Czas na album, który nieco przeleżakował i dojrzał, nim trafił do mojego odtwarzacza. Mowa o wydanym własnym sumptem krążku formacji Sicphorm, zatytułowanym Tomorrow Morrow Land, którego oficjalna premiera odbyła się rok temu, co niestety także musiało skończyć się brakiem możliwości promowania go na koncertach. Tomorrow Morrow Land jest już drugim w dyskografii założonej w 2013 roku załogi pochodzącej z Wrocławia, pomiędzy nimi muzycy pokusili się o Epkę, a co najważniejsze zagrali sporo mniejszych lub większych gigów.
Płyta została wyprodukowana w digipacku na matowym papierze i przyozdobiona atrakcyjną dla oka okładką stworzoną przez Macieja Kamudę. W którymś moim poprzednim tekście stwierdziłem, że czaszek nigdy za wiele i to samo powiedzenie może tyczyć się coveru Tomorrow…
Sicphorm określa swoją muzykę mianem groove metalu i w jakimś stopniu jest to określenie trafne, aczkolwiek można je rozumieć na wiele sposobów. Nie jest to groove metal znany na przykład z wczesnych płyt Soulfly, co w naszym kraju było tak eksploatowane, iż w pewnym okresie każda wzmianka o „groove” powodowała u mnie odruch wymiotny. Sicphorm jest zdecydowanie mocniej zakorzeniony w klasycznym metalu i riffowaniu niż nu metalizujące zagrywki spotykane w innych formach groove metalu. Tu ta szufladka ma oznaczać miks metalu i hardcore’u. Słychać oczywiście pewne wpływy Sepultury z dwóch ostatnich płyt ery Maxa, ale nie są one elementem wiodącym. Głównymi wpływami są rytmiczne, thrashowe riffy, spora dynamika i dominujące średnie tempa.
W sposobie riffowania gitarzystów wyczuwam lekkie zamiłowanie do twórczości Illussion z płyt 2 i 3, gdzie toporne, proste patenty waliły w łeb jak młotek. W przypadku Sicphorm nie jest to jeszcze aż tak skuteczne młotkowanie, ale słychać sensowne zaczątki miażdżenia, których nie powinno się ignorować. Generalnie kawałki na płycie są urozmaicone, dysponują pełną gamą temp i można je podzielić na szybsze z punkowym zadziorem i wolniejsze z wyraźnym riffem. Przykładem tego mogą być już dwa otwierające utwory. Pierwszy, noszący tytuł Don’t Kill the Prophet, miesza w sobie d beatowy, szybki rytm z zapamiętywalnym refrenem. Drugi, Face Off, kojarzący mi się z Hail Destroyer zespołu Cancer Bats, już jest nieco wolniejszy i wali w dynamikę. Wokalnie natomiast mamy do czynienia raczej z wyższymi rejestrami, oscylującymi w odpowiednim klimacie, aczkolwiek jak dla mnie jeszcze brakuje im mocy i większego zacięcia. Tak samo kompozycje, które są zakorzenione w dobrych tradycjach nie zawsze wciągają i płyta jako całość nie jest w moim odczuciu strzałem stu procentowym.
Niestety nie mogę napisać, że zespół nabierze jeszcze większego doświadczenia na koncertach i na trzecim krążku zabije. W obecnej rzeczywistości muzycy muszą wszystko nadrobić na sali prób, ale życzę Sicphorm dalszego rozwoju, proporcjonalnego do tego, jaki zrobił między debiutem a numerem dwa.
Ocena: 6.5/10
- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2021, groove metal, metalcore, recenzja, rview, Selfrealised, Sicphorm, Tomorrow Morrow Land.






