Nowy album zatytułowany Humanoid i nadchodząca trasa koncertowa legendy heavy metalu Accept – to główne tematy, które poruszyliśmy w rozmowie z wokalistą formacji, Markiem Tornillo. Zespół zaprezentuje się tego lata polskiej publiczności na gdańskim Mystic Festivalu.
Hello, Mark. Zacznę bez zaskoczenia – od nowego albumu. Humanoid powstał ponownie we współpracy z Andym Sneapem (producent albumów m.in. Judas Priest, Megadeth, Saxon, Dream Theater, Opeth, Amon Amarth – przyp. aut.). Czy praca nad tym albumem wyglądała inaczej niż nad poprzednim Too Mean to Die?
To już szósta płyta, którą nagraliśmy we współpracy z Andym. Ale tym razem nasza praca wyglądała zupełnie inaczej. Nagrywanie Too Mean to Die było koszmarem z powodu pandemii. To był marzec 2020. Musieliśmy nagle przerwać produkcję, ponieważ wszystko się zamykało, odwołano loty, sytuacja była bardzo niepewna. Uzgodniliśmy z Andym, że lepiej wrócić do domu w tamtej chwili, bo później możemy w ogóle nie mieć takiej możliwości. W lipcu pracowałem z Wolfem (Hoffmannem, gitarzystą Accept – przyp. aut.) w studiu w Nashville. Andy nie mógł jednak do nas dolecieć. Byliśmy zmuszeni kontynuować pracę zdalnie – po prostu łączyliśmy się na Zoomie. I tak zakończyliśmy płytę.
Tym razem było o wiele łatwiej. Pracowaliśmy w jednej przestrzeni. I naprawdę, wiesz, wszystko działało o wiele sprawniej. To jest zupełnie inny poziom interakcji i tworzenia, kiedy osoba, z którą pracujesz, jest fizycznie obok ciebie.
Zawsze dobrze nam się pracowało z Andym. Teraz nie było inaczej. Stworzyliśmy razem już dużo muzyki. On jest właściwie częścią zespołu.
Jak powstawał nowy album Humanoid? Czy nagrywając go mieliście myśl przewodnią?
W sumie to nie. Humanoid to zbiór różnych utworów, choć można odnieść wrażenie, że łączą się w jedną całość. Wiele osób stwierdziło, że odbiera tę płytą jako concept album. Ale to nigdy nie miał być album koncepcyjny. Mogliśmy pójść tą drogą, wiesz, aleją sztucznej inteligencji, zagubić się w tym i napisać więcej muzyki na ten temat. Byłoby to całkiem łatwe. Ale tego nie zrobiliśmy. Jedyna kwestia, która łączy utwory na Humanoid, to aktualność poruszanych tematów. Dotyczą one bieżących wydarzeń i spraw, którymi ludzi niepokoją. No, może z wyjątkiem utworu Frankenstein. To taki mały klejnot. Choć można też powiedzieć, że to taki pierwotny potwór, nazwijmy go analogowym potworem – w odróżnieniu od sztucznej inteligencji, którą możemy określić cyfrowym potworem. To nie było coś, co planowaliśmy, ale podoba mi się, jak to wyszło.
Zerknijmy w takim razie na listę utworów nowego albumu. Płytę otwiera Diving into Sin.
Tak. Wydaje mi się, że Wolf planował ten utwór na „otwieracz”, kiedy pisał do niego intro. Ale to Andy ostatecznie decyduje, jaka będzie kolejność utworów na płycie. Myślę, że to całkiem mocny otwieracz. Lubię ten utwór.
Czy to na tyle mocny otwieracz, że ma szansę pojawić się jako pierwszy utwór na nadchodzącej trasie? Czy wiecie już, co będziecie grać w Ameryce Południowej (gdzie będzie mieć miejsce pierwsza część trasy – przyp. aut.)?
Nie wydaje mi się. Gramy teraz próby przed trasą. Ćwiczyliśmy przez kilka ostatnich dni parę utworów. Jutro wylatujemy do Ameryki Południowej. Raczej tego nie zagramy.
Drugi utwór to Humanoid. To też tytuł albumu. Skąd wziął się pomysł na taką nazwę?
To znów sprawka Wolfa. Napisał muzykę do tego utworu, to był jego pomysł, tematyka AI i wszystko, co się dzieje wokół tej kwestii. Dostałem demówkę i wziąłem się za pisanie tekstu. Nie było to trudne. Kiedyś oglądałem dużo Star Treka, szczególnie Następne pokolenie (śmiech). W serialu zmieniali ludzi w cyborgi. I tak powstał tekst do tego utworu, którego tytuł stał się też tytułem albumu.
A okładka albumu?
Bardzo fajna grafika. To zazwyczaj Wolf wpada na takie pomysły. To on pracuje z grafikiem. Wyszła świetna rzecz. Podobnie jak interaktywna strona internetowa, na której można wcielić się w robota albo humanoida, wejść z nim w interakcje, przy okazji wygrać jakieś nagrody.
Płytę w formie klipu promuje między innymi utwór Reckoning – ostre metalowe granie w hangarze, płomienie…
Właściwie było wtedy bardzo zimno, ale płomienie były bardzo gorące (śmiech). W przeciwieństwie do dwóch pozostałych klipów, nie ma tam obrazów stylizowanych na wygenerowane przez AI. Wszystko jest prawdziwe. To dobre wideo. Reckoning to flagowy utwór Humanoid, w sumie to jeden z moich ulubionych numerów na płycie.
Na nowej płycie, podobnie jak na Too Mean to Die, pojawiła się też ballada. Ravages of Time to bardzo spokojny utwór o upływaniu czasu, o tym, że nic nie trwa wiecznie.
To było początkowo dzieło Wolfa, to jego pomysł. Tak, to utwór o tym, jak szybko mija czas. Starzejesz się, więc jeśli chcesz coś zrobić, lepiej zrób to teraz. W zasadzie jutra nie ma. Wolf pracował nad tym utworem z Martinem (Motnikiem, basistą – przyp. aut.). Napisali też trochę tekstów do tego i przekazali mi. Ja trochę je podrasowałem, napisałem część tekstu inaczej. Potem siedliśmy do tego razem z Andym, zaśpiewałem i dopracowaliśmy to. Czasami napiszesz taki rozwlekły tekst, bierzesz się za śpiewanie i to nie klika, nie pasuje, jest tego za dużo. Zawęziliśmy trochę temat, ale esencja została. To świetny utwór, piękna piosenka. Nie mogę się doczekać, kiedy zaśpiewam to na żywo. Raczej nie wydarzy się to na festiwalach, ale jako headlinerzy w klubach, myślę, że będziemy to grać.
Przeskoczyliśmy nieco przez listę utworów. Który numer jest Twoim ulubionym?
Nie wiem, czy już mam ulubiony utwór. Reckoning bardzo mi się podoba. Ale lubię też Frankensteina. Bardzo dobry według mnie jest też Nobody Gets Out Alive. Wiesz, wszystkie te utwory są dobre. To tak jakby próbować wybierać swoje ulubione dziecko (śmiech), rozumiesz? Nie mogę tego zrobić. Nie mogę się po prostu doczekać, kiedy będziemy grać te kawałki na żywo.
Zaczynacie trasę w Ameryce Południowej. Tamtejsza publika znana jest ze swojej żywiołowości. Czy publiczność na tym kontynencie odbiera waszą muzykę inaczej niż publiczność europejska?
Na pewno są szaleni. Ludzie w Ameryce Południowej to wielcy pasjonaci metalu. Ale w Europie też mamy taką publiczność, choć każde miejsce jest trochę inne. Dlatego bez względu na wszystko staramy się zapewnić wszystkim najlepszy występ, jaki możemy zrobić.
Tego lata zagracie także w Polsce. To będzie piętnasty występ Accept w naszym kraju.
Tak w ogóle, to nie jest wykluczone, że do trasy zostaną dołożone kolejne koncerty. Ale nie wiem, czy akurat w Polsce. Pamiętam, że do tej pory graliśmy w Krakowie, w Warszawie, w Gdańsku. Graliśmy też na festiwalu Woodstock Poland w 2014 roku. To był największy tłum, jaki w życiu widziałem. 750 tysięcy ludzi, to było niesamowite. To zdecydowanie był wyjątkowy moment – „co u diabła?”. I nie brakowało tam naprawdę szalonych fanów. Czy ten festiwal dalej jest organizowany?
Tak. Nazywa się już inaczej i odbywa się w innym miejscu, ale formuła jest zachowana. W tym roku odbędzie się trzydziesta edycja. Może kiedyś Accept znów na nim zagra?
Kto wie, mam taką nadzieję.
Wracając do waszej trasy – ile z nowych utworów może pojawić się na setliście?
Z myślą o Ameryce Południowej próbowaliśmy cztery-pięć nowych numerów. Zobaczymy, ile uda nam się zagrać, ale myślę, że trzy lub cztery utwory powinny zmieścić się w setliście. Zawsze po wydaniu nowego albumu staramy się grać nowości. Ale ogólnie wybór numerów do setlisty robi się coraz trudniejszy – im więcej płyt na koncie, tym trudniej zdecydować. Trzeba zagrać klasyki. Ale niewykluczone, że w kolejnym roku zagramy kolejną trasę – wtedy będzie można dokonać jakichś przetasowań w setliście.
Odkąd dołączyłeś do zespołu, nagrywacie płytę średnio co trzy lata. Jesteście aktywni. To chyba dowód na to, że zespół ma się dobrze i idzie do przodu.
Chciałbym, żeby tak było dalej. Wiadomo, że pandemia wszystko nieco spowolniła. Na pewien czas świat się właściwie zamknął. Nie było tak łatwo wsiąść z powrotem na konia, ciężko było się zebrać. Ale idziemy do przodu, działamy. Przez pewien czas będziemy grać koncerty. Nie można przewidzieć, jak będzie z kolejną płytą. Nie widzę jednak żadnych oznak, żebyśmy mieli zwalniać.
Ostatnie pytanie o nadchodzące tygodnie – czy czekasz szczególnie na któryś z letnich festiwali lub występów klubowych?
Jeśli chodzi o festiwale, to czekam na wszystkie. W tym roku zagramy ponownie na Wacken. Będziemy na Hellfeście. To wielkie imprezy. Tak w ogóle, to często jestem pytany, czy wolę grać dla dużych publiczności czy jednak mniejsze koncerty. Dla mnie to bez różnicy, czy gramy dla pięciuset, czy pięćdziesięciu tysięcy osób. I tak widzę tylko tych ludzi z przodu (śmiech). Aha, i nie mogę się doczekać Mystic Festivalu, to pierwszy występ na europejskiej części trasy. To duży festiwal, świetny skład. Mam kilku dobrych znajomych, którzy też tam zagrają. To będzie świetny czas.
Dzięki za rozmowę. Wszystkiego dobrego.
Wielkie dzięki.
- Koncerty DUBIOZY KOLEKTIV już w lutym - 27 stycznia 2026
- Blood Command – Warszawa (21.12.2025) - 31 grudnia 2025
- Nothing More – Warszawa (16.11.2025) - 21 listopada 2025






