Zanim zostanę posądzony o ewentualną stronniczość wynikającą z faktu, że wraz z Angrrsth pochodzimy z tego samego miasta, wspomnę na wstępie, że dotychczas nie było mi jakoś szczególnie po drodze z tym składem. Dwa pierwsze albumy zespołu nie zdołały przyciągnąć mnie do siebie na dłużej (choć nie wykluczam, że po prostu nie słuchałem ich wystarczająco uważnie), a moje szczególniejsze względy zapewnił grupie dopiero split nagrany ze śląskim Czortem.
Wydawnictwo, na którym torunianie wręcz kasują swoich oponentów, pozwoliło mi dostrzec potencjał w prezentowanej przez nich muzyce na tyle, że już z dużo większą uwagą i sporymi oczekiwaniami wypatrywałem kolejnej płyty, sygnowanej logiem podopiecznych Godz Ov War Productions.
Mój apetyt zaostrzyły dodatkowo singlowy Mane, Tekel, Fares oraz zaplanowane na grudzień release party w towarzystwie Doli i Odium Humani Generis. Kiedy więc w końcu zasiadłem do odsłuchu Złudni, czułem w kościach, że może być to coś naprawdę ciekawego.
Już od pierwszego numeru czuć, że nie będzie tu miękkiej gry. Grupa nie bawi się w klimatyczne wstępy, intra czy stopniowe budowanie napięcia, wrzucając słuchacza w sam środek zblastowanej black/death metalowej nawałnicy (co zresztą dość dobrze charakteryzuje zawartość albumu). Przez 40 minut jesteśmy niemal nieustannie atakowani skomasowaną ścianą dźwięku, gdzie blast sypie się okazale, trup ściele gęsto, a przyjemny sparing z zespołem sprowadza się głównie do otrzymywania kolejnych ciosów w twarz – niekiedy z utratą przytomności jeszcze w locie.
Oczywiście skłamałbym, mówiąc, że Złudnia jest materialem skrajnie jednowymiarowym. Zdarzają się na płycie momenty zwolnień i budowania kontrastów, rzadko mają one jednak na celu zmniejszanie ciężaru czy wprowadzenie oddechu. W chwilach, gdy zespół zwalnia do temp średnich, zdaje się dodatkowo dociążać akcenty kompozycyjne, wprowadzając jeszcze większy tonaż i duchotę (vide walec wjeżdżający w Progu, czy pod koniec Widziałem Go).
Mimo całej intensywności Złudni, zespół nie traci z oczu odczuwalnej przebojowości, dodającej płycie wyraźnego waloru koncertowego. W tym aspekcie nowy album Angrrsth przypomina mi ostatnią płytę Furii, która za zasłoną zawrotnych temp i instrumentalnego gradu również kryła w sobie niewątpliwie chwytliwe tony i zapadające w pamięć melodie.
Torunianie pozytywnie zaskoczyli mnie też w kwestii tekstów. Polskie liryki – choć oczywiście nie są jakąś kopalnią filozoficznych przemyśleń – potrafią zaintrygować i zakotwiczyć się w głowie na dłużej. Moim faworytem pozostanie w tym względzie chyba numer tytułowy, szczególnie we fragmencie romantycznej rozprawy z „królową miliona słońc” (miłym akcentem jest w nim też wykorzystanie fragmentu zapożyczonego z repertuaru Budki Suflera).
Przyznam, że nawet w najbardziej optymistycznych przewidywaniach nie spodziewałem się, że nowa płyta Angrrsth tak czule popieści moje narządy słuchu. Nie zbłądze mówiąc, że w Toruniu na dobre wyrósł kolejny – obok choćby Occultum, czy Black Witchcraft – naprawdę solidny gracz polskiej sceny black metalowej. Złudnia ma wszelkie predyspozycje, by stać się zespołową przepustką do znacznie szerszej rozpoznawalności i powszechniejszego uznania. Zasługują na to zdecydowanie.
Ocena: 8/10
- Khôra – Ananke (2025) - 22 lutego 2026
- Undead Can Dance II: Rope Sect, Natures Mortes – Toruń (31.01.2026) - 18 lutego 2026
- Actum Inferni – Insygnia diabelskiej władzy (2025) - 9 lutego 2026
Tagi: Angrrsth, black metal, Black/Death Metal, Godz Ov War Productions, polski metal, recenzja, toruń, underground metal, Złudnia.






