrze. Piszę co najmniej – bo niestety tak działa słynna ‘obsuwa czasowa’: jednym daje, innym coś odbiera. W tym wypadku na rzecz większej publiki podczas występu pierwszej kapeli, Palm Desert weszli na scenę dopiero ok. północy i wiadomo, że przed sceną troszkę się przerzedziło. Jednak muzycy nie wydawali się być przesadnie zmęczeni, a publika, m.in. dzięki energetyzującym wykonaniom Lucky Bone oraz No Way Back, szybko podłapała klimat i zaczęła transowo bujać się do stonerowych dźwięków.

Przez cały koncert czułem się tak, jak powinnienem się czuć na każdym koncercie z tego gatunku: piasek zgrzytał mi między zębami, a ciepły wiatr przyjemnie głaskał twarz. Muszę też dodać, że dął wyjątkowo mocno, bo podczas jednak z numerów wyleciałem jak wystrzelony z procy. Jednak szybko wróciłem, odbiwszy się od jednej z klubowych ścian i zdążyłem jeszcze posłuchać melodyjnego Rise Above. 

Zespół pozostawił bardzo dobre wrażenie i chciałbym ich jeszcze kiedyś usłyszeć o bardziej dogodnej porze. Najlepiej z nagłośnieniem.

Najnowsze wydawnictwo ‘Songs from the dead Seas’

https://www.youtube.com/watch?v=LSOvXGpKx-o

‘Spaceslug’nie-taki-poboczny projekt muzyków Palm Desert oraz Legalize Crime

https://www.youtube.com/watch?v=KOb5lFMwOyI

Słowo na koniec

Za całą imprezę należą się oczywiście propsy, ponieważ festiwal w Korbie staje się powoli punktem obowiązkowym każdego fana muzyki stonerowo – doomowej. Organizatorom życzę wytrwałości i wszystkiego dobrego, na pewno wpadnę na kolejne edycje; O! Kolejna edycja! – info tutaj!.

*za oprawę graficzną festiwalu odpowiedzialna jest almighty Ewelina Chruścińska vel Imponderabilium – kliknij i sprawdź te cuda!

*bezczelnie ściągnięte z opisu koncertu Bone Man, Gallileous oraz Devil In The Name made by HappyDying Productions

Czwarkiel
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , .