Site icon KVLT

Primrose Path – „Ruminations” (2025)

Australijska scena prog metalowa ma z roku na rok coraz więcej do zaproponowania. To stamtąd dochodzą dźwięki zaskakującego Voyager, zapomnianego już nieco Arcane i jasno świecącego Caligula’s Horse. Ta scena cały czas żyje i rozwija się. Przykładem są też takie perełki jak Primrose Path. Niby nic szczególnego, ale chwyta za ucho i za cholerę nie chce puścić. Sam zespół to czterech panów i ona, czyli Lindsay Rose, niezwykle charyzmatyczna wokalistka. Primrose Path określa swoją muzykę jako dark progressive grunge metal i właśnie własnymi siłami wydali debiutancki album Ruminations. Nie słyszę tu nawet cienia grunge, ale za to progresywny metal w nieco ciemniejszej barwie i owszem. Na debiucie słychać też (może przez silny żeński wokal) echa Madder Mortem, choć muzyka nie jest tak ciężka i złożona, jak w przypadku Norwegów.

Nie mogę się oprzeć wrażeniu, że muzyka Primrose Path po prostu płynie z utworu na utwór, a całość ma swój z góry założony porządek. Dość liczne wstawki groove nadają agresywny sznyt, ale całość w miarę rozwijania się Ruminantions staje się bardziej refleksyjna i nieco depresyjna. I wydaje mi się, że właśnie na emocje postawił zespół, grając swoje nuty. Jest wściekłość i agresja, ale jest też i sporo nostalgii, jakby tęsknoty za minionym czasem.

Płyta zagrana i nagrana z wdziękiem, produkcja znakomita i przede wszystkim słychać, że muzycy taki mieli zamiar. To niby nic nowego i nic odkrywczego do metalu progresywnego nie wnoszącego, ale słucha mi się tego dobrze. Nie jest to też rozwleczony w czasie materiał, czterdzieści kilka minut jest w sam raz i w żadnym wypadku nie nudzi. Można czuć pewien niedosyt, ale jestem pewien, że to wręcz celowe zagranie Primrose Path i niebawem usłyszymy kolejną część Ruminations pod skrzydłami jakiejś dużej wytwórni, która potrafi wybić zespół na wyższe półki.

Na uwagę zasługuje muzyka. Nieskomplikowana, ale konsekwentna, płynąca niczym rwący, górski potok. Są momenty niemal przebojowe i wlewają się w ucho jak woda podczas kąpieli, jak Propensity czy lekko zamglony Unrepent.

Szczególne miejsce ma też kobiecy wokal, który nadaje niebanalnej barwy całemu krążkowi. Lindsay to bez dwóch zdań utalentowana wokalistka, której modulacja przypomina mi bardziej Anneke van Giersbergen z czasów The Gathering i Agnete M. Kirkevaag z Madder Mortem, aniżeli pseudooperowe pianie niektórych pań z szeroko pojętego metalowego świata.

Cieszę się, że i takie płyty powstają, bo widać, jak duży potencjał ma jeszcze muzyka rockowa i metalowa mimo XXI wieku.

Ocena 8/10

Primrose Path  na Facebook

 

Latest posts by Adam Pilachowski (see all)
Exit mobile version