Interview with Harakiri for the Sky – English
Wiele wskazuje na to, że czerwiec upłynie pod znakiem pierwszych letnich festiwali sezonu oraz pamiętnych koncertów. Wszystkich słuchaczy atmosferycznego black metalu oraz post-blacku zachęcam do uwzględnienia w koncertowych planach Harakiri for the Sky.
Austriacki zespół zagra w naszym kraju cztery koncerty, a fani będą mieli okazję wsłuchać się w pełne emocji pejzaże dźwięku, na których metalowy ciężar kontrastuje ze spokojniejszymi partiami.
JJ, frontman zespołu, opowiedział nam, jak najczęściej wygląda proces twórczy i czemu zawdzięcza tak poruszające teksty w twórczości Harakiri for the Sky. Dowiecie się również, kiedy możemy spodziewać się następcy klimatycznego albumu Mære.
Cześć, dziękuję za twój czas. Wkrótce zaczyna się Wasza trasa po Polsce, więc bardzo doceniam możliwość rozmowy.
JJ: My również na to czekamy. Naprawdę cieszy mnie też to, że będziemy mieć świetne supporty.
Od zawsze byłem wielkim fanem Celeste, więc bardzo się cieszę, że to właśnie oni z nami zagrają. Poza tym – mimo że graliśmy w Polsce kilka razy – w tym roku wystąpimy również w Gdańsku, gdzie jeszcze nigdy nie byłem. Zawsze chciałem odwiedzić to miasto, bo wszyscy mi je polecali, a na zdjęciach robi wrażenie, wygląda naprawdę pięknie. Tak, zdecydowanie czekamy na tę krótką trasę!
Świetnie to słyszeć! Graliście już na żywo z Celeste bądź Sunken?
Nie, chociaż kilka razy widziałem ich na żywo. Sunken póki co zobaczyłem raz, a Celeste jakieś trzy lub cztery razy, ale nigdy razem nie graliśmy, więc to z pewnością będzie świetny skład. Myślę, że spodoba się również naszej widowni, ponieważ z jednej strony nasze zespoły nie brzmią w stu procentach tak samo, a z drugiej nie są też skrajnie odmienne. Dzięki temu powstaje wprost idealny skład na pojedynczy koncert czy właśnie minitrasę.
Ciekawi mnie też setlista zbliżających się koncertów. Czy w bliskiej przyszłości zamierzacie grać nowe kawałki? W końcu jakiś czas temu udostępniliście na swoich socialach kilka zdjęć ze studia…
Album jest już niemal gotowy. Mniej więcej dwa tygodnie temu byliśmy w studio, żeby dokończyć miksowanie, więc płyta w końcu nabiera finalnego kształtu.
Tym razem nie będziemy jednak grać nowych utworów. Zabierzemy się za nie już bliżej daty wydania, być może na krótko przed nią. Premiera jest planowana na nowy rok, na początek 2025.
W dalszym ciągu gramy głównie utwory z naszych dwóch ostatnich albumów, Arson oraz Mære. Oczywiście będziemy trochę to zmieniać w zależności od koncertu, jednak ciężko byłoby grać kilka całkowicie różnych setlist. Również dlatego, że mamy wiele długich utworów, które potrafią trwać około ośmiu minut. Nawet występując jako headliner i mając do dyspozycji 70-80 minut, wciąż musimy się liczyć z określonym czasem na scenie. W zasadzie to sam jestem ciekaw, jak zdołamy zagrać to wszystko, gdy wyjdzie nasz nowy album (śmiech) Oczywiście gdy ukaże się nasze nowe wydawnictwo, znów będziemy mieć inne numery do wyboru.
Domyślam się, że ten wybór nigdy nie jest łatwy…
To prawda. Zawsze sprawia to jakąś trudność, ponieważ nasi fani najczęściej czekają na utwory, które dobrze znają, oraz klasyczne już kawałki z naszego repertuaru. Zobaczymy więc, jak to wszystko będzie wyglądało z nowymi utworami na żywo. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że zazwyczaj przez jakieś dwa-trzy lata po wydaniu albumu w ogóle nie nudzą mnie nowe kompozycje.
Wszystko wskazuje więc na to, że jesteś zadowolony z nowego materiału.
Prawdę mówiąc, nie zawsze tak było. Nie przed każdym albumem byłem tak podjarany, jak teraz.
Tym razem nie spieszyliśmy się jakoś przesadnie, jednak wciąż moglibyśmy spędzić nad tym materiałem więcej czasu, zawsze moglibyśmy coś dograć albo poeksperymentować i zająć się dodatkowymi trackami.
Po prostu nie narzucaliśmy sobie zbyt szybkiego tempa i myślę, że utwory okazały się naprawdę udane. Jest w nich kilka nowych elementów, jednak trzymaliśmy się również naszych muzycznych nawyków. To wciąż Harakiri for the Sky, można to usłyszeć po zaledwie kilku sekundach. Po prostu teraz wszystko brzmi mocniej, nasza twórczość idzie tutaj do przodu. Zupełnie tak, jakby ciężkie partie nabrały ciężaru, a te spokojne stały się jeszcze spokojniejsze… w dużym uproszczeniu jest to połączenie różnych stylów muzyki alternatywnej, w tym gatunków, które nas ukształtowały i miały na nas wpływ, jak chociażby grunge.
Można to niemal nazwać mianem depresji maniakalnej z tymi wszystkimi wzlotami i upadkami. Serio, nie jestem pewien, czy mógłbym to dosadniej określić! (śmiech)
Fantastycznie, bardzo czekam na ten album! Czy tę płytę również wydacie dzięki AOP Records?
Tak, zostajemy w tej wytwórni. Wolimy zostać z nimi niż przenosić się do dużego labela, w którym bylibyśmy jedynie numerem i jednym z wielu zespołów. Sven z AOP to bardzo bliska mi osoba, w zasadzie jesteśmy jak najlepsi przyjaciele. Potrafimy do siebie dzwonić średnio co dwa tygodnie i rozmawiać o wszystkim, nie tylko o muzyce.
To świetna sprawa i zarazem dobra metoda pracy, ponieważ w takiej wytwórni po prostu czujemy się jak w domu. Jesteśmy nie tylko współpracownikami, ale też prawdziwymi przyjaciółmi. Mamy również świadomość tego, jak wiele Sven by dla nas zrobił. To tego typu gość, który poszedłby do banku i pożyczył 50 tysięcy euro, byleby tylko opłacić nam studio i koszt produkcji, jeśli byłaby taka potrzeba. Jeśli znasz kogoś takiego, to oczywiste, że zostajesz u niego.
Bez wątpienia. Ponieważ jesteś odpowiedzialny za teksty zespołu, to spytam również o nie.
Czy teksty na nowym albumie również będą osobiste?
Tak – z tego prostego powodu, że po prostu nie umiem pisać w sposób, który nie jest autobiograficzny. Nie jestem w stanie napisać czegoś, co nie byłoby w pewnym sensie osobiste. Dopóki więc trwa nasza historia z Harakiri, dopóty będę tworzyć w takim stylu.
Czasami jest to naprawdę łatwe, ale bywa też trudniej, a wtedy więcej czasu zajmuje mi znalezienie odpowiednich słów. Nie wychodzę z założenia, że muszę coś dokończyć w ściśle wyznaczonych ramach czasowych. To dlatego, że piszę cały czas, a dla mnie tworzenie to ciągły proces. Zawsze mam ze sobą coś do pisania i notatnik, w którym zapisuję swoje pomysły.
Kiedy więc chodzi o nagrywanie nowego albumu, po prostu muszę zorganizować swoje notatki, na przykład pogrupować je według tematu, i tak naprawdę to na tej zasadzie najczęściej pracuję.
Myślę, że świadczy to o dużym zaangażowaniu z twojej strony. Czy kiedykolwiek myślałeś o pisaniu tekstów również po niemiecku czy pozostawiasz to dla utworów w innych projektach, takich jak Karg?
Rozmawialiśmy o tym już na początku powstania zespołu. Generalnie ja i Matthias (Sollak, gitarzysta HFTS – przyp. red.) nie przepadamy za takim językowym poplątaniem. W sumie raz tak zrobiliśmy, na albumie Aokigahara, podczas współpracy z nieistniejącym już zespołem z Niemiec. Ich wokalista wolał śpiewać właśnie po niemiecku. Ponieważ mu na tym zależało, a nam z kolei zależało na współpracy, poszliśmy na kompromis, chociaż zwykle nie jestem zwolennikiem takich rozwiązań.
Myślę, że lepiej jest wybrać konkretny język i przykładowo pisać po niemiecku, po angielsku czy po prostu w jakimkolwiek języku, który dobrze się zna. Dla Harakiri, tym językiem jest angielski. Ująłbym to tak: jesteśmy zespołem, którego teksty skupiają się wokół angielskiego. Mam dużo szczęścia, że mogę to rozdzielić podczas mojej pracy w różnych zespołach.
Jeśli chodzi o Karg (zespół, który JJ założył w 2006 r. – przyp. red.), to wiadomo, że językiem przewodnim będzie tam dialekt niemieckiego, którym się posługuję. Na podobnej zasadzie naturalnym wyborem dla Harakiri był angielski. Myślę, że bardzo fajnie się to sprawdza, a ja mogę pogrupować swoje pomysły i tematy tekstów bezpośrednio dzięki rozdzielaniu ich między te dwie kategorie językowe.
Poza tym angielski pomaga przy współpracy z innymi artystami. Nie tak dawno nagraliście utwory, na których gościnnie wystąpił Neige czy dawny wokalista Gaerea…
Trafne spostrzeżenie – dziś każdy mówi po angielsku. Niemal wszyscy potrafią się dobrze posługiwać tym językiem i dzięki temu współtworzyć z innymi artystami. Obecnie to również problem, jaki mam ze swoim projektem Karg – szukam wokalistki, która growluje bądź posługuje się techniką scream, i która mówi w moim dialekcie, co jest zadaniem prawie niemożliwym!
Po prostu nie ma aż tylu artystów, co na angielskojęzycznej scenie muzycznej, jak to jest w przypadku Harakiri for the Sky. Tutaj to nigdy nie stanowi problemu i możemy wytypować kogoś ze współpracujących artystów na podstawie tego, co najbardziej nam odpowiada w ich ekspresji wokalnej i barwie głosu. Nie jesteśmy ograniczeni jedynie tym, w jakim języku ktoś mówi. Angielski po prostu wszystko ułatwia.
Z pewnością. Czy na nadchodzącym albumie również możemy się spodziewać gościnnych artystów?
Tak, chociaż na ten moment nie mogę zdradzić zbyt wiele na ten temat. Częściowo wciąż pracujemy nad dodatkowymi wokalami. Wiesz, artyści nie zawsze należą do najłatwiejszych współpracowników – czasem z powodów tak prozaicznych, że nie odpowiadają regularnie na maile (śmiech). Tak więc wciąż czekamy z pewnymi utworami i to dlatego nie mogę powiedzieć wiele więcej.
Pojawią się przynajmniej dwie lub trzy gościnne wstawki, z pewnością. Dwie z nich już mamy, są dodane w końcowym miksie. Myślę, że bardzo dobrze sprawdzają się z naszą muzyką, ale na razie to wszystko, co mogę powiedzieć.
Z pewnością będzie warto na to czekać.
Cóż, taką mam nadzieję… po prostu zawsze jest ten czas, kiedy należy rozkręcić promocję i jednocześnie nie ujawniać zbyt wiele! (śmiech)
Tak, też tak myślę. Jeśli o pracę z muzyką chodzi, czy w Harakiri for the Sky macie również inne zawody, czy muzyka jest waszym głównym zajęciem i to z niej się utrzymujecie?
Pracuję jako freelancer w dziedzinie muzyki. Poza tym piszę dla magazynu, który nazywa się SLAM Alternative Music Magazine. Zajmujemy się tam wszystkimi gatunkami muzycznymi, i nie mam tu na myśli jedynie cięższych klimatów. Powiedziałbym raczej, że chodzi o muzykę gitarową – od indie rocka po black metal.
Jeśli chodzi o pracę z muzyką, to podczas pandemii było nam ciężko jako zespołowi i oczywiście nie mogliśmy grać w czasie lockdownu, poza tym jednak jest w porządku, jeśli chodzi o utrzymywanie się z tego.
Rozmawialiśmy o graniu na żywo, ale też o nagrywaniu muzyki. Wolisz część pracy polegającą na nagrywaniu czy raczej granie na żywo i koncertowanie?
Nagrywanie jest moją najmniej ulubioną częścią tego wszystkiego. Naprawdę lubię pisać utwory i teksty, odpowiada mi praca nad tym wszystkim, ale z jakiegoś powodu naprawdę nie lubię przebywać w studiu (śmiech).
Nigdy nie podobała mi się ta atmosfera w studiu, gdy musisz pracować na najwyższych obrotach. Nawet, kiedy masz paskudny dzień albo kiedy twój głos zwyczajnie odmawia współpracy – wtedy również musisz zadbać o wysoki poziom nagrywanego materiału. To wszystko może wypaść zupełnie nie tak, jak sobie planowałeś, a wtedy też trzeba po prostu śpiewać dalej i wciąż próbować, bo masz wyznaczony z góry czas w studiu, kiedy daty są jasno określone.
Dlatego więc zawsze odczuwam presję, kiedy pracuję w studiu, z kolei nie odczuwam jej, kiedy skupiam się na procesie twórczym albo występuję na żywo. Najlepiej czuję się, gdy tworzę, bardzo odpowiada mi również występowanie na żywo, gdy nasze numery są już gotowe. To tak, jakby miało się je już wgrane w mózg i stały się częścią twojego układu nerwowego – po tym, gdy już się je zagrało dziesięć czy piętnaście razy, to wiadomo, że nie trzeba prawie zupełnie myśleć podczas grania ich. To przebiega naturalnie. Powiedziałbym więc, że najlepszą częścią występów na żywo jest dla mnie moment, w którym mogę się w stu procentach poświęcić koncertowi.
Praca w studiu wydaje się związana z dużą presją.
Tak, poza tym czym innym jest praca w studiu, jeśli chodzi o wokal, a czym innym, jeśli mówimy na przykład o grze na gitarze. W wypadku instrumentalistów to trochę co innego – wszystko powinno wypalić, jeśli tylko ktoś prześpi w nocy parę godzin i o ile nie pojawi się w studiu w skrajnie złym stanie czy, nie przymierzając, zalany w trupa. Jednak jeśli chodzi o wokale, to logiczne jest, że czasem głos jest w lepszej kondycji, a czasem w gorszej, i nie przez cały czas ma się na to wpływ. Mówiąc wprost… gdy z wokalem jest coś nie tak, mamy przejebane! Nie można nic z nim zrobić „na już”, o to właśnie chodzi. To wszystko sprawia, że presja jest silniejsza. W studiu ta presja odróżnia też wokalistów od instrumentalistów. Mam nadzieję, że to, co właśnie powiedziałem, miało w ogóle sens.
HFTS w Warszawie, 2023 (zdjęcie: Wiktoria Wójcik)
Jak najbardziej! W kontekście polskiej trasy, która niedługo się odbędzie, zastanawia mnie, czy widzisz różnicę w energii i zaangażowaniu wśród tłumu, jeśli chodzi o Austrię bądź Niemcy i Polskę czy Wschodnią Europę w ogóle?
Tak naprawdę różnica nie wydaje mi się aż tak duża. Być może we Wschodniej Europie jesteście trochę bardziej bezpośredni, ale to przeważnie bardzo podobni ludzie, co u nas w Austrii czy w Niemczech… w końcu nasze kraje nie są aż tak daleko od siebie. Za to kiedy pojedzie się do Ameryki Południowej czy na przykład do Meksyku, miejscowa publika naprawdę jest niesamowita… ludzie wprost szaleją! W porównaniu z tym, wszystko w Europie wydaje się raczej spokojne i stonowane.
Nawiasem mówiąc zawsze lubiłem zarówno polską publiczność, jak i kraj w ogóle. Poza tym nasz basista urodził się w Polsce, w jednym z większych miast, i to tam się wychował, zanim jego rodzina wyjechała do Austrii. Mamy więc pewnego rodzaju związek z Polską.
To świetnie! Czekamy na Waszą trasę z niecierpliwością. Mam nadzieję, że mogę sobie pozwolić na lekko filozoficzne pytanie na koniec, ponieważ naprawdę ciekawi mnie stwierdzenie, jakie padło podczas jednego z wywiadów z Tobą. O ile dobrze pamiętam, wspomniałeś tam, że „sztuka to wolność”. Czy Harakiri for the Sky to projekt, który zapewnia ci taką wolność tworzenia? Czy możesz swobodnie wyrażać siebie i to, co dla ciebie ważne?
Oczywiście! Mam tu na myśli również to, że każdy w zespole zna swoje miejsce i obowiązki. Ogólnie rzecz biorąc mogę robić to, co chcę, mogę pisać o tym, o czym chcę, zawsze więc są to osobiste tematy. Matthias pracuje bardziej z samą muzyką, i to taką, którą z kolei on chce nagrać i się przez nią wyrażać. W pewien sposób to po prostu logiczny bieg rzeczy. Prawie nigdy się tutaj nie kłócimy i mało co musimy zmieniać. To tyle – większa różnica zdań zdarza się może dwa razy podczas nagrywania albumu. Zarówno jeśli chodzi o nagrywanie, jak i o całą resztę, każdy ma swobodę wyrażania się w sposób, jaki najbardziej mu odpowiada.
To zdecydowanie coś, co się liczy. Cóż, bardzo dziękuję za twój czas i nie będę już zbytnio przedłużać – do zobaczenia na trasie!
Dziękuję za wywiad.
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025
- Mütterlein – „Amidst the Flames, May Our Organs Resound” (2025) - 11 listopada 2025
- Conan – „Violence Dimension” (2025) - 23 października 2025

