Site icon KVLT

Zakk Wylde – Łódź (03.06.2016)

Zakk Wylde przyjeżdża do Polski, melduję się na koncercie- to jedna z zasad, jakimi się kieruję. Odkąd pierwszy raz zobaczyłem Black Label Society w warszawskiej Stodole w 2005 roku, obiecałem sobie, że będę jeździł na występy Mr. Wylde`a, kiedy tylko zaszczyci nasz kraj swoją obecnością. Ok, piknikowe gigi (jak rok temu we Wrocławiu czy na Sonisphere2012 w Warszawie) nie zabijają tak mocno, jak te grane w krakowskim klubie Studio, ale trzeba Zakkowi oddać, że na koncertach nigdy nie zawodzi.

Byłem niezwykle ciekaw, co zobaczę i usłyszę tym razem, miał to być bowiem pierwszy solowy występ Zakka Wylde`a w Polsce. Sam artysta uchylił rąbka tajemnicy w jednym z wywiadów- na scenie zaprezentuje się tak naprawdę skład Black Label Society, lecz w innym repertuarze, opartym na obu częściach Book Of Shadows. Być może ktoś wolałby formułę songwriterską, czy koncert akustyczny, ale przyznam, że nie widziałem w Wytwórni żadnego niezadowolonego fana.

Wejście było zaiste mistrzowskie- niemal punktualnie zgasły wszystkie światła, a publiczność z głośnym entuzjazmem zareagowała na ledwo widoczne w ciemnościach postacie wchodzące na scenę. Największy aplauz zebrał oczywiście, ubrany w gustowny kapelusz, maestro Wylde. Na pierwszy ogień poszedł Sold My Soul, i to w takiej wersji, że kapcie spadały. Utwór wydłużono do 12 minut, podczas których Zakk zagrał zjawiskowe solo. Pochwalił się przy okazji swoimi niezwykłymi umiejętnościami: solówka grana zębami? Proszę bardzo! Gitara trzymana za głową? Żaden problem! Najważniejsze jednak, że ten popis pięknie się komponował z muzyką, co nie jest przecież takie oczywiste. Stali bywalcy koncertów BLS wiedzą, że Zakk potrafi zanudzać swoją masturbacją na gitarze. Wczoraj jednak tak nie było.

Do beczki miodu dodam jednak coś, co zepsuje trochę jego smak. Tak jak zespół zaczął od trzęsienia ziemi, tak zaraz schłodził moje emocje utworami Autumn Changes, Tears Of December i Lay Me Down. Pisałem ostatnio w recenzji, że druga część Book Of Shadows nie robi tak dobrze, jak pierwsza i na koncercie te numery także średnio się sprawdzają. Jedyny wyjątek – Lost Prayer, ale chyba jedynie dzięki temu, że jest bardziej dynamiczny. Ostatni album jednak dominował w secie, więc zdarzało mi się nudzić i czekać na koniec piosenki, szczególnie w czasie The King. Jezu, co to za masakryczna zapchajbuła. Całe szczęście były także momenty absolutnie porywające- oprócz wspomnianego Sold My Soul także Way Beyond Empty, Between Heaven And Hell, Road Back Home, czy Throwin’ It All Away. Słowem- kompozycje z pierwszej solowej płyty. Szkoda też, że pomimo zapowiedzi nie zagrano In This River.

Zakk nie był tego wieczora jakoś szczególnie gadatliwy (w sumie jak zawsze), ale szczerze mnie rozbawił, kiedy już niemal pod koniec występu przedstawiał zespół. Uśmiechnięty, rozluźniony, w dobrym nastroju, mówił między innymi, że Jeff Fabb (perkusja) pojechał na trasę tylko dlatego, że miał 9 żon z którymi ma 20 dzieciaków, więc jest spłukany, a Dario Lorinę zachwalał słowami „nie tylko gra na klawiszach i gitarze, ale także potrafi zrobić pranie oraz pozmywać naczynia”. Co było powodem świetnego nastroju pana Wylde`a nie wiem, ale stawiam na to, że to królewskie przyjęcie, jakie zgotował mu (który to już raz) słynny Polish Chapter. Celebracji polskiej flagi, robienia sobie z nią zdjęć (już po występie) nie było końca. John DeServio na dodatek grał na strunach w biało-czerwonych barwach. Jak widać podobało im się. I mi oczywiście też, mimo negatywów, o których wspomniałem. Zakk jak widać to nie tylko wyjątkowy gitarzysta, ale także nowatorski matematyk, u którego „plus” i „minus” daje „plus”.

Na koniec zwyczajowe słowo na temat „dlaczego nie zdążyłem na supporty”. To, że mogą być korki na wyjeździe z Wrocławia uwzględniłem. Nie spodziewałem się jednak na drodze ekspresowej do Łodzi kilku kolumn jakichś wojskowych amerykańskich pojazdów, które skutecznie zajęły prawy pas. Tiry wskoczyły na lewy, więc bujałem się z 60km/h na liczniku. O zobaczeniu Złych Psów nie było więc mowy. Udało się jednak być na 1/3 koncertu Jareda Jamesa Nicholsa– było w pytę! Klasyczny, pyszny blues rock oraz fajna energia na scenie. Następnym razem już go nie przegapię, choćbym miał wyjechać na koncert dzień wcześniej.

Poniżej zdjęcia z koncertu – Justyna „Justisza” Szadkowska (FotoFace)

Exit mobile version