Summer Dying Loud 2026 – Aleksandrów Łódzki (3-5.09.2026)

Znakomitą większość relacji z Summer Dying Loud łączy zgodne stwierdzenie o absolutnej wyjątkowości aleksandrowskiego festiwalu. Podkreślić należy, ze wszech miar słuszne, bo o ile są w Polsce imprezy zdecydowanie większe, realizowane w ciekawszych miejscach i oferujące znacznie bardziej okazałe line-upy, to drugiego SDL-a na mapie polskiej muzyki metalowej po prostu nie ma.
17. edycja tylko to przekonanie umocniła. Patrząc na rozpiskę festiwalową można było wprawdzie odnieść wrażenie, że w tym roku organizatorzy zagrali nieco zachowawczą kartą, na miejscu okazało się jednak, że po raz kolejny, bez większego trudu poradzili sobie z bardzo wysoko zawieszoną poprzednimi latami poprzeczką.
Pierwszy dzień SDL
RED. SYNU
Pobyt na tegorocznym SDL rozpocząłem od koncertu Hydry. Wiadomo, że trudno było zespołowi w pełni rozpostrzeć skrzydła przez nieco ponad 30 minut, ale i tak udało się wykrzesać Hydrze trochę diabła na scenie. Darzę ten zespół sympatią szczerą i bezwarunkową i mimo nieco obniżonych ostatnio lotów oraz dziwnych zawirowań z dotychczasowym wydawcą, mój entuzjazm w stosunku do ich muzyki praktycznie w ogóle nie zmalał.
Po odwiedzeniu sceny głównej postanowiłem dokonać rozpieczętowania Krypty. Padło na występ death metalowców z Putridarium. Mimo wczesnej pory Niemcy rozkręcili w sali aleksandrowskiego MOSiR-u ostrą rzeźnię. Z jednej strony odpowiednio grobowy, z drugiej – zadziwiająco ożywczy death metal zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie.
Trzeba powiedzieć, że w ogóle ten dzień w Krypcie zdominowany był przez death metalowe klimaty. Można było uznać to za ukłon w stronę posiadaczy biletów jednodniowych, wydaje się jednak, że nieco rozsądniejsze rozłożenie czwartkowych akcentów na pozostałe dni mogłoby zwiększyć ich użyteczność krańcową.
Ad rem.
Kolejni, ustawieni w kolejce do zbiorowego mordu w Krypcie, byli Czesi ze Sněť. Koncert formacji udowodnił, że nawet w takiej stylistyce Czesi potrafili zaszyć cechujący ich nację luz i dystans. Wyobraźcie sobie całkowitą swobodę, zabawę i nonszalancki uśmiech przy gruzowaniu publiki do spodu. Nie było większych szans, żeby się nie spodobało.
Po rzeźni w Krypcie koncert Baest wydawał mi się wręcz balladowy. Źle nie było, ale też niczym szczególnie zespół nie zaskoczył, dlatego w poszukiwaniu wrażeń postanowiłem szybko wrócić pod mniejszą scenę Krypty.
Stellar Blight pozostaje dla mnie zespołem-zagadką. Teoretycznie powinienem konsumować ich bez zapijania, bo to bezsprzecznie udany cosplay Dissection, starannie odegrany i całkiem gustownie zaprezentowany. Słuchając jednak ich debiutanckiej płyty (czy oglądając teraz poczynania zespołu na scenie), łapałem się na tym, że jeśli mam ochotę na Reinkaos, dużo bardziej wolę odpalić sobie oryginał, niż przymuszać się do polubienia fanowskiej rekonstrukcji. Tym razem też się nie udało, ale życzę powodzenia i zbijam piątkę za wspólnotę upodobań.
To, że Japończycy nadają na zupełnie innych częstotliwościach świadomości, uwydatnił koncert Sigh. Czego tam nie było: kuglarskie miny, kimona, przedziwny orientalizm, manga, anime, japońskie rpgi, power rangers na przesterze, płonące katany i japońskie horrory z dna studni. Podobała mi się bardzo cała ta przesada i karnawał dziwności, choć nie sądzę, by w większych ilościach mogło skończyć się inaczej niż (spowodowanym przesytem) rozstrojem żołądka.
Lucifer zagrywał drugie tego dnia piosenki o miłości i diable (oraz miłości do diabła). Bardzo przyjemne na żywo, ciekawsze nawet niż z ostatnich płyt. Mimo zmian personalnych zespół wciąż prezentuje się godnie, co oczywiście jest głównie zasługą jego charyzmatycznej liderki.
Triptykon udowodnił, że metal z powodzeniem może przejawiać się potęgą pojedynczych riffów. I ta kulminacyjnie zagęszczająca się publiczność pod sceną, zbierająca się, by zgodnie oddać hołd ikonie metalu, jaką niewątpliwie jest Tom Warrior. Szwajcar z wysmakowaniem konsumuje dziś profity wynikające z pozycji, dorobku i szacunku jakim jest powszechnie obdarzany. Nie ma w nim jednocześnie ani grama gwiazdorki. Jest jedynie stoicki spokój, stonowanie i charyzmatyczna powściągliwość. A sam koncert? Usłyszeć na żywo kawałki z Monotheist, poprawione pięknymi numerami sygnowanymi logiem pogrobowego projektu Celtic Frost, były bezapelacyjnie peakiem dnia, i jednym z najpiękniejszych momentów całego festiwalu.
Cult of Fire był dla odmiany najładniej pachnącym koncertem czwartku. Rozmach tego występu i jego oprawa – oraz poświęcenie muzyków do ogrywania pełnego setu w całym tym rynsztunku – budziły uzasadniony podziw. Same melodie, łatwo przyswajalne, zagrane z lekkim (w końcu Czesi) dystansem i rezerwą do własnego anturażu, tworzyły cudownie bezpretensjonalne, wręcz eskapistyczne doznanie. Bardzo udany finał pierwszego dnia festiwalu.

RED. ŁUKASZ
Tegoroczne SDLowe zmagania rozpocząłem niespodziewanie późno, bo dopiero dopiero koło godziny siedemnastej drugą festiwalową rundką z duńskim Baest. Za ich krążki jakoś nie umiem się zabrać, ale jak można „przy okazji” złapać na żywo, to staram się z tego nie rezygnować. To dlatego, że mają ci goście sporo luzu i nie są podczas koncertów napięci jak plandeka na żuku, co często traktuję jako bolączkę death metalowych sztuk. Tym razem było podobnie, a widok Simona Olsena wyrzygującego do mikrofonu utwór w samym środku dość niewielkiego młyna ponownie poskutkował bananem na mojej twarzy. Równie dobrze było w Krypcie na krajowym Stellar Blight, na którym fani Dissection, ale też innych mocno melodyjnych blacków, mogli poczuć się jak w domu.
Po przerwie na jedzenie (wizyta na centrum, w Indian Burgerze, to dla mnie również od kilku lat stały punkt programu) wróciłem do Krypty na Civerous i niespodziewanie okazał się to jeden z lepszych gigów na tegorocznej edycji. Połączenie gniotących słuchacza death doomowych riffów z wypełnioną po brzegi chochlą psychodeli na papierze brzmiało dość karkołomnie, w rzeczywistości okazało się jednak strzałem w dziesiątkę. Nie mogłem jednak zostać do końca, bo trzeba było jeszcze dać się na chwilę porwać przyjemnie rockującemu niemieckiemu Luciferowi. Daniem dnia był jednak niewątpliwie czwartkowy headliner, powracający na SDL po kilku latach Triptykon. Nieco zmieniona względem występu na sierpniowym Brutal Assault setlista nie zmieniła moich wrażeń – świetny, przygniatający koncert, choć przyznaję bez bicia, że nie obraziłbym się na nieco więcej numerów nagranych właśnie pod tym szyldem. Marzenie o usłyszeniu na żywo Boleskine House może uda się spełnić następnym razem, bo mam nadzieję że taki będzie. Na koniec udałem się jeszcze na moment zobaczyć Cult of Fire i „zobaczyć” jest tutaj słowem pasującym wręcz w punkt – o ile oprawa tego występu zrobiła na mnie wielkie wrażenie, to muzycznie… meh.

Drugi dzień SDL
RED. SYNU
Drugi dzień SDL rozpoczął się dla mnie od wizyty w Krypcie. Wolfpack Heading Nowhere to kapela prezentująca się bardzo przyzwoicie wykonawczo, ale podobnie jak w przypadku Stellar Blight, za dużo jest w niej dla mnie worshipu i zabawy w rekonstrukcję, żebym potrafił autentycznie cieszyć się tą muzyką. Przyznać jednak trzeba, że temperatura – i to nie tylko za sprawą niesprawnej wentylacji – i odbiór koncertu wśród publiczności były bardzo gorące.
Dużo większe oczekiwania, a chyba przez to większy zawód, poczułem na Königreichssaal. Liczyłem na siarczysty, blackmetalowy liść w lico, jednak po części za sprawą nagłośnienia (mało selektywne brzmienie), a po części stonowanej formy samego zespołu, poczułem jedynie lekkie mrowienie. Spróbuję w przyszłości jeszcze raz, bo z płyt za dobre jest to granie, żeby nie dać mu drugiej szansy.
Małe rozczarowania Kryptą wynagrodził mi na szczęście trip pod scenę główną, gdzie swoje szalone tańce prezentowało Ponte del Diavolo. Lubię kapele, które potrafią cudownie – jednocześnie nie cudacznie – się wyróżniać i z takim przypadkiem miałem właśnie do czynienia. Mam też słabość do wszystkiego, co włoskie (czy to kuchnia, kultura, muzyka, kinematografia czy historia), nie było więc szans, bym w takim wydaniu nie przytulił tych makaroniarzy do serduszka.
Postanowiłem pozostać pod sceną główną, by na własnej skórze przekonać się, jak wygląda Człowiek Sentyment. Blaze Bayley to chodząca melancholia i tkliwa tęsknota za czasem jego angażu w Iron Maiden. Widocznie nieprzepracowana krzywda wybrzmiewała w zasadzie w każdym słowie i wersie wyśpiewanym przez Brytyjczyka na SDL-owej scenie. Wydaje się jednak, że przyjęcie i wyraźna sympatia, z jaką obdarzyła go aleksandrowska publiczność, pozwoliły wspólnie nieco ulżyć zaznanym przez muzyka krzywdom. Czego by jednak nie mówić, zapisania się na kartach historii heavy metalu nikt artyście nie odmówi, a usłyszeć klasyki pokroju The Clansman na żywo, z oryginalnym wokalem, to w końcu nie byle jakie przeżycie. I te mowy motywacyjne między utworami! Psychoterapia w cenie festiwalowego biletu.
Nergal et (islandzcy) consortes w repertuarze z debiutanckiego Sventevitha sprawdzili się w praktyce powyżej oczekiwań. Lider Behemoth jest ostatnio w ogóle na fali wznoszącej (najpierw olbrzymi koncert Behemotha na Mysticu, teraz bardzo udana trasa z Misþyrming) co było wyraźnie widać i słychać na scenie w Aleksandrowie Łódzkim. Nie obyło się oczywiście bez charakterystycznego scenicznego przeszarżowania, na szczęście nie przeszkadzało to tak, jak podczas gościnnego występu na mysticowym Blood Fire Death przed rokiem. Sventevith to wciąż świetny materiał, wykonany w bardzo dzikiej, ale jednak uwspółcześnionej aranżacji sprawdził się znakomicie, a żelazne klasyki pokroju Moonspell Rites czy From the Pagan Vastlands pokazały na żywo swoją przeokrutną moc.
Niebo nad Aleksandrowem zaczynało się już ściemniać, trzeba więc było pomyśleć o ewakuacji do Krypty. Tam Imha Tarikat brali swoją sztukę na 100% serio. Pierwotna, rozedrgana i kotłująca się siła muzyki Niemców, okazała się dobrą dogrywką po Sventevith i jednocześnie doskonałą rozgrzewką przed czekającym fanów tego dnia „solowym” występem Misþyrming.
Przechodząca nad Aleksandrowem ulewa nie mogła mnie powstrzymać przed powrotem na dużą scenę, gdzie swoje wdzięki prezentował Satyricon. Satyr, jak przystało na pana w średnim wieku, wyglądał, jakby ktoś właśnie kazał mu odejść od biurka, założyć skórzaną katanę na casualowo ubrany t-shirt i wyjść na scenę, do wydzierającej się, zgromadzonej w jakimś niejasnym celu publiki. Tyle tylko, że jednocześnie za jego plecami sypał się grad blastów, a riffy zwiastowały nadchodzący koniec świata. Setlista jako całość nie była może zestawem marzeń, ale jak już Norwegowie zahaczali o szlagiery z Nemesis Divina, Now, Diabolical, czyThe Age of Nero, z głównej sceny SDL szło samo gęste. Mother North to wciąż hymn nad hymnami, a Satyricon wciąż jest królem lasu – nawet jeśli już dziś odwiedza go coraz rzadziej.
O koncercie Blindead23 nie powiem za dużo, bo wytrwałem jedynie kilka numerów, nie mogłem jednak (patrząc na średnią frekwencję pod sceną) pozbyć się wrażenia, że zespół jest jedną z najbardziej pechowych grup polskiej sceny muzyki metalowej. Prześladujące grupę obsuwy premier, przedłużające się produkcje płyt, roszady w składzie i sypiące się trasy koncertowe, wydają się skutecznie utrudniać ekipie Havoca pełne osiągnięcie zamierzonych celów. Bo o potencjale muzyki zespołu przecież nikt o zdrowych zmysłach nie dyskutuje.
Z chwyceniem publiki za gardło i roztrzaskaniem jej zbiorowej twarzy o podłogę nie mieli za to najmniejszego problemu Islandczycy z Misþyrming. Cholera jasna, goście grali tego wieczoru drugi koncert, a rozpętali na scenie Krypty taki kataklizm, że trzask pękających gnatów zagłuszała tylko ściana gitarowych riffów i tętent galopującej perkusji. Powiedzieć, że był to koncert dnia, to jakby nie powiedzieć nic. Jeżeli ktoś nie dostał się do Krypty na tę sztukę, przegrał piątkowe rozdanie i jedyne, co może w tej kwestii poczynić, to stawić się na któryś z październikowych koncertów klubowych grupy w Polsce.

RED. ŁUKASZ
Równie bogaty w koncertowe wrażenia okazał się dzień środkowy, choć… zacząłem go od wtopy w postaci nie trafienia na Konigreichssaal, czego żałuję i będę żałował jeszcze długo, bo doskonale wiem jak rewelacyjni są ci goście. Dałem za to szansę Ponte del Diavolo z głównej sceny, jednak była to szansa dość krótka, bo niestety nie żażarło. Można więc powiedzieć, że właściwe koncertowanie rozpocząłem od Blaze’a Bayleya odgrywającego materiał Iron Maiden nagrany ze swoim udziałem. Tutaj mam mocno mieszane odczucia: z jednej strony fajnie było usłyszeć na żywo sporo kompozycji, których w innej sytuacji (takiej jak chociażby koncert Żelaznej Dziewicy) nie usłyszymy, z drugiej najlepsze wrażenie zrobiły na mnie Clansman, Sign of the Cross i Man of the Edge, a więc te najpopularniejsze pozycje z Blaze’owego czasu w kapeli. Pozostała część seta dobitnie udowodniła mi, że to nie brak Bruce’a Dickinsona jest powodem, przez który w ogóle nie wracam to The X Factor czy Virtual XI – to po prostu kwestia nieszczególnie porywającej warstwy muzycznej. Po reakcjach publiki na poszczególne kawałki wnioskuję jednak, że byłem tutaj w zdecydowanej mniejszości.
Końcówka piątku to już stricte black metalowe doznania. Najpierw powtórka świetnego Sventevith, czyl Nergala i Mysthyrming grających debiut Behemoth. Mimo że widziałem ten projekt ledwie miesiąc wcześniej, to ponownie okazał się on niesamowicie odświeżającym doświadczeniem – tym bardziej, że byłem świeżo po odsłuchu I, Scvlptor. Szalejący na scenie Darski, dziko wyglądający Islandczycy (do których zaraz wrócę)… wykrzykiwane przez Nergala w tekście Chant of the Eastern Lands hasło „pure barbarity” było tutaj wręcz namacalne. Coraz bardziej żałuję, że koncerty Pomorskiej Bestii skupiają się już na „pure theatricality”, ale dzięki temu jeszcze bardziej doceniam, że mogłem doświadczyć nie jednego a dwóch koncertów tego projektu/tribute’u. Nie było za to zbytniej teatralności w koncercie headlinera drugiego dnia i największej z nazw na plakacie tegorocznego SDLa. Mowa oczywiście o Satyriconie, który według mnie w pełni wykorzystał otrzymany najdłuższy czas sceniczny i odkopał kilka rzadziej granych numerów, takich jak Nemesis Divina czy Walk the Path of Sorrow. Nie zgadzam się z opiniami, jakoby spokojnie przechadzający się po scenie, czasem chwytający za gitarę Satyr w jakimś stopniu „zamulał”. Może i faktycznie nie był on takim wulkanem energii jak goszczący wcześniej na scenie Nergal, ale też jest to po prostu inne granie. Jeśli o mnie chodzi, to mógłby on wręcz siedzieć na scenie i jedynie ruszać ustami, petardy z Now, Diabolical wzbogacone mocnymi strzałami z The Age of Nero, nieśmiertelnym Mother North czy dzikim Fuel For Hatred obroniłyby się same. Wieczór zakończyłem w Krypcie na Misthyrming, niestety w tym celu odpuszczając całkowicie Blindead 23. Nie mogę jednak powiedzieć abym żałował, bo Islandczycy dali według mnie najlepszy koncert festiwalu. Klimat wylewał się ze sceny, pokłady agresji były w tym wszystkim spore, najważniejsze jest jednak dla mnie to, że muzycznie dowieźli, oj dowieźli. Po tym wszystkim w pełni zrozumiałem, dlaczego akurat oni zostali wybrani do grania z Nergalem.

Trzeci dzień SDL
RED. SYNU
Trzeci dzień festiwalu dawał się już nieco we znaki, więc liczba koncertów siłą rzeczy musiała się zmniejszyć. Nie miałem jednak zamiaru całkowicie składać broni. Finałowy dzień festiwalu rozpocząłem więc od wizyty w Krypcie.
Tam swój pierwszy w historii koncert grał zespół Atavia. Jestem fanem głosu Mai od swojego pierwszego kontaktu live z Daturą, nie mogłem więc przegapić występu artystki w jej praktycznie solowym projekcie. Energia i magia sceniczna wytworzone podczas koncertu okazały się dokładnie tak imponujące, jak się spodziewałem. Skromna, bardzo naturalna i całkowicie pozbawiona efekciarskiego zacięcia wokalistka na scenie potrafi otworzyć się emocjonalnie i zaoferować szczere doznania, dysponując przy tym niesamowitym głosem i darem przekonywania.
Mniej wyraziście wypadła Hekla, z której wyszedłem po 10 minutach przedziwnego intro – choć nie mogę wykluczyć, że były to już pełnoprawne utwory. Pocieszenia nie znalazłem też pod dużą sceną, na której swój koncert grał Jesu. Wierzę, że w nieco bardziej sprzyjających okolicznościach i przy sposobności większego skupienia mógłbym spróbować dostroić się do częstotliwości, na których swój przekaz nadawał Justin Broadrick (vide koncert Godflesh sprzed dwóch lat), tym razem jednak sił na przedziwny britpop, wędrujący na heroinowym głodzie po industrialnym pogorzelisku, nieco mi zabrakło.
Wycelowany w serce zastrzyk adrenaliny zaaplikował mi na szczęście Årabrot. Szalone jak zwykle – i jak zwykle zjawiskowe – nabożeństwo pary Norwegów, z rock’n’rollem jako osnową ich Ewangelii, pozwoliło mi przepędzić oznaki festiwalowego zmęczenia. Choć koncert sprzed kilku lat w poznańskiej Minodze wypełniony był znacznie większą liczbą hitów, skłamałbym mówiąc, że tym razem też nie bawiłem się bardzo przyzwoicie.
Kolejnej porcji endorfin w hurcie dostarczył Dool. Holendrów miałem okazję widzieć już w akcji podczas jednego z zeszłorocznych koncertów w Polsce, wiedziałem więc doskonale, czego mogę się po nich spodziewać. Zastanawiałem się jedynie, czy duże festiwalowe sztuki dźwigają z podobną gracją jak koncerty klubowe. Dźwigają. Jeszcze jak.
Szybka nawrotka do Krypty pozwoliła mi na wysłuchanie koncertu Rope Sect. Pomny doskonałego występu zespołu w Toruniu, z radością przyglądałem się zdziwieniu przemieszanemu z zachwytem, które malowały się na twarzach fanów zdających się widzieć zespół po raz pierwszy. Zasłyszane pod Kryptą rozmowy tylko utwierdziły mnie w przekonaniu, że zespół zyskał sobie tym koncertem w naszym kraju wielu nowych fanów.
Nevermore – choć opinie osób, które miały okazję zobaczyć wcześniejsze występy reaktywowanej legendy amerykańskiego power metalu, były jednoznacznie pozytywne – sam koncert pozostawał bądź co bądź sporą zagadką. Tak charyzmatycznej postaci jak Warrel Dane nie może przecież zastąpić byle kto. Berzan Önen okazał się jednak cosplayerem doskonałym – z właściwym szacunkiem i wyraźnym namaszczeniem, a jednocześnie bardzo swobodnie odnalazł się w swojej roli. Dokładając do tego imponujące warunki wokalne, mamy gotowy przepis na sukces. O technicznych popisach i gracji scenicznej Jeffa Loomisa nie muszę chyba wiele mówić, warto jednak wskazać jeszcze jednego bohatera koncertu, jakim był młodziutki Jack Cattoi, w wielu momentach z powodzeniem kradnący Loomisowi sceniczne show.
Kręcąc się po terenie festiwalu i domykając piąteczkami ostatnie rozmowy, zahaczyłem o scenę główną, na kończący tegoroczną edycję akt w wykonaniu Ahab. Niewdzięczna rola grania dla ostatnich festiwalowych niedobitków nie zbiła z pantałyku pociesznych Niemców, którzy swoją dołującą doomową muzyką, z gracją i elegancją wyprawili lato w definitywną podróż za morze, zanurzając się jednocześnie w swoim dźwiękowym polowaniu na największe potwory głębin. Bardzo udany finał jeszcze bardziej udanej odsłony SDL.
Co za rok na osiemnastą, jubileuszową edycję? Giełdę propozycji można już rozpocząć, podobnie jak rezerwowanie terminu w przyszłorocznym kalendarzu. Nie ma bowiem siły, która skłoniłaby mnie do rezygnacji z przyjazdu na Summer Dying Loud 2027. Zbyt mocno jestem już z tym festiwalem zżyty, bym w ogóle rozważał najmniejszą nawet absencję.

RED. ŁUKASZ
W tym roku to ostatni dzień okazał się w moich oczach tym lineupowo najsłabszym, potraktowałem go więc zdecydowanie najluźniej. Zacząłem od świetnej i poruszającej Atavii w Krypcie, gdzie przywołała mnie w zasadzie jedynie obecność Mai z Datury. Zespół ten usłyszałem w sobotę po raz pierwszy i było to bardzo przyjemne, chętnie kiedyś powtórzę. Za to nie powtórzę już chyba Frontside – kiedyś bardzo lubiłem ten skład, ale w ciągu kilku ostatnich lat mój entuzjazm mocno opadł i sobotnie znużenie w trakcie ich występu było chyba tego kulminacją. Muzycy ewidentnie bawili się dobrze, ja niekoniecznie i chyba w tym momencie nasze drogi się rozchodzą. Tak samo nie trafiła do mnie kolejna z SDLowych wizyt Justina Broadricka – dwa lata temu wynudził mnie Godflesh, teraz miałem dość podobne wrażenia w trakcie show Jesu. No koncertowo to po prostu nie dla mnie.
Żeby wyłącznie nie narzekać, kolejne trzy pozycje wypadły w moich oczach całkowicie inaczej. Najpierw dałem się wciągnąć do kościoła Årabrot, i choć moja opinia co do dyskusyjności wokalu Kjetila Nernesa raczej nie ulegnie już nigdy zmianie, tak jako całość po prostu kupuję ten zespół. W Krypcie małżeństwo tworzące Årabrot było wulkanem energii, a chwytliwość ich muzyki mocno poprawiła mój humor. Bardzo pozytywnie wypadł też Dool na głównej scenie – sporo w tej muzyce emocji, a do tego dochodzi świetny wokal Ravena van Dorsta. Czas w końcu nadrobić ich studyjny katalog. Klasowy był również koncert Destruction, ale wiadomo jak to jest z thrashem – na żywo to zawsze działa i rozbudza, a dokładnie taki pobudzający strzał był mi potrzebny, aby w ogóle podjąć próbę dotrzymania do kończącej festiwal trójcy.
Trójcą tą były kolejno: odpuszczone przeze mnie na Brutal Assault Nevermore – w miarę mi się podobało, ale jednak nie na tyle, aby zatrzymać mnie pod sceną na dłużej niż kwadrans, choć to może bardziej kwestia potęgującego się zmęczenia niż artystycznej strony występu. Trochę dłużej zostałem w Krypcie na Azarath, który dostarczył wszystko to, czego można było się spodziewać – była smoła, był Szatan, było niszczenie Chrystusa i jego ekipy. Tutaj wykonawczo tez nie mam się do czego przyczepić, ale również i w tym przypadku odniosłem wrażenie, że kilka/naście lat temu muzyka tego zasłużonego składu ekscytowała mnie o wiele bardziej. No nic na to nie poradzę, że gusta ewoluują. Niestety AHAB odpuściłem całkowicie, już drugi raz w tym roku. Może jeszcze kiedyś się uda.

Autorem zdjęć jest Dariusz Gracki (pełna fotorelacja z festiwalu do obejrzenia tutaj).

- Summer Dying Loud 2026 – Aleksandrów Łódzki (3-5.09.2026) - 1 października 2026
- Black Witchcraft – Ex Ossibus Templum Ei Erigemus (2026) - 20 września 2026
- Winylowe reedycje albumów THY WORSHIPER - 9 sierpnia 2026