Ciekawa sprawa z tym nowym Nile. Wielu recenzji nie czytałem, ale trafiłem na dwie bardzo skrajne. Otóż w jednym z ostatnich numerów Metal Hammera nowe dziecko technicznych wymiataczy zgarnęło status płyty miesiąca, natomiast w Teraz Rocku płyta zgarnęła 2,5 gwiazdki na 5, a rozgoryczony pan recenzent marudził na brak ciekawych pomysłów i tak dalej. Mam o tyle dobrze, że nie jestem ani wielkim zwolennikiem Nile, który sika po gaciach na samą myśl o kolejnych albumach kapeli, ani też przeciwnikiem grupy bo i nie mam za co. W swojej delcie, że tak to ujmę, są bowiem bezkonkurencyjni i na egipskich melodyjkach zjedli zęby.
Głupotą byłoby wymagać od takiego bandu jakichś niesamowitych innowacji, rewolucji i zaskakujących rozwiązań stylistycznych. Wszystko ma chodzić jak w zegarku: wokal ma kruszyć katakumby, perkusja wybijać zęby a solówki gitarowe wprawiać w osłupienie. I tak też się dzieje, już Call of Destruction pokazuje, że wiekowa już przecież bestia nie zamierza kąsać gorzej niż ostatnio. Na swój sposób to wszystko jest momentami bezczelnie melodyjne choć w bardzo indywidualnym dla tej grupy stylu. Wystarczy posłuchać takiego In The Name of Amun gdzie solówki śmigają aż miło, zwolnienia walcują w ten i nazad, a wokalista kruszy czachę swoim grobowym pomrukiem. Wsłuchując się w te kompozycje zaczynam kumać co mieli na myśli recenzenci zarzucając swego czasu naszemu Behemothowi zbyt mocne zapatrzenie w Nile. To ten sam rodzaj pierdolonej piekielnej dostojności, dbałości o szczegóły, precyzji wykonania i szaleństwa zaklętego w dźwiękach. A do tego nie odczuwa się jakiejkolwiek monotonni czy napierdalania dla samego napierdalania, biorąc pod uwagę, że w death metalu powiedziano już wszystko, a lwia część kapel potrafi z niego robić niestrawną i nudną papkę, to prawdziwa sztuka nagrywać takie krążki jak ten. I to jeszcze z hiciorami jak Evil to Cast Out Evil, który to koncertowym killerem jest murowanym. Aż się zastanawiać zaczynam dlaczego jakoś tak ich poprzednie krążki tylko pobieżnie słuchałem…
Nie ma jednak tego złego co by na dobre nie wyszło. „What Should Not Be Unearthed” to kawał zajebistego death metalu na najwyższych obrotach i marzyła by mi się taka kondycja zarówno Nile jak i całego gatunku przez najbliższe lata. Na długie chłodne jesienne wieczory krążek jak znalazł bo idzie się rozgrzać i spocić od konfrontacji z jego zawartością. Kłaniam się nisko, zostawiam ocenę jak najbardziej adekwatną do zawartości płytki i śmigam obetrzeć pot z czoła.
Ocena: 8/10
- Wygraj bilet na trasę zespołów FRONTSIDE & HAMULEC - 20 lutego 2026
- ANNEKE VAN GIERSBERGEN: premiera singla z nowej EPki „La Mort” - 20 lutego 2026
- Polski KINGSPHERE coveruje TRIVIUM i ujawnia szczegóły nowej płyty „Inertia” - 20 lutego 2026
Tagi: 2015, death metal, Dominik "Stanley" Stankiewicz, nile, Nuclear Blast, płyta, recenzja, Stanley, What Should Not Be Unearthed.






