Summer Dying Loud 2024 – Aleksandrów Łódzki (5-7.09.2024)

Ileż można? Ile razy można podkreślać we wstępniakach do relacji z Summer Dying Loud, że to jeden z najbardziej wyjątkowych festiwali metalowych w Polsce? Imprez, które mogą z powodzeniem konkurować z wielkimi eventami komercyjnymi, nie tracąc przy tym nic ze swojego kameralnego, niepowtarzalnego klimatu?

Ano można do skutku, bo z każdą kolejną edycją SDL zdaje się nieustannie rozwijać i ulepszać, dostarczając fanom metalu w Polsce jedynego w swoim rodzaju doświadczenia muzyczno-towarzyskiego. W tym roku line-up (mimo słyszanych tu i ówdzie narzekań) ponownie dostarczył, wizyta w Aleksandrowie Łódzkim była więc dla mnie tak samo naturalnym przedsięwzięciem jak w latach ubiegłych.

Dzień numer jeden rozpocząłem od krótkiej obczajki Hermopolis w Krypcie i szybkiego przemieszczenia się na pierwszy must seen dużej sceny, czyli Smoulder. Kanadyjczyków widziałem w akcji już dwukrotnie w warunkach klubowych, ciekaw więc byłem, jak ekipa pod dowództwem Sarah Ann poradzi sobie w warunkach festiwalowych. Wyszło moim zdaniem bardzo dobrze, choć mogę być w swoich odczuciach nieobiektywny, bo w odbiorze koncertu pomagała mi na pewno dobra znajomość materiału studyjnego (numery z nowej płyty żrą na żywo jak ta lala),  jak i nieukrywana sympatia do ekipy tych piwniczaków/larpowców. Było więc potańczone już na wstępie.

Chwilę później zgromadzeni pod sceną festiwalowicze otrzymali strzał w drugie ucho w postaci Necrowretch. Francuzi cieszą się już w naszym kraju sporą rozpoznawalnością, dzięki czemu ich koncert zgromadził pod sceną zauważalny tłum oddanych sympatyków. Muzycy odwdzięczyli się konkretną, zajadłą i siarczystą (zagospodarowaną głównie materiałem z ostatniego Swords of Dajjal) sztuką, której słuchało się bardzo przyjemnie.

Pierwsze przegrupowanie odbyło się kosztem Messiah, o którym słyszałem dużo dobrego, jak to jednak bywa na tego typu imprezach, wszystkiego zobaczyć się nie da. Powrót pod scenę zmontowałem na Ufomammut, który dał fantastyczny, doskonale uzupełniający się dźwiękowo i wizualnie występ (słuchacze korzystający podczas koncertu z odpowiednich suplementów, mieli duże szanse odbyć z Włochami prawdziwy, kosmiczny trip).

Jak mawiają jednak starzy Azerowie: „jeśli jest zbyt pięknie, to się pewnie zaraz coś zesra”, no i tym razem też się nie pomylili. Bo występ Anaal Nathrakh, na który naprawdę mocno liczyłem, został tak popisowo położony brzmieniowo i produkcyjnie, że mimo dzielnych starań Brytyjczyków, głównymi emocjami w czasie ich koncertu, były smutek i rozczarowanie. Nie pomogła też playlista, złożona głównie z tych nowszych, melodyjnych i chwytliwych kawałków, które w takim zagęszczaniu na pewno nie zagrały na korzyść różnorodności i właściwego impaktu (bo chyba nikt nie wątpi, że zespół ma w swoim arsenale takie pociski, że łeb rozjechany). Ogromny zawód.

Koncert Mayhem, który od lat jest dla mnie raczej beneficjentem dziejowej przeszłości, niż rozdającym karty na poziomie ekstraklasy, obejrzałem tylko w części, a to czego doświadczyłem, tylko mnie w tym przekonaniu utwierdziło. Ładny teatr, odgrywany z właściwym rozmachem, a przy okazji fanserwis z podróżą w czasie i graniem na strunie sentymentu. Nic ponad to, czego wszyscy oczekiwali.

Dużo większe, emocjonalne szarpnięcie spotkało mnie na finałowym koncercie dnia. Wolvennest był kolejnym punktem obowiązkowym, a umiejscowienie ich o tak morderczej godzinie było jedną z większych zbrodni festiwalowej rozpiski. Z drugiej jednak strony zespół miał dodatkową motywację, by wynagrodzić najbardziej wytrwałych, dając dzięki temu sztukę z rodzaju tych z wątroby. Usłyszenie na żywo strzałów pokroju Adversaries, Ritual Lovers,czy The Dark Path to the Light – no ciary milion. Jeden z koncertów pierwszego dnia imprezy.

Dzień drugi rozpocząłem od koncertu Barren Womb, który bardzo dobrze sprawdził się w roli rozgrzewkowego sparingpartnera. Skoczny i żywiołowy koncert z najbardziej koszącym riffem z Hairy Palms na koniec – klasa.

Po występie przyszedł czas na rozrywki społeczno-integracyjne, po drodze zdarzył się też bezskuteczny trip na Kinga Dude’a do Krypty, połączony z nawrotką na Norwegów z Borknagar. Nie ukrywam, że główną zachętą do udziału w tym koncercie była dla mnie obecność na scenie ICS Vortexa, którego (niezależnie od zespołowego szyldu) bardzo sobie cenię. Czy było warto? Jeszcze jak! Pochwalić należy na pewno pracę nagłośnieniowca, dzięki któremu band dodał swojemu (obowiązkowo uduchowionemu i wzniosłemu) progresywno/folkowo/baśniowemu przestawieniu właściwego animuszu.

Riverside widziałem na żywo dziesiątki razy (także w tym roku, na trasie promującej ich ostatni album), do koncertu podszedłem więc jak do spotkania dobrych znajomków. Pozytywnie zaskoczył mnie dobór numerów, trochę mniej podejście do publiczności, sugerujące, że zespół pochodzi z zupełnie innego muzycznego świata i dla większości obecnych może być czymś nieznanym. Jasne, festiwal metalowy, muzyka z klucza intensywniejsza, nie było jednak potrzeby robić z uczestników barbarzyńców z klapkami na uszach, którzy żyją na innej planecie i nie biorą udziału w koncertach, wykraczających poza ciasną, metalową bańkę.

Szybkie przemknięcie przez Kryptę podczas występu Lili Refrain (obiecałem sobie nadrobić w ramach zbliżającego się koncertu klubowego) i powrót pod main stage na najbardziej wyczekiwany przez wielu koncert festiwalu. Godflesh to jeden z tych zespołów, który stworzył własny muzyczny świat i mimo niełatwej przyswajalności, zjednał nim sobie rzesze fanów z każdego zakątka globu. Sam nie załapałem się na czasy świetności grupy, w koncercie uczestniczyłem więc bardziej jako świadek, aniżeli uczestnik muzycznego obrzędu. To, co zobaczyłem i usłyszałem, pozwala mi jednak wierzyć na słowo wszystkim, którzy podchodzą do muzyki Anglików z prawdziwym namaszczeniem. Jeżeli bunt maszyn kiedykolwiek się ziści i światem po apokalipsie będą rządzić mechaniczne byty, to będą to istoty zsynchronizowane z muzyką Justina Broadricka i G.C. Greena.

Choć finałowy The Crown oglądałem już raczej z obowiązku niż sympatii, przyznać muszę, że zespół zagrał z zaskakującą werwą i żywiołowością, dzięki czemu nie żałowałem decyzji o rezygnacji z wcześniejszej ewakuacji do bazy.

Organizatorzy festiwalu, kierując się słynną maksymą Hitchcocka, sporo gęstwiny zaplanowali także na dzień trzeci. Wpadłem na teren MOSiR w czasie koncertu Schizmy. Muzycznie spoko, w sam raz na dobry początek dnia. Prawdziwym openerem byli dla mnie jednak Niemcy z Chapel of Disease, będący kolejnymi, zaznaczonymi w moim festiwalowym notesie na czerwono. No i wylądowali, niesamowite jak pięknie wylądowali, dając kapitalny występ, z mnóstwem chwytliwych melodii i czaderskich bangerów. Jestem fanem!

Jakby wrażeń było mało, uderzyłem do krypty na Blaze of Perdition, który podobnie jak w zeszłym roku Mānbryne, dzielnie broniło honoru krajowego black metalu. Zespół, głównie dzięki pobocznym projektom Sonneillona i XCIII, jest w nieustannym gazie i kosi z powodzeniem i skutecznością Ponurego Żniwiarza. Wyczekuję z niecierpliwością listopadowego koncertu z Totenmesse, gdzie będę miał okazję w pełni poświęcić czas i uwagę na oba występy, bez konieczności wcześniejszej ewakuacji.

Ewakuacji w pełni uzasadnionej, bo to co miało zadziać się na dużej scenie, warte było każdej sekundy wyczekiwania. Irlandczycy z Primordial mogliby być dla mnie spokojnie headlinerem trzeciego dnia, ich muzyki, pełnej charakterystycznego, absolutnie wyjątkowego klimatu (nie mającego zbyt wiele wspólnego z często sielankowym wyobrażeniem kultury celtyckiej), nie da się zbyt celnie porównać z niczym innym. Pojawiały się wprawdzie gdzieniegdzie głosy i obawy o formę i nieco obniżone loty ostatnich płyt studyjnych, jednak sposób w jaki Alan Nemtheanga et consortes odpowiedzieli niedowiarkom, przejdzie do historii tej imprezy. Absolutnie zjawiskowa sztuka, spięta kompozycyjnie numerami z To the Nameless Dead (choć nie zabrakło też świetnych To Hell or the Hangman, Victory Has 1000 Fathers, Defeat Is an Orphan, czy obowiązkowego The Coffin Ships) spustoszyła mi głowę z siłą huraganu, pozostawiając wyłącznie emocjonalne wyczerpanie. Bezapelacyjny peak wrażeń i koncert festiwalu.

Overkill to ekipa, którą darzę olbrzymią estymą, Feel the Fire do dziś uważam za jeden z najlepszych albumów thrash metalowych w historii, z uśmiechem od ucha do ucha obserwowałem więc sceniczne poczynania weteranów z New Jersey. I chociaż ostatnia ich płyta, którą sumiennie przesłuchałem, ukazała się prawie 15 lat temu (myślę oczywiście o Ironbound), to i tak z łatwością dałem się zarazić entuzjazmowi i niezwykłej jak na wiek muzyków werwie, które zdają się sugerować, że czas działa w ich przypadku na zupełnie innych zasadach. A Bobby „Blitz” Ellsworth nieustannie śmieje mu się w twarz tak samo, jak w momencie nagrania Rotten to the Core.

Odbiór koncertu Moonspell uwarunkowany był w przede wszystkim sentymentem, bez niego ciężko byłoby zdzierżyć pierdolamento uskuteczniane ze sceny przez Fernando Ribeiro, o formie wokalnej artysty z czystej sympatii już nie wspominając. Ale niech mnie cholera, nawet w tak nieporadnym zarysie doskonale było usłyszeć Opium, Awake!, Mephisto, Vampirie, Alma Mater, czy zagrany na finał Full Moon Madness (kto nie wył przy nim do księżyca razem z Portugalczykami, nie może uważać się za prawdziwego likantropa).

Zakolejkowanie Obscure Sphinx na sam koniec festiwalu było dla mnie początkowo podobną niesprawiedliwością, jak w przypadku Wolvennest – podobnie jednak jak Belgowie – zespół Wielebnej przekuł ten fakt w atut. Bo kiedy wielu myślało już, że strumień festiwalowych wrażeń powoli ucicha, na scenie weszli oni. Nie był to oczywiście mój pierwszy koncert Obscure Sphinx, doskonale wiedziałem, jakim potencjałem grupa dysponuje, ale pierdolnięcia, które pobudziło ludzi w połowie powiatu łódzkiego, mało kto się spodziewał. Band powraca po kilku latach nieobecności, dając dopiero drugi koncert po odwieszeniu rękawic, a niszczy, jakby przez cały okres przerwy szykował się właśnie na ten moment. I jeszcze Nastiez na finał, przy którym poczułem te same emocje, jak gdy grywali ten numer na koncertach dla kameralnej publiki. Jednoznaczne K.O. i dociśnięcie kolanem do gleby, tak jakby już bez tego koncertu SDL nie zasłużył na laur konsumenta.

Red. Łukasz

Skoro do Hermopolis, Smoulder Necrowretch mam podobne podejście jak wyżej, idę dalej. Wycieczka do Krypty na Thaw okazała się fiaskiem – odbiłem się od tłumu, dałem za to radę wystrzelić się na orbitę w towarzystwie Włochów z Ufomammut. Jak znakomite było to misterium wiedzą wszyscy ci, którzy postanowili dać im szansę. Brzmieniowo miazga, podejrzewam, że mieszkańcy Aleksandrowa Łódzkiego mogli w trakcie czasu scenicznego włoskiego walca skarżyć się na pękające szklanki. Nowy materiał z płyty Hidden na żywo trafia w dziesiątkę, a każdy kto nie znał ufomammutowej interpretacji Welcome to the Machine Pink Floyd mógł na własnej skórze przekonać się, że panowie zdecydowanie potrafią w covery.

Wstrząśnięty i jeszcze nie do końca „uziemiony” udałem się znów do Krypty obejrzeć Djiin, który jednak okazał się małym zawodem, bez rozwodzenia się o niestety licznych powodach tych wrażeń. W oczekiwaniu na czwartkowego headlinera szybko rzuciłem jeszcze uchem na brzmieniowo zarżnięty Anaal Nathrakh oraz poświęciłem kilka minut na zapoznanie się z dewastacyjnymi możliwościami Antichrist Siege Machine – nie moja bajka, znów nie to. Lata lektury różnorakich opinii o koncertach Mayhem sprawiły, że nie obiecywałem sobie zbyt wiele i tak też w trakcie pierwszej, dość przekrojowej części seta Norwegów, zaczynało dopadać mnie znużenie. Ożywiłem się dopiero podczas Freezing Moon, De Mysteriis Dom Sathanas oraz ubarwionego podłożonymi z taśmy wokalami Deada Funeral Fog, a prawdziwą petardą okazały się Deathcrush, Necrolust i Pure Fucking Armageddon okraszone gościnnymi występami Messiaha i Manheima.

Na rozpisce pozostał jeszcze najbardziej wyczekiwany przeze mnie event pierwszego dnia festiwalu, czyli zamykający dzień show belgijskiego Wolvennest, który całkowicie mnie zaczarował i zahipnotyzował. Kto nie był, niech żałuje.

Drugi dzień Summer Dying Loud zacząłem od mocnego ładunku energii, czyli hałasującego na głównej scenie duetu Barren Womb (było nieźle i humorem, choć mimo krótkiego metrażu nie obyło się niestety bez kilku mielizn) oraz wizyty w Krypcie na sześcioosobowym skocznym Rumours. Panowie ledwo mieścili się na niewielkiej scenie, lecz nie przeszkodziło im to w daniu całkiem niezłego show. Śmierć metalu kolumbijskiego Masacre postanowiłem słuchać z oddali, następnie porwał mnie fajnie dryfujący stołeczny Weedpecker, będący zastępstwem za Satan’s Call. Z racji chyba rekordowego ścisku w Krypcie bardzo szybko odhaczyłem Kinga Dude’a, aż w końcu na scenie głównej trafiłem na pierwszą, i jak dla mnie jedyną piątkową petardę, czyli Borknagar. Do tej pory każda edycja SDL przynosiła przynajmniej jeden zespół, którego jadąc do Aleksandrowa nie znałem, a wyjeżdżałem już jako fan. Na przykład w zeszłym roku było to Grave Pleasures, tym razem padło właśnie na Norwegów. Prawda jest taka, że kupiliby mnie samym graniem, pełnym pięknych melodii i progresywnych zagrywek, ale do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ICS Vortex, którego wokal sprawił, że po prostu się rozpłynąłem. W pamięć zapadło mi przede wszystkim przeszywające duszę wykonanie Voices, choć w zasadzie każdy numer łapał za jaja i nie puszczał do tego stopnia, że do mojej rozpiski na pozostałą część 2024 roku dołączył nadchodzący koncert klubowy (jako support przed Rotting Christ).

Nie dane mi było jednak długo kontemplować nad tym, co słyszałem, gdyż pół godziny po Borknagar, na scenę miało wkroczyć Riverside – zespół, z którym całkowicie się rozminąłem i w zasadzie dopiero teraz miałem poznać co to tak właściwie jest. Cóż, podobało mi się, to klasa światowa, choć warszawiacy powinni skupić się wyłącznie na części granej i śpiewanej, a porzucić konferansjerkę. Festiwalowy piątek zakończyłem występem Godflesh – być może obiecywałem sobie po Brytyjczykach zbyt wiele, patrząc tylko i wyłącznie na gatunkowe szufladki, w których działają, w rzeczywistości zmechanizowana muzyka duetu przytrzymała mnie może na kwadrans, maksymalnie dwadzieścia minut, po których jednoznacznie stwierdziłem, że lepszą opcją będzie urządzenie sobie małego afterparty.

Zgodnie z pierwotnym planem, w sobotę zawitałem pod main-stage z powodu grającej tam Sunnaty. Z racji zamówionej przez organizatorów na SDL pogody, zespół wystąpił bez charakterystycznych strojów z kapturami, za to z charakterystyczną transowością i grunge’ową energią. W skupionym przede wszystkim na dwóch ostatnich płytach secie muzycznie wszystko się zgadzało, niestety przez wczesną godzinę ucierpiał klimat towarzyszący klubowym koncertom zespołu – jeśli ktoś z was ma możliwość sprawdzenia zespołu na ich listopadowo/grudniowej trasie po Polsce – to szczerze polecam.

Czekając na Chapel of Disease, dałem jeszcze szansę francuskiemu Mutterlein. Rozpoczynający się akurat w Krypcie występ rozkręcał się jednak tak długo i tak powoli, że po jakichś dziesięciu minutach straciłem cierpliwość. Nie zawiedli mnie za to Niemcy na scenie głównej, którzy w swój death metal udanie wpletli trochę rock’n’rolla, odrobinę progrechy, a nawet ciutkę patentów rodem z heavy metalu. Po godzinie z CoD, zasłyszane tu i ówdzie porównania do Tribulation uznaję za w pełni uzasadnione. Choć to oczywiście nie ta sama półka zajebistości co Szwedzi. Po tej dawce czadu czekała mnie kolejna przebieżka do Krypty, tym razem na Blaze of Perdition, którzy krótko mówiąc wypadli rewelacyjnie. Ich epatująca złością i nieszczęśliwością muzyka zrobiła na mnie piorunujące wrażenie i skłoniła do sprawdzenia tegorocznego krążka Upharsin, a Paweł Marzec topowym black metalowym wokalistą jest i basta. Było to już moje trzecie spotkanie z Blaze’ami na żywo i zdecydowanie najlepsze z dotychczasowych.

Po małej przerwie wróciłem na teren aleksandrowskiego MOSiRu w trakcie koncertu Overkill, który jednak postanowiłem z pełną premedytacją odpuścić – spora w tym zasługa wokalu Blitza, którego po prostu nie mogę znieść, na żywo chyba jeszcze bardziej niż z płyt. Po przegrupowaniu się z moją ekipą, udałem się na moment do Krypty, aby sprawdzić, z czym je się Aluk Todolo. Być może wybrałem pechowy moment, trafiłem jednak na fragment, w którym Francuzi grali jeden riff przez pięć minut, dlatego też nie widząc szans na rychły rozwój sytuacji, poszedłem pod main-stage poczekać na kolejną z wielkich gwiazd tegorocznej edycji festiwalu, czyli Moonspell. Do fanów zespołu Fernando Ribeiro nigdy nie należałem, dlatego też poszedłem sprawdzić tę uznaną kapelę na żywo z czystej ciekawości. Prawdę mówiąc, spodziewałem się czegoś gorszego i koniec końców bawiłem się całkiem nieźle, choć słuchałem Portugalczyków raczej jednym uchem i raczej nie będę teraz od deski do deski osłuchiwał ich studyjnych dokonań. Mrowie zachwyconych fanów grupy pozwala mi za to sądzić, że dała ona dokładnie taki występ, jakiego należałoby po niej oczekiwać.

Organizatorzy najlepsze zostawili jednak na sam koniec – mam na myśli zamykające festiwal, powracające po kilku latach niebytu Obscure Sphinx. Można było się zastanawiać w jakiej formie zespół będzie tuż po wznowieniu koncertowej działalności, jeśli ktoś miał jakieś obawy, to zostały one rozwiane już przy otwierającym seta Lunar Caustic. Show skradła oczywiście zjawiskowa Wielebna w czarnej sukni, wijąca się po scenie jak w transie, raz po raz prezentująca pełnię swoich wokalnych możliwości. To, co w sobotnią noc zrobiło Obscure Sphinx opisałbym takimi słowami – doświadczenie, nie koncert.

Nie odkryjemy Ameryki, pisząc, że jak po takich eventach jak Summer Dying Loud, zderzenia z rzeczywistością potrafią być wyjątkowo bolesne. Bo niby jak, po trzech dniach beztroski, cudownych koncertów, spotkań z ludźmi i innego rodzaju pozytywnych przygodach, na powrót odnaleźć się w normalności? Małym pocieszeniem pozostaje fakt, że widzimy się w Aleksandrowie Łódzkim już w przyszłym roku. To oczywiste, jak lato, które znów umarło pięknie.

(fot. Aleksander Honc – Photocoder.pl)

Synu
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .