Chcąc zrobić ranking najlepszych, najbardziej oryginalnych czy najbardziej wpływowych płyt polskiego metalu, debiut Kata należałoby umieścić w czołówce. Już wtedy, blisko trzydzieści lat temu było słychać, że dwudziestodwuletni wówczas Piotr Luczyk ma talent do pisania utworów mocnych, thrashowo wściekłych, ale jednocześnie chwytliwych i zapadających w pamięć. Objawił się także światu Roman Kostrzewski prezentując unikatowe teksty i osobliwy (w pozytywnym sensie) styl śpiewania. Powstał wtedy album, który z miejsca pokochała publiczność. To z Trzech Szóstek właśnie pochodzą piosenki, które na stałe weszły do kanonu: „Wyrocznia”, „Czarne Zastępy”, „Noce Szatana”, „Czas Zemsty”, „666”, choć tak naprawdę trzeba przyznać, że nie ma na debiucie Kata ani jednego słabszego momentu. Po co więc po upływie trzech dekad nagrywać ten album ponownie? Płyta kręci się w odtwarzaczu po raz kolejny, a ja nadal nie widzę żadnego artystycznego powodu dla tego rozwiązania.
Kostrzewski tłumaczy, że fani w czasie rozmów po koncertach sami domagali się ponownego nagrania „666”, tłumacząc to tym, że album brzmi źle. Nie wątpię w szczerość Romana, ale trzeba przyznać, że wygodna to wymówka, trudno przecież zweryfikować prawdziwość jego słów. Osobiście przyznam, że jestem fanem Kata, na przestrzeni lat poznałem mnóstwo innych fanów i nikt z nas nigdy nie wyobrażał sobie, by jakikolwiek album naszych idoli miałby być inny, niż jest. Pierwsza płyta owszem brzmi sucho, płasko, paskudnie, ale to przecież część jej kultowości! Nie ona jedna odbiega brzmieniem od współczesności, ale czy to znaczy, że należy nagrywać takie płyty ponownie? Czy ktoś wyobraża sobie, że po latach Metallica nagrywa „Kill`em All” okraszając je brzmieniem znanym z Czarnego Albumu? Czy Slayer kiedykolwiek grzebał ponownie przy „Show No Mercy”? A może Darkthrone powinien zarejestrować raz jeszcze „Under a Funeral Moon”, tym razem z produkcją rodem z Dimmu Borgir?
Wspomniane brzmienie to największa różnica między obiema wersjami, teraz jest klarownie i soczyście. Inne, choć niewielkie różnice także da się wyłapać. Kostrzewski na całym albumie śpiewa bardziej zrozumiale. W „Nocach Szatana” nie atakuje od razu w pierwszej zwrotce krzykiem, tylko spokojnie deklamuje, co wychodzi bardzo fajnie. W „Masz Mnie Wampirze” podjął błędną według mnie decyzję, by wydobywać z siebie odgłosy przypominające szczekanie. W „Czasie Zemsty”, tak jak na koncertach, od momentu „i porodziła tyrana z żelaznym berłem” eksperymentuje z tempem, co znowu przynosi zły skutek, bo najlepsza interpretacja tego tekstu jest jednak w oryginalnej wersji.
W kompozycjach różnic też nie ma wiele. Wspomniane „Masz Mnie Wampirze” oraz „Wyrocznia” nagrano tak, jak prezentują się od lat na koncertach: w tym pierwszym dodano środkową część do pośpiewania „o o o”, w drugim wydłużono końcówkę. Tenże utwór zagrano także wolniej w stosunku do oryginału, a szkoda. W „Czasie Zemsty” także zmodyfikowano koniec, już nie ma wyciszenia, solówka wybrzmiewa do końca.
Nie ma co kryć, nowej wersji „666” słucha się przyjemnie, ale trudno mi też nie czuć dyskomfortu patrząc na to, czym stał się zespół Kat. Obawiam się, że panowie Kostrzewski i Loth stali się równie żenujący jak Piotr Luczyk. Tak zwany Kat z Romanem istnieje już 11 lat i w tym czasie udało im się wydać zaledwie jeden album z premierowymi kompozycjami, wychodzi więc mniej niż jedna piosenka na rok. Długo koncertowali twierdząc, że „już za chwilę nowa płyta”. Kiedy w końcu, po latach oczekiwań ukazała się „Biało-Czarna” (swoją drogą bardzo dobra), zespół wiele miesięcy promował ją na żywo. Kiedy w każdym większym polskim mieście grali z tym materiałem już ze trzy razy, zaczęło im brakować powodów, by znów do tychże miast zawitać. Wymyślono więc album akustyczny, znów wyruszono w trasę i muzykom nie przeszkadzał fakt, że promują „Buk- akustycznie” na pół roku przed premierą. Trudno więc odbierać ponowne nagranie Trzech Szóstek jako coś innego, niż tylko pretekst do usprawiedliwienia ciągłych koncertów. Nie trzeba siedzieć i komponować nowych numerów, stare ludzie nadal kochają, jakieś nowe wydawnictwo na sklepowych półkach sprawi, że fani nie będą narzekać, kasa się zgadza. Tylko gdzieś tam uwiera świadomość, że ten zespół w latach 80 i 90 był pod względem artystycznym wielki. Kazik śpiewał kiedyś, że „artysta syty nie ma nic do powiedzenia, chce picia i jedzenia, nie chce nic zmieniać” oraz że „tylko wiarygodny jest artysta głodny„. I taka jest różnica między debiutem Kata a wersją AD 2015. Tam mieliśmy do czynienia zespołem, który chce panować nad światem, a teraz mamy panów, którzy chcą po prostu zarabiać. Nawet jeśli Roman nadal jest śmiesznym czortem, to na pewno nie powinno być mu do śmiechu.
Ocena 3/10
- Venom – „In Nomine Satanas – The Neat Anthology” (2019) - 29 października 2019
- Rusza sprzedaż karnetów na Hellfest 2020 - 8 października 2019
- Knotfest & Hellfest – Clisson (20-23.06.2019) - 22 lipca 2019

