Pora na naszą podwójną (napisaną wraz z red. Łukaszem) relację z tegorocznego Summer Dying Loud! Wrażenia z koncertów momentami pokrywały nam się prawie w punkt, innym razem dzieliła je przepaść – zarówno w odbiorze poszczególnych zespołów, jak i całej okołofestiwalowej atmosfery. Poniżej zapis spostrzeżeń z trzech dni muzycznej uczty w Aleksandrowie Łódzkim.
Relacja red. Łukasza:
Odkąd w 2019 roku po raz pierwszy zawitałem w Aleksandrowie Łódzkim na Summer Dying Loud nie wyobrażam sobie września bez powrotu na teren tamtejszego MOSiRu. Tym razem również tradycji musiało stać się zadość, a trzy intensywne dni spędzone na żegnaniu lata zapewniły mi mnóstwo wrażeń i wręcz wycisnęły jak cytrynę.
Dzień pierwszy
Czwartek zacząłem od koncertu Sznura na scenie głównej i od lekkiego zaskoczenia w postaci zawodu tym występem. Coś nie do końca zagrało nagłośnieniowo, przez co ciężko mi było cieszyć się zespołem tak jak miało to miejsce kilka razy podczas ich klubowych koncertów. Bardzo rozczarował mnie za to Taraban, który do tej pory na żywo również za każdym razem dowoził – tym razem było o wiele mniej stoneru, a znacznie więcej piosenkowego hard rocka i niestety w wydaniu krakowian ten kierunek kompletnie mi nie leży. No trudno.
Splot mniej i bardziej fortunnych wydarzeń (w tym paskudne piwa browaru Wąsosz serwowane na strefie gastro i związana z nimi konieczność spacerów poza MOSiR) sprawił, że następnie ledwie liznąłem Cancer (to co zdążyłem usłyszeć było całkiem całkiem) i niestety całkowicie przegapiłem będący dla mnie jednym z gwoździ czwartkowego programu Cave In. Końcówka dnia okazała się jednak bardzo mocna – legendy sceny w postaci Davida Vincenta i Pete’a Sandovala reprezentujących barwy Terrorizer spuściły mi solidne bęcki, idealnie naoliwiona maszyna Carcass rozgniotła to co ze mnie zostało, a skocznie melodyjny black metal Taake wieńczący pierwszy dzień festiwalu poderwał mnie do ruchu (no i przede wszystkim Hoest wytrzymał cały koncert, co nie jest takie oczywiste – kto ma wiedzieć ten wie). W międzyczasie zawitałem jeszcze w krypcie na Antediluvium (nie moja bajka) oraz na gigu dnia, jakim okazał się występ francuskiego Blód – mnóstwo emocji, mroczny klimat, po prostu rewelacja. Szkoda jedynie braku perkusji na żywo, która według mnie wzniosłaby ten show na jeszcze wyższy poziom.

Blód
Dzień drugi
Piątek wystartował dla mnie za sprawą Gravekvlt, którzy to wypadli bardzo przyjemnie nawet mimo nieszczególnie rozpieszczającej festiwalowiczów aury. Wszystkich po kątach porozstawiało Deus Mortem – panowie w moim prywatnym rankingu odstawili całą resztę piątkowej stawki o przynajmniej dwie długości, i to pomimo faktu, że widziałem ich niewiele wcześniej na jedenastej edycji Niech Cisza Milczy. A konkurencja do wyprzedzenia była nie byle jaka, bo przecież tego samego dnia na głównej scenie występowały składy takie jak chociażby Orange Goblin (swoją drogą “pożegnalny” koncert Anglików również był z najwyższej półki), energiczny Grave, którego wokalista dziękował publice w języku rosyjskim, czy Samael, który z nich porwał mnie zdecydowanie najmniej.
Działo się też w Krypcie oraz przed nią – to drugie niestety bardzo odczułem podczas koncertu Totenmesse, na który po prostu nie udało mi się dostać. Mam nadzieję, że organizatorzy SDL-a na nadchodzących edycjach wymyślą coś nowego w kwestii mniejszej sceny, bo sprowadzane na nią zespoły ściągają coraz więcej chętnych – a Krypta w obecnej formie z gumy nie jest. Udało mi się za to zerknąć na Węża, który zgodnie z przedfestiwalowymi przewidywaniami mnie nie porwał. Zachwytu nie spowodował również Mortiis – spacer spod sceny głównej do Krypty trwał dłużej niż moje zainteresowanie tym występem i biorąc pod uwagę tempo w jakim sala opustoszała nie byłem pod tym względem osamotniony.

Deus Mortem
Dzień trzeci
Pierwsze sobotnie koncerty tegorocznego SDL-a dostarczyły mi diametralnie różnych wrażeń – najpierw znużył mnie mocno średni Gallileous, a następnie jak zwykle poruszył fenomenalny Dom Zły. Dużo obiecywałem sobie po przedwyjazdowych odsłuchach materiału Year of the Goat, na żywo czegoś mi jednak zabrakło, przez co spod głównej sceny odchodziłem mocno rozczarowany. Kolejna na mojej liście “do zobaczenia” była Darvaza, jednak tutaj pojemność Krypty ponownie dała o sobie znać i niestety musiałem obejść się smakiem.
Kolejne godziny spędziłem przy scenie głównej, gdzie najpierw zameldowali się starzy wyjadacze z Venom i zaprezentowali szereg numerów, które ukształtowały scenę, nawet zbytnio nie udając, że materiał nagrany przez zespół po latach 80-tych mógłby kogoś obchodzić (choć na symboliczną reprezentację ostatnich trzech pełniaków znalazło się miejsce). Świetny był to koncert, choć najlepsze i tak miało dopiero nadejść za sprawą Cult of Luna – dla mnie głównego punktu całego festiwalu. Oczekiwania względem Szwedów miałem absurdalnie wręcz wysokie, a oni nie tyle je spełnili, co wręcz przebili dostarczając pełne emocji post-metalowe przeżycie. Oj tak, to nie był koncert, to było doświadczenie. Wykonawczo bez zarzutu, nagłośnieniowo z mocnym uderzeniem i pracą świateł, która wznosiła zespół na jeszcze wyższy poziom. Liczę na trasę klubową tych gości w niedalekiej przyszłości. Bardzo niedalekiej.
Po tym koncercie nic w Aleksandrowie nie było już dla mnie takie samo – stąd też bardzo porządny występ Terrestrial Hospice nie wzbudził we mnie większych emocji, a zamykający tegoroczną edycję Summer Dying Loud Portal postanowiłem sobie darować, bodajże, po kwadransie.

Dom Zły
———–
Czas na moje wrażenia:
Muzyczna celebracja końca lata za nami. Tegoroczny Summer Dying Loud, czyli najbardziej kameralny z wielkich festiwali (lub jak kto woli największy z zacisznych zjazdów koncertowo-towarzyskich) dostarczył tradycyjnie masy pozytywnych wrażeń. Jak to bywa na tego typu imprezach, niektóre z występów udało się obejrzeć jedynie w części, z wielu trzeba było zrezygnować. Jednak już kilkanaście naprawdę znakomitych punktów programu wystarczyło, by określić tę edycję mianem bardzo udanej.
Dzień pierwszy
Pierwszy dzień festiwalowych zmagań rozpocząłem od Sznura. Śląska załoga gustownie łącząca w swojej stylówie wpływy polskich uroczystości rodzinnych z kulturą bdsm, zabawnie kontrastowała ze słonecznym i pogodnym popołudniem w Aleksandrowie Łódzkim. Muzycznie też było przyzwoicie, choć podczas podziwiania popisów zespołu, z tyłu głowy kołatała mi się myśl, że na dancingi tego typu patent zastrzegła już wcześniej Gruzja.
Prezentujący się po podopiecznych Grega z GoW Taraban już tak pozytywnego wrażenia nie pozostawili. Choć należy oddać uznanie wokaliście, który zdecydował się na występ pomimo poważnie wyglądającej kontuzji nogi, zespół jako całość zaprezentował się co najwyżej średnio. Lekki, niezobowiązujący rock, wyraźnie nastawiony na przebojowe i radiowe klimaty, pozostawił po sobie zbyt mało, by na dłużej zagościć w mojej pamięci.
Znacznie więcej radości przyniósł kolejny z koncertów dużej sceny festiwalu. Gotycki rock zmieszany z occult hejwiorkami – nie ma lepiej. W dźwiękach The Night Eternal (poza klasykami pokroju Danzig, Iron Maiden, czy Angel Witch) pobrzmiewały echa takich składów jak Idle Hands/Unto Others, Tribulation, czy do dziś nieodżałowanego przeze mnie In Solitude. Nie było szans, bym nie został kupiony.

The Night Eternal
Pozytywne wrażenia zdołała podtrzymać też pierwsza wizyta w SDL-owej Krypcie, która zbiegła się w moim przypadku z recitalem Wucan. Niemiecka załoga, dowodzona przez magnetyczną Francis Tobolsky, sięgała w swojej muzyce po elementy stonera, blues rocka i radosnej, amerykańskiej prowincji. Wokalistka grupy zasługiwała zresztą na osobne pochwały, kradnąc show energetycznym zachowaniem, biegłością instrumentalną i pełnym werwy oraz charyzmy głosem. Jedno z najbardziej pozytywnych zaskoczeń pierwszego dnia festiwalu.
Szybki powrót na dużą scenę poskutkował szansą na zobaczenie części występu Cancer. Zasłużeni w historii brytyjskiego death metalu artyści zaprezentowali się więcej niż przyzwoicie, dowożąc klasyczny, wyjęty wprost z bańki czasu death/thrash metal.
Zabrakło mnie niestety na koncercie Cave In, czego – słysząc relacje i opinie uczestników – mogę tylko żałować. Małe pocieszenie zafundowali mi muzycy Terrorizer, odgrywający na głównej estradzie festiwalu pomnikowy World Downfall. Papa na dachu pozostała wprawdzie nienaruszona, ale zobaczenie w akcji Pete’a Sandovala i Davida Vincenta samo w sobie warte było mojego stawiennictwa.
Ostrzej trzewiki poobdzierałem na koncercie Carcass. Brytyjczycy odegrali w Aleksandrowie Łódzkim cudną sztukę. Z jednej strony wyjątkowo precyzyjny, świetnie brzmiący i w każdym calu dopracowany, z drugiej całkowicie bezpretensjonalny, pełen naturalnej radości i zabawy formą występ. Rozradowany Jeff Walker pozostanie dla mnie jednym z symboli pierwszego dnia festiwalu.
Nawrotka do Krypty i koncert Blód, będący kolejnym przykładem tego, że posiadając na froncie mocną i ekspresyjną obsadę kobiecą, można czynić na scenie prawdziwe cuda.
Historie z ostatnio odnotowaną w Polsce niedyspozycją Hoesta, budziły uzasadnione obawy o Taake. Te podsyciło dodatkowo rozpoczęcie show od dwóch utworów instrumentalnych, jednak kiedy Norweg w końcu zagościł za mikrofonem, na deskach sceny rozpętało się prawdziwe piekło. Jasne, można podnosić hasła o drugiej lidze black metalu i przaśnych melodyjkach, jakich w muzyce zespołu pełno, ale kurwa.. Dawką furii, obłędu i dzikiego amoku, Hoest mógłby spokojnie obdarować wielu pozorantów, aspirujących do miana zadeklarowanych rycerzy black metalu. Jebaniutki trzymał za gardło przez cały set, dając jeden z najlepszych popisów pierwszego dnia festiwalu.

Taake
Dzień drugi
Drugi dzień festu rozpocząłem od Gravekvlt, który dostarczył sytej porcji zakwaszonego speed/black punka. Zabawny koncert z kategorii tańca i śpiewu.
Kolejnym punktem mojej wishlisty była próba dostania się do Krypty na premierowy pokaz Baara, jednak jego obsuwa skutecznie mnie z tego pomysłu wyleczyła. W to miejsce cofnąłem się pod główną estradę na jeden z absolutnie obowiązkowych punktów tegorocznej edycji. Deus Mortem dostarczył dokładnie tego, czego po ekipie Necrosodoma należało się spodziewać. Swąd szatańskiej spalenizny uniósł się miłą wonią nad Aleksandrowem Łódzkim, a sam zespół dowiódł, że mimo silnego zakorzenienia w podziemiu, doskonale czuje się także na dużej scenie.
Następny koncert main stage niestety podobnie pozytywnych wrażeń nie przyniósł. Nie ukrywam że mocno liczyłem na Gott (Devil’s Blood love eternal), jednak na żywo zespół nie zdołał wywołać we mnie oczekiwanych, wznioślejszych uczuć. Grupa zaprezentowała się może i solidnie, jednak magicznego pierwiastka (obecnego na wydanych dotychczas EP-kach) nie zdołałem w występie Holendrów odnaleźć.
Szybka przebieżka do Krypty na harcowników z Totenmesse, którzy podobnie jak w czasie tegorocznego Mystica zalali klubową publikę falą jadu, nienawiści i wyrażonej z pogardą mizantropii. Obyło się wprawdzie bez krwawych scen, impakt gigu był jednak porównywalny do odnotowanego w czerwcu w gdańskiej stoczni.

Totenmesse
Po black metalowej nawałnicy przyszedł czas na relaks w towarzystwie Brytyjczyków z Orange Goblin. Najlepszym podsumowaniem setu żegnającej się z publicznością grupy były słowa Bena Warda: “we’ve gathered here to celebrate the simplicity of rock’n’roll!”. Cóż można dodać? Proste środki i szczera energia były orężem, po który sympatyczni Angole sięgali podczas koncertu często i skutecznie.
Zmian stylistycznych i żonglerki emocjami ciąg dalszy – po beztroskich harcach przyszedł czas na wyciszenie i oddanie się uduchowionemu dark folkowi w towarzystwie Darkher. Chwila oddechu, która pozwoliła nieco odpocząć od festiwalowego zgiełku.
Grave stał się w moim przypadku ofiarą obowiązków towarzyskich, jednak już zasłyszane z pobliskiego lasku dźwięki dawały dobry obraz tego, jak solidny i grubo ciosany był to koncert. Cieniem na występie położyły się ponoć podziękowania wyrażone przez Ole Lindgrena w dialekcie polsko-ruskim, małym pocieszeniem jest więc fakt, że nie musiałem być świadkiem tak ciężkiej krindżówy. Przeznaczenie jednak oszukać nie zdołałem, gdyż wspomniana dosięgnęła mnie podczas gigu Szwajcarów z Samael. Jasne, Ceremony of Opposites to płyta absolutnie kultowa, jednak odgrywanie jej w settingu festyniarskiej chałtury nie pozwoliło mi cieszyć się usłyszanymi na żywo klasykami. Pewnych rzeczy ruszać się nie powinno.
Finałowym koncertem dnia był dla mnie przyczajony w Krypcie Mortiis. Strasznie lubię wszelkiej maści odpały w stronę rpgowych, dungeon synthowych i larpowych klimatów, naturalnie więc muzyka artysty trafia dość celnie w moje gusta. Odgrywanie jej jednak w tak niemrawej postaci, jak zaproponowana przez Norwega, poddawało w wątpliwość sens całego przedsięwzięcia. Moje zdanie zdawała się podzielać zresztą spora część Krypty, która początkowo szczelnie wypełniona, z utworu na utwór zauważalnie pustoszała.

Orange Goblin
Dzień trzeci
Po właściwym przygotowaniu energetycznym (Zielona Górka w Pabianicach rulez) przyszła pora na trzeci dzień festiwalowych przygód. Na pierwszy ogień Gallileous, który mimo nieco cekiniarskiego oblicza, zagrał całkiem poprawną i przyjemną sztukę.
Kierunek Krypta, w której black metalowej celebry dokonywał Limbes. Nie miałem pojęcia, czego mogę się po solowym występie Niemca spodziewać i dałem się wziąć mocno z zaskoczenia emocjonalnej wiwisekcji, której z jego strony doświadczyłem. To samo chciałbym powiedzieć o Domu Złym, jednak moje kolejne podejście do tego bandu skończyło się podobnie, jak wszystkie poprzednie (a muszę zauważyć, że widywałem go już w epoce przedlodowcowej, gdy za mikrofonem stał jeszcze Krzysztof Dziak). Właściwemu zestrojeniu nie pomógł na pewno festiwalowy pośpiech, przez który na powrót wycofałem się w kierunku Krypty.
Odium Humani Generis stanęli jak zwykle na wysokości zadania. Black metal z kategorii “ale to już było”, mający jednak na siebie pomysł i potrafiący przyciągać uwagę słuchacza. Tej nie udało się niestety zaskarbić Year of the Goat. Podobnie jak w przypadku Gott, ostrzyłem sobie na nich zęby jak demoniczny Hessyjczyk na głowy mieszkańców Sleepy Hollow. Niestety – energia sceniczna, a raczej jej deficyt oraz średni jak na dorobek studyjny wybór kawałków, nie pozwoliły mi w najmniejszym nawet stopniu nacieszyć się oglądaniem Szwedów. Chyba najmocniejszy zawód tegorocznego SDL-a. Z asystą w powrocie na właściwe tory przyszli Norwegowie z Aura Noir, którzy zagrali surowy, naznaczony też jednak luzem i sceniczną swobodą koncert. Najlepszy Venom tej edycji Summer Dying Loud.
Black metalowy ogień podsycili w Krypcie muzycy Darvazy. Dla wielu był to jeden z najbardziej wyczekiwanych momentów festiwalu, co było widać wyraźnie zarówno po frekwencji jak i przyjęciu grupy. Zespół oddał w naturze z nawiązką, dając koncert pełen black metalowej zaciekłości, niepozbawiony jednak też rock&rollowego feelingu.

Darvaza
Zważywszy na wcześniejszą rundę z Aura Noir, nie spieszyłem się z powrotem pod main stage na recital Venom. Fragment, który zobaczyłem był dla mnie wystarczający do odblokowania achievementu, nie da się jednak nie zauważyć, że zespół coraz wyraźniej przegrywa już dziś swój wyścig z rydwanem czasu.
Cult of Luna uczestniczyli w tegorocznym SDL w podobnej roli, jak w roku ubiegłym Obscure Sphinx, siłą rzeczy trochę oba występy ze sobą porównywałem. Show Szwedów miał wprawdzie urok, zagranie post metalową kartą w ostatnim dniu festiwalu nie było już jednak tak skuteczne, jak przed rokiem. Szczękę straciłem dopiero za sprawą koncertu Terrestrial Hospice, podczas którego skóra zeszła mi z twarzy razem ze ścięgnami. Formalnie pierwsza konfrontacja projektu Skyggena i Inferno z publiką, była moim zdaniem (wraz z Taake i Deus Mortem) najlepszym bleciorowym aktem tegorocznego SDL-a.
Jakby ofiar w ludziach było mało, chwilę później na głównej estradzie, z finałowym setem rozgościł się Portal. Występ Australijczyków od początku traktowałem w kategorii doświadczenia wizualno-dźwiękowego, dzięki czemu odnalazłem się w kontakcie z nimi całkiem dobrze. Zupełnie nie przeszkadzały mi wypominane przez wielu mankamenty akustyczne, bo i tak chłonąłem tę muzykę bez zagłębiania się w brzmieniowe didaskalia. Zabawnym i całkiem rozczulającym był też fakt, że mając w fosie legion profesjonalnych fotografów, po koncercie zespół udostępnił w swoich socialach zdjęcie, zrobione przez mnie dobry kilometr od sceny, w dodatku w pełnym pixel arcie. Tak trzeba żyć.

Portal
To chyba na tyle. Nie będę tym razem silił się na wzniosłe podsumowania, deklarując jedynie, że widzimy się oczywiście w Aleksandrowie Łódzkim już w przyszłym roku!
Autorką zdjęć jest Natalia Krymska (@slembii).
- Angrrsth – Złudnia (2025) - 12 grudnia 2025
- Post Mortem #19 – Toruń (29.11.2025) - 10 grudnia 2025
- Owls Woods Graves, Above Aurora, Garota – Toruń (25.11.2025) - 3 grudnia 2025
Tagi: Antediluvium, Aura Noir, Baara, Blood Fire Death, Blóð, Cancer, Carcass, Cave In, Cult Of Luna, Darkher, Darvaza, David Vincent, Deus Mortem, Devil's Blood, Dom Zły, Gallileous, Gott, Grave, Gravekvlt, Hoest, Idle Hands, In Solitude, Inferno, Mortiis, Obscure Sphinx, Odium Humani Generis, Orange Goblin, Pete Sandoval, Portal, samael, Skyggen, Summer Dying Loud, sznur, Taake, Taraban, Terrestrial Hospice, Terrorizer, The Night Eternal, Totenmesse, Tribulation, Unto Others, Venom, Wąż, Wucan, Year Of The Goat.






