Oh, FVCK, co za płyta! Kto by się spodziewał takiego strzału ze strony debiutantów ze Słowenii? Ja się przynajmniej nie spodziewałem, kiedy włączałem play. Tymczasem szybko opadła mi szczęka i dzieje się tak za każdym razem, kiedy odpalam ten wytwór The Canyon Observer.
Notka prasowa zapowiadała, że twórczość tego zespołu najlepiej oddają takie pojęcia, jak sludge, post-metal i atmosferyczny black. Mimo, że to trafny opis, to dodam od siebie, że ja mam jeszcze takie skojarzenie: gdzieś w opuszczonej chatce w Bergen ktoś skrzyżował ze sobą Mord `A` Stigmata (z okresu Ansia) z Obscure Sphinx, czemu dumnie przyglądali się panowie z Cult Of Luna. Niby więc Słoweńcy poruszają się po terytoriach już odkrytych, ale mam wrażenie, że już teraz udało im się na tej wspólnej ziemi zagospodarować tylko swoje poletko. Czuć, że mają to coś.
FVCK to jedno z tych wydawnictw, które działają jak narkotyk. Pierwszy raz powoduje euforię, błogostan i poczucie wewnętrznego zadowolenia, więc chęć ponownego włączenia płyty jest oczywista. Tak samo za drugim razem, i trzecim, i czwartym, i nie wiadomo kiedy te dźwięki zaczynają krążyć w krwiobiegu. Doszło do tego, że kiedy nie mogłem sobie włączyć debiutu The Canyon Observer, to miałem objawy opisywane w artykułach o heroinie- „od przygnębienia i apatii do drażliwości i złości„. Szkoda nawet chodzić spać, bo przez te osiem godzin nie można słuchać tego albumu.
Przez 40 minut nie ma ani sekundy nudy. Jest huraganowa burza, po której przychodzi spokój. Kolejny wybuch złości, który prowadzi do wyciszenia. Wrzask i ściana dźwięku sąsiaduje z transowymi, post-rockowymi wycieczkami. Klimat zmienia się jak w kalejdoskopie. Przez cały czas jednak towarzyszy nam uczucie niepokoju i podskórnego lęku. I w tym momencie żałuję, że nie znam tekstów i nie wiem o czym śpiewa (krzyczy) Matic Babič. KAPA Records dwa razy wysyłała mi CD, ale dwukrotnie przesyłka nie doszła. Kto wie, może na poczcie pracują listonosze-melomani, którzy cieszą się teraz zakazanym owocem. Jeśli tak, to miłego słuchania panowie. Wracając jednak do tekstów, których nie dane mi było na razie poznać- podejrzewam, że napięcie, strach i nerwowość znajdują w nich odbicie. Naprawdę czuć tu chory klimat. Jest to jednak klimat, który intensyfikuje uzależnienie od tej płyty.
Gdybym miał wskazać jakiś minus, to byłby to czas trwania. Tylko cztery utwory i wspomniane 40 minut zostawiają spory niedosyt. Z jednej strony lepiej być zaintrygowanym, niż przejedzonym, ale mam wrażenie, że można było w tej podróży zapędzić się jeszcze dalej, zeschizować ten materiał jeszcze mocniej. Ale na to być może będzie jeszcze czas na drugim albumie.
Ocena: 9/10
Płytę możecie kupić tutaj
- Venom – „In Nomine Satanas – The Neat Anthology” (2019) - 29 października 2019
- Rusza sprzedaż karnetów na Hellfest 2020 - 8 października 2019
- Knotfest & Hellfest – Clisson (20-23.06.2019) - 22 lipca 2019

