Rozwój artystyczny Riverside śledzę właściwie od pierwszego albumu, mniej więcej od momentu kiedy „Loose Heart” wkradło się nomen omen do mojego serducha. Trylogia „Reality Dream” była podporządkowana pewnej ściśle określonej koncepcji, której zespół trzymał się twardo i konsekwentnie. Udało im się nawet wykroić z tej złożonej historii takie hity jak „Conceiving You” czy „02 Panic Room„, które zgrabnie balansowały między prog rockowym artyzmem a popową nośnością. Kiedy panowie uwolnili się od ograniczającej ich paradoksalnie koncepcji przyszedł czas na reset i pozwolenie sobie na muzyczne rozpasanie i wyrzucenie z siebie złości wobec świata, która na poprzednich wydawnictwach była jak na moje ucho tylko sygnalizowana. I tak powstał znakomity „Anno Domini High Definition„, który zawierając zaledwie pięć kompozycji potrafił zmieść słuchacza z powierzchni ziemi. Grupa dość mocno flirtowała z metalowymi patentami i brzmieniami, co znakomicie odświeżyło ich styl. Nieco łagodniejszym krążkiem okazał się „Shrine Of New Generation Slaves„, na którym sąsiadowały ze sobą bezczelnie piosenkowe „Feels Like Falling” i „Escalator Shrine„, panowie ponownie pokazali klasę, ale tym razem niczego nikomu nie chcieli udowodnić. W tym kontekście „Love, Fear and the Time Machine” wypada jako logiczna konsekwencja poprzednich dokonań. Tym razem jest lekko i zwiewnie, melancholijnie bardzo nastrojowo, a płyta ukazuje się chyba w najlepszym czasie z możliwych, kiedy to lato już się z nami żegna, ale jesień jeszcze nie zaatakowała pełną gębą.
Trzeba przyznać, że z tym tytułem krążka trafili w sedno. Jest tutaj i miłość i strach i muzyczna podróż w czasie. O ile „Lost (Why Should I Frightened By a Hat)” przypomina spacerek po łączce i łapanie ostatnich promieni słońca, to już „Under The Pillow” jest jak na nich dość mocno „nawiedzony”, panowie zresztą od dawna wiedzą jak wykreować dźwiękami muzyczny niepokój. Natomiast „Saturate Me” ma w sobie fajny prog rockowy pazur kiedy już się rozkręci. Ogólnie rzecz ujmując panowie serwują na tym krążku to na co w danym momencie mają ochotę, mieni się on tyloma barwami, że za pierwszym razem tego nie ogarniecie. Dodam też, że moim zdaniem uproszczenie piosenek nie pchnęło grupy na mielizny banału, wręcz przeciwnie, magię tych prostych w gruncie rzeczy dźwięków można poczuć jeszcze bardziej niż ostatnio („SONGS” bywało rozbuchane i gniewne, choć nie w takim stopniu jak „ADHD”). „LFATTM” jest także ewidentnym muzycznym ukłonem w stronę muzycznych lat 70, wyczuwam w tym zarówno ducha The Doors jak i Pink Floyd (którzy w moich oczach stracili wydając naprawdę niepotrzebne „The Endless River„, z wielkiej chmury mały deszcz). Momentami kłania się też Porcupine Tree, ale chłopaki nigdy nie ukrywali, że są zakochani w dźwiękach Stevena Wilsona i spółki, a biorąc pod uwagę hibernację jeżozwierza stwierdzam z zadowoleniem, że Riverside skutecznie łatają pustkę po ich nieobecności.
Mimo delikatnego charakteru całości płyta absolutnie nie nudzi i nie ma na niej smętnych smutaśnych kawałków, ani niepotrzebnych zapychaczy. Grupa już od pierwszego albumu postawiła zbudować napięcie i dramaturgię tak by chciało się śledzić kolejne utwory. Zapewne znajdą się maruderzy, którzy stwierdzą, że panowie zaczęli dreptać w miejscu i nie eksplorują nowych terytoriów, tylko na co to i po co komu jeśli powstają tak świetne utwory jak przyczajony, pełen podskórnego niepokoju „Towards the Blue Horizon„, chyba najlepiej oddający charakter tego krążka. Nie przedłużając rzeknę Wam tyle na koniec: to będzie moja płyta na jesienną chandrę i deszcz za oknem. Przebija się przez te dźwięki tęsknota za beztroską i dzieciństwem, za czasami, które można sobie przypomnieć tylko dzięki starym fotografiom. Jeśli dzięki nieubłaganemu upływowi czasu mają powstawać takie płyty jak ta, to chyba nawet dobrze, że dorastamy i zostawiamy pewne rzeczy za sobą. Cieszcie się tym krążkiem, bo jest po prostu piękny. Gdyby z jakiegoś powodu miałby być ostatnim w ich karierze, to byłoby to piękne zwieńczenie dzieła jakie powołali do życia tych czternaście lat temu.
10/10
- Wygraj bilet na trasę zespołów FRONTSIDE & HAMULEC - 20 lutego 2026
- ANNEKE VAN GIERSBERGEN: premiera singla z nowej EPki „La Mort” - 20 lutego 2026
- Polski KINGSPHERE coveruje TRIVIUM i ujawnia szczegóły nowej płyty „Inertia” - 20 lutego 2026
Tagi: 2015, art rock, Love Fear and the Time Machine, muzyka, prog rock, recenzja, Riverside, rock, Stanley.






