Pożegnanie Ozzy’ego wg redakcji KVLT

Spotykamy się tu, by wspólnie pożegnać Ozzy’ego Osbourne’a. Kilka osób z naszej redakcji wspomina legendarnego frontmana Black Sabbath, który jako jeden z niewielu mógł poszczycić się faktem, że jego dokonania solowe pod wieloma względami wcale nie ustępowały kompozycjom macierzystej formacji, szczególnie biorąc pod uwagę jej późniejsze dokonania zrealizowane z innymi wokalistami.
___

Red. Hubert: Ozzy to jeden z tych gości, o których uważało się, że przeżyją nas wszystkich. Podobnie myślałem zresztą o duecie Lemmy oraz Bowie, ale obaj Panowie zawinęli się z tego świata kilka dni po sobie, niespełna 10 lat temu. Nagle. Gdy do tego doszło, byłem piekielnie smutny. Jak to Lemmy zmarł? Przecież po wybuchu atomówki przetrwać miał tylko on i karaluchy. Bowiego zabrało raczysko? Niemożliwe, przecież sam Ziggy Stardust nigdy by na to nie pozwolił. Ozzy? Kurde, układ immunologiczny tego typa zniesie wszystko. Tak się przecież wydawało przynajmniej części z nas, prawda?

Mniejsza o romantyzowanie śmierci tych największych. Odeszły prawdziwe legendy, które wybudowały sobie za życia pomniki jak ze spiżu. Tacy nie mogą umierać, bo po prostu cholernie trudno pogodzić się z bolesnym faktem, że tych ich już nie ma, odeszli i nie wrócą.

Każdy z trzech wymienionych wyżej Panów pozostawił po sobie opasły katalog fenomenalnej muzyki, natomiast dla mnie prywatnie śmierć Osbourne’a stanowi początek końca pewnej epoki w historii ciężkiego grania. Raz: zmarł pionier metalu, człowiek, który niósł tę muzykę na ustach na początku lat 70. zeszłego wieku. Dwa: odszedł podręcznikowy przykład gwiazdy rocka, gościa sukcesywnie przyzwyczającego kolejnych dziennikarzy do coraz bardziej wymyślnych ekscesów. W żaden sposób nie pochwalam jego zachowań, ale przyznaję, świetnie czytało się o nich w książce Ja, Ozzy. Trzy: jeszcze w czerwcu w Londynie przypadkiem wpadłem na Jimmy’ego Page’a. Miałem okazję uścisnąć jego wątłą dłoń. Sposób, w jaki mi ją podał, dobitnie przypomniał mi, że autor gitarowego solo-absolutu, jakim niewątpliwie jest słynna partia w Stairway to Heaven, nie ma zbyt wiele czasu. Jimmy ma 81 lat. Jego odejście też będziemy przecież musieli jakoś przełknąć. 

Wróćmy jednak do Ozza. Najważniejsze, że ten pozostawił po sobie całe mnóstwo rewelacyjnych numerów, do których wraca się z ogromną przyjemnością. Co więcej, nie były to wyłącznie numery rozrywkowe. Słynny frontman udzielił się w pokaźnej liczbie ballad tudzież po prostu smutnych kawałków, których teksty łatwo przełożyć sobie na własne doświadczenia.

Najbardziej dziękuję za pierwsze pięć krążków Black Sabbath, a także Changes, Dreamer i mocarne No More Tears.

Red. Synu: Ozzy Osbourne był jednym z pierwszych artystów stricte metalowych, których poznałem jako świadomy słuchacz. Wibrująca gitara i charakterystyczny śpiew w refrenie singlowego Perry Mason z Ozzmosis do dziś zajmują zresztą szczególne miejsce w moim sercu.

Na psychikę młodego człowieka, z właściwą siłą oddziaływały też oczywiście wszystkie legendy o porozgryzanych nietoperzach, oceanie pochłanianych używek i życiu gwiazdy rocka, jakiego był symbolem. I choć zawsze zastanawiałem się, ile w pozascenicznej kreacji nieporadnego, zagubionego i nadającego na całkowicie rozregulowanej częstotliwości artysty, było pozy i roli, nigdy nie miałem wątpliwości, że na scenie, na której przeistaczał się w ucieleśnienie osobowości i charyzmy, zawsze był sobą. 

Odeszła legenda, jedna z najważniejszych figur w historii heavy metalu i prawdziwa ikona popkultury. Odszedł Książe Ciemności.

Red. Brzeźnicki: Grałem wczoraj z zespołem próbę, gdy zaczęły spływać wiadomości o treści „Ozzy nie żyje”. Nagle granie death metalu przestało dawać taką satysfakcję jak moment wcześniej, a zaskoczenie i smutek przebiły się przez inne uczucia. To zadziwiające, że osoba, która nigdy nie była bliżej mnie niż kilkaset kilometrów, może wywołać podobne wzruszenie. Słuchając muzyki naszych idoli, wchodzimy z nimi w interakcję, „poznajemy się” i stajemy się sobie bliscy. Ozzy był na scenie od zawsze. Nie ma metalowców, którzy słuchali metalu dłużej, niż istniał Black Sabbath, bo to Sabbath wymyślił gatunek. To Osbourne z kolegami przyczynili się bezpośrednio do powstania ruchu zwanego ciężkim graniem i metalem, a co za tym idzie – całej subkultury, z którą się identyfikuję od jakichś trzydziestu trzech lat.

Znam większych od siebie maniaków Ozzy’ego i Sabbath. Zacząłem słuchać metalu na początku lat 90. i wbiłem od razu w style współczesne temu okresowi, uważając BS za „granie dla dziadków”. Poznawałem utwory z coverów innych kapel, takich jak Anthrax i ich świetną wersję Sabbath Bloody Sabbath, Vader z mrocznym Black Sabbath, Sepuluturę z Symptom of the Universe, Biohazard z After Forever i genialny Faith No More z wykonem War Pigs, którego już nikt według mnie nie przebije. Czas mijał, pesel się starzał i zacząłem zauważać, że nie tylko łomotem metal żyje. Najpierw uderzyła mnie solówka Ozzmosis, gdzie Perry Mason zabił mnie riffem i doceniłem świetny styl Zakka Wylde’a. Od tego czasu częściej spoglądałem w stronę Ozzy’ego i jego dokonań. Im jestem starszy, tym bardziej je lubię, w końcu mogę się nazwać fanem Sabbath i często odtwarzam ich płyty z winyli, bo nic tak nie smakuje z czarnej płyty, jak stary Black Sabbath!

Tak jak wszyscy, zdawałem sobie sprawę z chorób i zbliżającej się śmierci najpotężniejszej gwiazdy rock n’ rolla, jaką był bez wątpienia Ozzy. Niestety i tak dałem się zaskoczyć, i tak czuję niedowierzanie. Jest to koniec pewnej epoki, Ozzy był nie tylko muzykiem, ale i symbolem, który długo migał się śmierci, mówiąc jej z brytyjskim akcentem „Fuck off”. Boję się myśleć, ile płyt jeszcze „nagra” i jaka okrutna kasa będzie bita na jego śmierci, ale wiem jedno – on sam przez całą, długą karierę żył zgodnie ze sobą, tworzył i kreował się na siebie. Był maszynką do robienia pieniędzy, ale na tyle wyrazistą, że to na jego stylu ten cały biznes się opierał. Amen.

Red. Marta: Dla mnie Ozzy był zawsze – ale przez większość mojego życia w tle, bo słuchać np. Black Sabbath, w znaczeniu: przesłuchiwać całe płyty i wracać do nich, zaczęłam może z 10 lat temu. Mam wiele wspomnień i dobrych wrażeń związanych z kilkoma ich płytami – no patrz, akurat tymi z OzzymParanoid wielbię, ale napisać tu chciałam o utworze być może budzącym ambiwalentne odczucia u wielu osób: Changes. Chodziłam wtedy jeszcze do szkoły i zachorowałam na jakąś grypę. Oczywiście uciecha, bo nie musiałam do tej szkoły iść. Całe dnie jadłam jogurty, czytałam niesamowitą grubą powieść „Łowcy fok” í słuchałam wspaniałego katowickiego Radia Flash, które wiele lat uczyło mnie muzyki. Bardzo często w tym czasie puszczali Changes. Głos Ozzy’ego í te klawisze – obydwa wyciągające się w niemożliwie wzruszający sposób, skupiony i spokojny – łapały za serce i przenosiły w inne krainy, całkiem mocno w te morskie, surowe, o których czytałam w „Łowcach fok”. Od tamtego czasu dźwięki w tym kawałku, włącznie z wokalem, kojarzą mi się z tęsknotą za przestrzenią, wiatrem, naturą i z respektem przed jej zmiennością – przecież jednocześnie tak pierwotnie pociągającą.

Dziś siedziałam w pracy i kiedy w – innym już – radiu puścili Changes, miałam gęsią skórkę, która aż bolala. Ozzy is going through his biggest change – nie będzie już z nami materialnie jego zadziornej i pełnej ciepła osoby i tego jedynego w swoim rodzaju głosu. Ale to tylko powierzchowna zmiana – on tam gdzieś już urządza Halloween, a to, co stworzył w muzyce i dla niej, zostało z nami, żyje w najlepsze i inspiruje. Ja za to i za te wszystkie emocje jestem mu niezmiernie wdzięczna.

Hubert Pomykała
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .