Jeżeli ktoś chciał przekonać się, czym w praktyce jest moc sentymentu i jak niesłabnące – mimo upływu lat – potrafi być przywiązanie ludzi do twórczości artystów, towarzyszących im w okresie dorastania, miał świetną okazję doświadczyć tego w minioną sobotę w Katowicach. W miejscowym MCK swój koncert zagrał bowiem Ville Valo, lider (nomen omen) piekielnie popularnego na przełomie lat 90-tych i 00-nych zespołu HIM, który po raz kolejny pojawił się w naszym kraju w ramach trasy promującej swój solowy album– Neon Noir. Koncert ten miał wymiar głównie sentymentalny także dla mnie, fanem Finów byłem bowiem za czasów nastoletnich (nigdy jednak nie było mi dane zobaczyć ich w wersji live), by rozstać się później ze śledzeniem losów zespołu i jego muzyków na niemal dwie dekady.
Koncert VV był trzecią na przestrzeni nieco ponad roku wizytą artysty w Polsce, w pierwszej chwili mogło się więc wydawać, że dwa, zorganizowane przed rokiem w Warszawie i Krakowie występy nasyciły fanów artysty w stopniu, który wpłynie na frekwencję katowickiej odsłony trasy. Otóż nic bardziej mylnego – widząc na wejściu solidnie wypełnioną pokaźnych rozmiarów salę MCK, doznałem niemałego szoku, doświadczając jednocześnie niezbitego dowodu na to, że muzyka HIM, przez lata nie tylko nie straciła na popularności, ale nawet (widząc w sporej części młode twarze) zyskała rzesze nowych sympatyków.
Nie udało mi się niestety obejrzeć poprzedzającego występu londyńskiego projektu Zetra. Nie żebym nie był nim zainteresowany, jednak planując podróż do Katowic nie przewidziałem kilku przygód, wśród których prym wiodły wesołe rozmowy z ochroną, wyjaśnianie kwestii logistcznych i wizyty w wymaganym przez organizatorów depozycie. Do sali koncertowej dostałem się ostatecznie w przerwie poprzedzającej występ VV, którą spędziłem na przedostawaniu się przez mocno zagęszczony tłum w zapewniające komfortowe doznania okolice sceny.
Sygnał do rozpoczęcia koncertu dało rozświetlone logo VV, na tle którego pojawiła się najpierw ekipa muzyków towarzyszących, a po chwili – naturalnie przy wrzawie i nieukrywanej ekscytacji zgromadzonych – bohater wieczoru.
Setlista składała się w równym stopniu z utworów z solowego Neon Noir i największych hitów HIM, odgrywanych naprzemiennie. Wśród zaprezentowanych kawałków znalazły się zarówno singlowe Echolocate Your Love, Loveletting, Neon Noir, Salute the Sanguine, The Foreverlost oraz najbliższy starszym dokonaniom Saturnine Saturnalia, jak i evergreeny HIM pokroju Right Here in My Arms, Gone With the Sin, Poison Girl, The Funeral of Hearts, Join Me in Death, czy When Love and Death Embrace. Do pełni szczęścia zabrakło mi kilku przebojów (kosztem nowych numerów dorzuciłbym na pewno Your Sweet Six Six Six, Pretending i The Sacrament), ich brak nie wpłynął jednak w jakiś znaczący sposób na ogólne wrażenia i oblicze występu.
To zbudowane zostało głównie świetnymi efektami wizualnymi (nie wiem jak koncert VV prezentował się w surowszych warunkach warszawskiej Proximy i krakowskiego Kwadratu, jednak oprawa świetlna w MCKu była znakomita), bardzo dobrym brzmieniem i – przede wszystkim – przyzwoitą formą wokalną Villego Valo. Nie da się nie zauważyć, że upływ czasu odbił się wyraźnie na wyglądzie i dyspozycji fizycznej artysty (zachowanie sceniczne, podobnie jak konferansjerska były bardzo oszczędne, by nie powiedzieć ascetyczne), jednak pod względem charyzmy, niewątpliwego magnetyzmu i przede wszystkim możliwości głosowych – nawet pomimo kilku wpadek, czy momentami niepotrzebnych szarż wokalnych – lider HIM wciąż wypada naprawdę dobrze.
Co istotne, wspomniane zdystansowanie i stonowanie wokalisty (oraz pozostałych muzyków, którzy też nie zdradzali przesadnego zamiaru wychodzenia z roli statystów) nawet w najmniejszym stopniu nie udzieliło się publice, która nie szczędziła muzykom okrzyków, oklasków, uniesionych rąk i innych wyrazów aprobaty. I to nie tylko w tej (co wydawałoby się całkowicie naturalne) żeńskiej części tłumu – widok barczystych, brodatych wojowników, składających dłonie w kształt serca i odśpiewujących dzielnie teksty o miłości, smutku, samotności i złamanych uczuciach, wcale nie należał tego wieczoru do rzadkości.
Nie będę ukrywał, że sentymentalna podróż do czasów nastoletnich, zafundowana przez VV, była dla mnie naprawdę przyjemnym doświadczeniem. Uczuciem porównywalnym ze spotkaniem dawno niewidzianego znajomego, który przywołuje (mogłoby się wydawać) bezpowrotnie zatarte w głowie emocje i wspomnienia. Niezmiernie się cieszę, że dzięki wizycie w Katowicach, miałem okazję do ich odświeżenia.
fot. Norbert Dorobisz
- Villagers Of Ioannina City, Sunnata – Warszawa (12.03.2026) - 24 marca 2026
- Vígljós – Tome II : Ignis Sacer (2025) - 17 marca 2026
- The Last Words of Death XXXV w Bydgoszczy - 11 marca 2026
Tagi: HIM, katowice, koncert, live nation, MCK, Neon Noir Tour, relacja, Ville Valo, VV.






