Z Cymerem w rozmowie spotykamy się po dokładnie 10 latach. Redakcyjny kolega Maciej rozmawiał po premierze debiutanckiego albumu „Collapse in Agony” (link tutaj), a dzisiaj jesteśmy tuż przed premierą trzeciego albumu „Hope for Aerist„. Wyszedł wywiad rzeka, ale raczej bliżej tu do Amazonki aniżeli Wisły (śmiech). Zapraszam do zapisu rozmowy z liderem zespołu Symbolical – Pawłem Cymermanem.
Od wydania Waszej pierwszej płyty w tym roku mija 10 lat. Zaczęliście działać dwa lata wcześniej. Jak oceniasz ten czas spędzony na tworzenie własnej wizji deathmetalowej muzyki? Co byś zrobił inaczej, patrząc z perspektywy muzycznej i osobistej?
Dużo się zmieniło przez te lata. Nasza pozycja na scenie, nasza pozycja w grafiku Darka (ha!) – a świat poszedł bardzo do przodu. Wszystko zmierza w kierunku mojego ukochanego kosmosu.
Ciężko pracowałem na te efekty – fizycznie, mentalnie – i niestety, po drodze zostawiłem po sobie kilka trupów. Przykro mi… ale muszę iść dalej. Podejrzewam, że teraz tylko śmierć może mnie zatrzymać.
Ostatnio dużo rozmyślam o życiu i śmierci. Od niedawna zaczynam się z nią oswajać. Wcześniej nie potrafiłem pogodzić się z kruchością ludzkiego istnienia. Trzeźwe życie i opieka nad Babcią aż do jej ostatnich chwil bardzo mnie zmieniły.
Dziś ze spokojem wierzę – wiem – że to tylko kolejny etap naszej kosmicznej wędrówki.
Na pytanie o zmianę przeszłości, także w muzyce, odpowiadam stanowczo: absolutnie nic.
Jedna, choćby najmniejsza zmiana lub inny wybór mogłyby mieć katastrofalne konsekwencje. W mojej opinii wszystko jest ze sobą połączone – zarówno w moim życiu, jak i w mojej twórczości. Świat, który tworzę w muzyce, rozrasta się z prędkością światła.
Mój plan działania jest przemyślany i skrupulatnie wprowadzany w życie. Jedna zmieniona decyzja mogłaby zakończyć mój byt albo istnienie zespołu.
Podczas tej wędrówki, w której dźwigam Symbo na plecach, przeszedłem trzy poważne kryzysy. Sięgałem ludzkiego dna. Miałem momenty, w których chciałem skasować Facebooka i zaszyć się gdzieś głęboko w lesie… Na szczęście nie zrobiłem tego.
Życie pisze dla mnie inny scenariusz, ponieważ za każdym razem rodziłem się na nowo – silniejszy.
Dlatego nie zmieniłbym ani jednej nuty, ani jednej decyzji, którą kiedykolwiek podjąłem.

Nie tak dawno z zespołu odszedł wieloletni gitarzysta i wokalista Sloq. Jakie są powody jego decyzji?
Dawno, dawno temu, gdy byłem jeszcze młody, pojechałem na imprezę do Piotrkowa.
Dosiadł się do mnie facet i zapytał, czy nie chciałbym pograć w zespole. Miałem zerowe doświadczenie w graniu z kimkolwiek, bo w moim mieście nic się nie działo. Grałem do pustej ściany w swoim pokoju, więc ta propozycja była dla mnie jak otwarcie drzwi do innego świata. Wreszcie mogłem spełnić się jako gitarzysta.
Nigdy nie potrafiłem uczyć się solówek, więc wymyślałem własne – smętne, powolne dźwięki. Oczywiście, mogłem je grać tylko tam, gdzie pasowały, bo kapela, w której wylądowałem, była stricte blackmetalowa. Ja dogrywałem do tego deathmetalowe partie – i, ku mojemu zaskoczeniu, całość łączyła się w sposób spójny i bardzo ciekawy.
Te patenty wykorzystaliśmy później w Symbolical. Tyle że tym razem to Sloq dogrywał blackowe elementy do moich riffów. Na Hope for Aerist nagrał sporo takich melodii. Zajebiste są te jego dźwięki!
Od Sloqa nauczyłem się naprawdę dużo i do końca życia będę mu za to wdzięczny. Szanuję go i trzymam za niego kciuki – gdziekolwiek jest i cokolwiek robi. Może kiedyś nasze drogi jeszcze się zejdą. Czy to muzycznie, czy prywatnie – liczę na to, że odnajdzie swoją drogę.
Jego zespół nazywał się Heritage i to właśnie wtedy los dał nam szansę. Pierwsze koncerty w moim życiu zagrałem jako support Christ Agony. Z Cezarem poznaliśmy się dopiero później.
I chcę pamiętać tylko te dobre chwile ze Sloqiem. Temat dawno powinien zostać zakopany. Ale może zagadka decyzji Konrada – a w konsekwencji moich działań – wyjaśni się w dalszych odpowiedziach w tym wywiadzie? Jego wkładu w zespół nie da się pominąć i na pewno jeszcze będziemy o nim rozmawiać.
Wydaliście dwa albumy, a następnie padł pomysł na trylogię/tryptyk składający się z trzech koncepcyjnych EP-ek o tematyce Jezusa/Antychrysta i poezji Williama Blake’a. Skąd pomysł na stworzenie takiej koncepcji?
Pomysł EP-ek wyszedł od Sloqa. Pamiętam, jak nieśmiało powiedział:
— Ej, Cymer… ludzie nie mają czasu słuchać całych albumów. Może by tak nagrać trzy utwory? Potem kolejne i kolejne, a za dziesięć lat spiąć to w całość i wydać jako pełniak?
No… spoko pomysł, ale od razu odpowiedziałem: cały album też nagramy.
Na drugi dzień napisałem Igne w sześć godzin. Zawsze przeznaczam godzinę na utwór — dłużej nie dałbym rady pracować nad jedną piosenką. Proces twórczy to u mnie bolesny i wymagający skupienia wyrzut emocji. Na przykład przy pisaniu Allegory bolało mnie dosłownie wszystko. Przy EP-kach było podobnie.
Większość materiału na trzeci pełny album, czyli nadchodzący Hope for Aerist, była gotowa już przed rozpoczęciem prac nad pierwszą z EP-ek. To wszystko jest spójna opowieść o symbolice otaczającego nas świata. Karol Goździk napisał teksty na pierwszy i drugi album oraz na pierwszą EP-kę.
Teksty na Naturę, Renovatur oraz Hope for Aerist nawiązują do utworów Williama Blake’a — The First Book of Urizen i The Book of Los. Chciałem połączyć dwa światy: ten, który stworzył Karol na podstawie swoich przemyśleń o życiu, oraz świat Williama Blake’a, który – podobnie jak Karol – wymyślił swoje własne uniwersum.
Jeśli ktoś lubi albo chociaż zna Marvela i cały ten przenikający się świat postaci i historii, to znajdzie u nas pewne podobieństwa. Zresztą śmiem twierdzić, że twórcy Marvela trochę podkradli Blake’owi pomysłów. Jeszcze tego nie sprawdziłem… ale sprawdzę (śmiech).
Czy nie lepiej było ogarnąć to i wydać w formie jednej płyty CD albo podwójnego winyla? Czy po prostu czasowo byłoby to niewykonalne pod kątem kompozycyjnym?
EP-ki pisane były i nagrywane w różnych odstępach czasu — podczas pandemii, która polowała na nasze życia.
Nie chciałem wtedy nagrywać całego albumu na odległość. Pełniak to duże wyzwanie mentalne, a chyba nie byłem gotowy podjąć się tego w tamtym momencie.
Ja mieszkałem we Francji, a sterowanie całą akcją nagrań i tworzenia zza granicy było trochę jak macanie cycków przez stanik (śmiech) Niby coś czujesz, ale jednak to nie to samo. Inaczej jest, gdy mogę wsiąść w auto i podjechać do Darka na pogaduchy. Przez telefon pewnych rzeczy nie powiesz, choć mamy z Darkiem połączenie kosmiczne. Zdecydowanie wolę widzieć się z nim na żywo i ustalać to i owo.
Od samego początku założenie było takie, że powstaną trzy różniące się od siebie brzmieniowo twory, połączone jedną wspólną nazwą:
Igne Natura Renovatur Integra — „Poprzez ogień Natura zostanie odnowiona”.
To hasło ma korzenie w dawnych pismach i symbolice alchemicznej. Ogień był tam symbolem oczyszczenia i przemiany. Stare musi spłonąć, żeby mogło narodzić się nowe. Kiedy Karol pisał teksty na tę EP-kę, skupił się na narodzinach Jezusa — historii o nadziei, odrodzeniu i boskim planie.
Dlatego w IGNE spotykają się:
Ogień – niszczy, ale i odradza,
Piekło – próba i cierpienie, które trzeba przejść,
Jezus Chrystus – narodziny, misja, ofiara,
Zmartwychwstanie – zwycięstwo nad śmiercią i odnowienie wszystkiego.
Jak to jest mieć w składzie jednego z najlepszych pałkerów w Polsce? Darek jest też marką samą w sobie, grając w legendarnym Dimmu Borgir.
Darka wcale nie musieliśmy długo namawiać. Trwało to bodajże 10 minut. Przesłuchał Universe Demo i stwierdził, że coś w tej muzyce jest.
Z tego, co pamiętam, spotkaliśmy się w starej Progresji. Daray zaprowadził nas na salkę, gdzie grały Hate i Vesania… Dla mnie osobiście było to przeżycie, którego nie zapomnę do końca moich dni.
Pogadaliśmy o tym, jak to widzimy. Ważne dla nas było, żeby ta pierwsza myśl – ta pierwotna energia – znalazła się na albumie.
Darek wiedział, że chcemy nagrać w Hertz, więc to nie było w kij pierdział.
Proces tworzenia bębnów wyglądał następująco:
Darek słuchał riffu i bez kombinowania grał to, co mu się w głowie urodziło. Ta pierwsza pierwotna myśl miała się znaleźć na albumie.
I tak robimy to do dzisiaj.
A co on powyczyniał na Hope for Aerist! Klękajcie narody!
Nasza rozmowa po przesłuchaniu albumu po raz pierwszy trwała jakieś 2 minuty.
Ja: Darek… ale zajebisty album nagrałeś. Pełne ukłony w Twoją stronę. Jak zwykle pięknie to zbudowałeś!
Daray: Zajebisty album… nagraliśmy zajebisty album.
Daray ma u nas pełną swobodę – może grać, na czym chce. Jeśli będzie chciał uderzyć w szklankę i to będzie pasować do utworu – zgadzam się w ciemno.
Wracając do pytania… No i w ten sposób już na trzeciej próbie piliśmy wódkę – bo tak szybko poszło ogrywanie moich riffów.
Cały proces układania bębnów na Collapse zamknął się w trzech próbach. Pierwszy utwór, jaki zrobiliśmy, to był The Universe. Po 28 minutach był już zagrany.
Tak więc wyglądało nasze pierwsze zderzenie – czysta przyjemność i mega klimat.
Muszę tu zaznaczyć, że to Karol Goździk zdecydował się grać z Darkiem. Tak bardzo wierzył w mój talent, że… prawdę mówiąc, bez Karola pewnie dalej siedziałbym w chacie i grał do ściany.
Na pozycję Darka cieszę się jak cholera. Od początku dogadujemy się wzorowo – muzycznie i mentalnie wszystko się zgadza.
Bo wiesz… w zespole komunikacja jest kluczowa. Na scenie jesteś godzinę, a reszta to bus, stacja, backstage i hotel.
Na drugiej próbie zapytałem Darka:
— Co mam wpisać na fejsie? Jesteś sesyjny, czy jak?
Odpowiedź była natychmiastowa:
— No jak?! Jesteśmy zespołem!

No właśnie, a trudno było Ci go namówić na współtworzenie zespołu w przeciwieństwie do bycia jedynie muzykiem sesyjnym? Nie da się ukryć, że z perspektywy doświadczonego muzyka, bycie sesyjnym to dla niego finansowo lepsza opcja.
Symbolical to jeden z nielicznych zespołów, które nie tylko zaprosiły Darka na nagranie płyty, ale też koncertowały z nim.
W innych kapelach — mówię tu o tych mniejszych — wyglądało to inaczej: nagranie, parę spotkań i drogi się rozchodziły.
Na początku u nas miało być podobnie. Darek nie miał czasu na granie z nami, poszedł w swoją stronę, ale ja nie odpuściłem tematu.
Wyznaczył zastępstwo i na półtora roku zniknął z naszego symbolalowego życia.
W tym czasie Krzysztof Szałkowski grał z nami pierwsze koncerty. Było ich sporo. Uczyłem się wtedy, jak to wszystko organizować i robić z rozmachem. Ale w pewnym momencie Desecrate musiał zająć się studiami… a los chciał, że akurat wtedy Darek miał wolne trzy weekendy, a ja — zabukowane miejscówki.
Pamiętam pierwszą próbę po jego powrocie: zagrał 2/3 utworów. Dzień później niby całość, niby nie całość… Byłem przerażony, ale na dziesięciu koncertach pomylił się tylko raz. Wtedy zrozumiałem, jak to powinno wyglądać.
Od tamtej pory zawsze czekałem na terminy Darka.
Czasem długo zajmowało zorganizowanie się pozostałych zespołów, ale ja czekałem cierpliwie do samego końca. Bo granie z Darkiem to ogromna przyjemność i poziom, z którego nie chce się schodzić.
Gra się jak z płyty, a wiele rzeczy przychodzi naturalnie. Swobodnie czujemy się też razem na scenie.
Raz zdarzył się Pavulon, były też plany znalezienia kogoś na zastępstwo… ale serce ciągle mówiło: „stop! Poczekamy na Darka! To musi być zawsze Symbo! To musi być to uderzenie w werbel! To musi być ten niepowtarzalny styl!”
Osobiście dostrzegam w Symbolical niezwykle duży potencjał, lecz trudno nie zauważyć, że tempo Waszych działań było dotychczas dość powolne i chyba to blokowało wypłynięcie na szersze wody. To świadomy wybór, czy rezultat ograniczeń?
Symbolical stało w miejscu z kilku powodów.
Na samej górze listy postawiłbym terminy Darka – ale żeby było jasne: nie mam tu nikomu nic za złe. Trzeba być cierpliwym i wierzyć w swoje marzenia. Łupanie z Darayem to z jednej strony czysta przyjemność, a z drugiej… przekleństwo!
Dziś sytuacja wygląda inaczej: dzwonię i wiem. Kiedyś musiałem czekać miesiąc, aż Drak z Huntera ogarnie trasę, albo aż Dimmu poda terminy.
Drugim powodem było moje chlanie. Piłem, traciłem czas, odkładałem sprawy na później. A dni i miesiące mijały błyskawicznie. Do tego mieszkałem za granicą, gdzie ciężko było wyrwać się z pracy i dostać wolne.
Zagranie jednego koncertu kosztowało mnie wtedy zbyt wiele pieniędzy i czasu. I tak to się ciągnęło.
Pandemia też dorzuciła swoje trzy grosze — ale w tym przypadku uważam to za plus, bo dzięki niej powstały trzy EP-ki.
I jak pisałem wcześniej: nic bym nie zmienił. Rozwijałem się jako człowiek i muzyk. Dojrzewałem do decyzji, by przestać pić. Nie zdawałem sobie sprawy, jakie kajdany dźwigałem i jak trzymało mnie to w blokach startowych. Ajjj… dobrze, że to już za mną!
Dziś ustalamy wszystko z dużym wyprzedzeniem. Plan jest jasny i trzymamy się go. Dla przykładu — już wiem, co będzie w przyszłym roku po wakacjach: gdzie będziemy grać i co będziemy nagrywać.
Symbolical na początku swojej działalności nie był kapelą specjalnie koncertującą. W ostatnich latach zmienia się to na plus. Proza życia, czy bardziej kwestia niedyspozycyjności Darka?
Graliśmy, gdzie popadło. Nie wiedziałem wtedy, jak się za to profesjonalnie zabrać — wszystko było robione trochę na pałę.
Koncertów było naprawdę sporo. Myślę, że z Krzychem zagraliśmy około trzydziestu… może nawet czterdziestu sztuk.
Tempo zwolniło, gdy zaczęliśmy grać z Darayem. Wtedy Darek był w wielu składach i początkowo mógł nam poświęcić tylko jeden miesiąc w roku.
Jednak dzięki mojej determinacji i cierpliwości dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej — Darek ma nam do zaoferowania naprawdę dużą liczbę wolnych weekendów.
No i znów – pamiętajmy, że po drodze była jeszcze pandemia.

Jak postrzegasz rynek muzyczny z perspektywy działalności od 2015 roku? Co się zmieniło na przestrzeni tej dekady?
Nie oglądam się na innych. Nie podglądam profili zespołów, nie podpierdalam riffów czy patentów. Inspiracje czerpię z zespołów zupełnie niemetalowych.
Kolejne płyty Symbolical są już dawno temu wymyślone. Ścieżka, którą pójdzie zespół, jest mi znana i pójdę nią z premedytacją.
Po dwóch latach trzeźwości myślę zupełnie inaczej. Znacznie szybciej przychodzi realizacja założeń, które kiedyś wpadły mi do głowy.
Znalazłem odpowiednie osoby i nie szukam kolejnych. Jest mi dobrze w moim sosie, a efekty będziecie mogli usłyszeć i zobaczyć już wkrótce.
Co zmieniło się w branży przez te 10 lat? Chyba jest więcej zespołów. Wydają album, jest bum, a potem tempo siada. Nie ma tego drugiego ciosu.
Oczywiście, trzymam kciuki za wszystkich i życzę jak najlepiej. Trzeba być cierpliwym i wiedzieć, czego się chce. Spełniać swoje marzenia i marzyć dalej. Nigdy się nie zatrzymać.
W ostatnim czasie na fanpage’u Symbolical zacząłeś się otwierać jako człowiek, dzieląc się przemyśleniami, historiami z przeszłości, a ostatnio mocnym wyznaniem związanym z alkoholizmem. To taka Twoja prywatna spowiedź przed odbiorcami muzyki Symbolical?
Nie sądziłem, że to poleci aż tak wysoko. Post o mojej walce z alkoholem ma już 190 000 wyświetleń — tylu ludzi do niego dotarło. Chęć powiedzenia tego głośno chodziła za mną od pół roku. Nagrywałem filmiki i kasowałem. Czułem, że trzyma mnie to w kajdanach. Po tym wyznaniu te kajdany w końcu spadły.
Nie będę musiał mówić co drugiej osobie: „nie piję”.
Koncerty pokażą, czy opłacało się o tym mówić.
Można się ze mną napić kawy, a na koncertach nigdy nie piłem. Zazwyczaj prowadzę auto i muszę ogarniać wszystko dookoła.
Odpowiadam za bezpieczeństwo życia w zespole i za cały wizerunek kapeli. Nie możemy chodzić najebani jak szpadle i zapominać gratów po koncercie.
Uważam, że to bardzo podniesie nasz wizerunek i sprawi, że będziemy grać jeszcze lepiej. Trzeźwy umysł pracuje inaczej. Dotarło to do mnie po wielu miesiącach ciężkiej pracy nad sobą. Po takich przejściach i z takim bagażem doświadczeń aż prosi się, żeby pisać i mówić o sobie. To dla mnie forma terapii i pokazuje Wam, że można! Bo jak się bardzo chce — można wszystko. Pamiętajcie o marzeniach i nigdy się nie zatrzymujcie.
Dostałem mnóstwo wiadomości od ludzi, którzy rzucili, ale też od tych, którzy jeszcze nie potrafią. Tym drugim tłumaczę, jakie są możliwości i konsekwencje dalszego picia. Dalej to już indywidualna sprawa — ja mogę się tylko przyglądać.
Mam też sporo przemyśleń do opowiedzenia i widzę, że ludziom pasuje, gdy mogą posłuchać kogoś, kto wylazł z gówna. Dostaję bardzo pozytywny feedback. Dziękuję za każdy komentarz i wsparcie!
Pierwsza płyta powstawała w słynnym Hertz, natomiast później weszliście we współpracę z Pawłem i jego JNS studio. Jakbyś porównał te dwa studia nagraniowe, sposób pracy i finalny efekt brzmienia muzyki?
Pamiętam doskonale tamte dni. Dzięki Karolowi trafiliśmy do nowo otwartego, w pełni wyposażonego studia najwyższej klasy. Byliśmy pierwszym zespołem, który tam nagrywał. Wojtek mówił, że dopiero zamontowali specjalne drewno przy suficie, a wcześniej nagrywał tam m.in. Behemoth — wtedy pracowali nad albumem The Satanist. Po nas były Vader i Decapitated, a Bart przychodził nagrywać tajemniczy projekt, który później okazał się Batushką. Trafiliśmy więc prosto w śmietankę.
Z naszej trójki tylko Darek był profesjonalistą, a my — totalni amatorzy. W studiu jest mnóstwo technik i trików, które dziś świadomie stosuję. Nagrywanie w domu przed komputerem to zupełnie co innego niż siedzenie u Wiesławskich — to był dla nas zaszczyt i prawdziwa lekcja życia. Nie mogliśmy trafić lepiej, bo bracia bardzo nam pomogli. Niektórych gitar, jak się okazało, nie potrafiliśmy zagrać — były zbyt trudne, a mój poziom „domowego grajka” nie wystarczał. Kto pierwszy raz zmierzył się ze studiem, ten wie, o czym mówię. Kilka słów i pomoc ze strony braci wystarczyły, by ogarnąć temat. Dziękuję Karolowi i braciom Wiesławskim za tę wspaniałą lekcję i szansę na rozwój.
Siedzieliśmy tam dwa tygodnie. Pierwszy tydzień, gdy nagrywał Darek, my z Karolem piliśmy — chyba zapijaliśmy stres. Moje wtedy małe dzieci leżały w szpitalu, odwodnione i zaatakowane przez pneumokoki, jeśli dobrze pamiętam. Wstyd się przyznać, ale wtedy nie miałem innego lekarstwa na stres niż alkohol. Nie miałem żadnej kontroli nad sobą, a jedynym sposobem na odstresowanie było sięgnięcie po butelkę.
Po nagraniach perkusji przyszedł czas na mnie. Darek nagrywał bębny trzy dni, czwarty dzień zrobiliśmy poprawki. Piątego dnia, gdy usiadłem do gitar, by ustawić brzmienie, nie potrafiłem grać — ręce się trzęsły, stres zrobił swoje. Na szczęście po powrocie z weekendu, z odpowiednim nastawieniem, układałem riffy jeden po drugim. Jakaś klepka się wtedy otworzyła, bracia pomogli i poszło.
W tym samym tygodniu Karol nagrał bas, a ja w piątek nagrałem wokale. Teraz zastanawiam się, ile czasu tam naprawdę spędziliśmy, bo już mi się miesza, co ile dni było nagrywane. Doskonale pamiętam, że wokale zrobiliśmy w jeden dzień. Wcześniej nie byłem wokalistą, zostałem nim na potrzeby Symbolical. Karol zdecydował, że tak będzie najlepiej, bo podoba mu się moja barwa growlu. To był ogromny wysiłek i sam nie wiem, jak dałem radę.
Proces nagrań był bardzo profesjonalny ze strony braci, a z naszej — na tyle, na ile potrafiliśmy. Jednak przy miksach zaczęły się schody. Niestety, nie mam dobrego zdania o Hertz Studio. Otrzymany materiał był naszym pierwszym nagraniem i nie mieliśmy pojęcia, jak to powinno brzmieć. Płyta okazała się płaska i wąska. My byliśmy z Karolem podekscytowani, bo to było Symbo, ale Karol kręcił też jednak trochę nosem.
W międzyczasie miał poważny wypadek — prawie zginął, wjechał pod lokomotywę. Z tego powodu nie wysyłałem płyty do tłoczni. Wszystko było gotowe — koperta, matka płyty — i dostałem od niego telefon: „Wysłałeś?”
– Nie.
– To dobrze, bo jedziemy zrobić nowy mix i mastering!
Bracia znów zabrali się do pracy i płyta zaczęła brzmieć jak należy. Dopiero wtedy zrozumiałem, jak źle była zrobiona wcześniej. Gdyby nie Karol, mielibyśmy słabo brzmiący krążek z najlepszego i chyba najdroższego studia w Polsce. Nie wiem, co tam się wydarzyło — czy zostaliśmy olani w natłoku gwiazd? Pamiętam, że przy nowym miksie Wojtek powiedział: „No, teraz wasza płyta brzmi na poziomie Vadera!” Dziś bym mu to wytknął, ale wtedy byłem mało asertywny.
Pytanie, które mnie dziś nurtuje, to: dlaczego wcześniej nie brzmiała tak dobrze? Nie mam pojęcia. Karol słono zapłacił za poprawki — w Tomaszowie krążyły nawet plotki, że to ja za to płaciłem. Nie! To Karol dał zastrzyk finansowy i to on trzymał pieczę nad Symbo! To on dał mi szansę na to wszystko, co mam dziś. Będę mu wdzięczny do końca życia! Jak już mówiłem — tylko śmierć mnie zatrzyma.
No właśnie. Studio JNS i Paweł Janos. Paweł nie ma sali nagraniowej za miliony, nie ma konsolety za miliardy dolarów. Siedzi w swojej samodzielnie zrobionej reżyserce i nagrywa. Moim zdaniem robi to sercem, intuicją i doświadczeniem. Nie produkuje muzyki na kilogramy, nie zajmuje się internetem, by zdobyć klientów, nagrywając rolki z przyczepianiem mikrofonu.
Nasza współpraca trwa już kilka lat. Paweł doskonale zna kierunek Symbolical. Stawiam wzmacniacz i wiem, że brzmienie mojego 5150 będzie nagrane tak, że szczena opadnie.
Jestem na świeżo po nowych miksach Symbo i wszystko się zgadza od początku do końca. Od czasów Allegory, przez Igne Natura Renovatur Integra, aż po Hope — nigdy się nie zawiodłem. Trzeba to mocno podkreślić i uderzyć pięścią w stół! Janos kręci gałkami przy Hostia, Deamonolith, Dormant Ordeal… Czy muszę coś więcej dodawać?
Debiut ukazał się nakładem nieistniejącej już Tune Project, a drugi album miał premierę w Via Nocturna. Jak oceniasz współpracę z tymi wydawnictwami?
Tune Project to była wytwórnia Darka — coś na kształt mojego Sarcophagus Records. Żeby wydanie płyty nie było „gołe”, miało swoje zaplecze.
A jeśli chodzi o Via Nocturna — Fabian cały czas działa. Nie wiem, dlaczego ludzie patrzą i myślą: „O! Via Nocturna? To pewnie gówno! Nie posłucham”. Miałem taki zarzut od grubego typa z YouTube, który o płycie Allegory powiedział: „Nie mam o tej płycie nic do powiedzenia”. To po co się pan brał za recenzję? Ja wiem, po co! Bo panowie (a było albo jest ich dwóch) czekali na gównoburzę z mojej strony. Nie doczekali się. Karol powiedział, że mu wpierdoli, jak go spotka. Takie prawo ulicy oldschoolowca (śmiech). Ja natomiast broniłem Via Nocturna, gdzie tylko mogłem.
Czy Fabian zrobił wszystko, żeby Allegory pokazać światu? Nie mam zielonego pojęcia. Wiem tylko, że do dziś ludzie kupują ten album i są zachwyceni. Ja wciąż dostaję sygnały, że to album klasy światowej.
EP-ki ujrzały światło dzienne dzięki własnemu wydawnictwu pod szyldem Sarcophagus Records i teraz wszystko jest dostępne w sprzedaży na stronie symbolical-store.pl. Doszedłeś do wniosku, że lepiej zadbasz o wydanie własnej muzyki?
Zdecydowanie tak. Nie chcę, żeby ktoś mi mówił, że muszę nagrać czyste wokale albo zmienić okładkę. Mam już wszystko dokładnie zaplanowane — jestem jakieś cztery albumy do przodu. Historia Urizena — Universal, Jezusa — Fuzona ma swój dalszy ciąg.
Na tym etapie mogę zdradzić, że będę tłumaczył każdy tekst, opowiadał o kontekście albumu i o co dokładnie chodzi w całej historii w formie audiobooka. Zacząłem już nagrywki i zapowiada się fajna rzecz do słuchania.
Dodam też, że Sarcophagus zacznie wydawać inne zespoły.
Na razie jednak muszę się skupić na wydaniu Hope for Aerist.
Dwie pierwsze EP-ki ukazały się na winylu, czy “Renovatur” też będzie mieć premierę na analogowym nośniku?
Obecnie w tłoczni jest Hope. Na kolejny ogień idzie Renovatur. I nieodżałowana Allegoria Śmierci!
Kto jest odpowiedzialny za oprawę graficzną EP-ek?
Oprawa graficzna to moja wizja, inspirowana twórczością Williama Blake’a. Każdy element ma swoje przemyślane miejsce i sens, nie ma tam nic przypadkowego. Na początku chciałem powierzyć ten fragment pracy komuś innemu, ale współpraca się nie udała. Czekałem pół roku, aż w końcu mój przyjaciel Marcin powiedział o przesłanej od mistrza grafice: „dupy nie urywa! Zrób sam.”
I tak robię sam, zaczynając od Collapse i raczej tak zostanie. Korzystam wyłącznie z obrazów Blake’a, na nich opieram całą historię, którą chcę przekazać.
Zdradzę, że jeszcze cztery albumy będą utrzymane w stylistyce Blake’a. Potem nadejdzie coś zupełnie innego — coś, co Was zaskoczy, bo nikt się tego nie spodziewa.



Trzeci pełnowymiarowy album Symbolical pojawi się za kilka dni. Czy materiał będzie kontynuacją muzyki zawartej na EP-kach, czy może jednak postawiliście na coś zupełnie nowego i zaskoczycie słuchaczy? Zdradź nieco szczegółów o nowej płycie. Czy będzie to wasze przełomowe wydawnictwo?
Kontynuujemy losy Urizena, prosto z mitologii Williama Blake’a, i wkraczamy w kolejny rozdział — The Book of Los. Vinyl podzielony jest na dwie części. Pierwsza to muzyczna i tekstowa kontynuacja tego, co zaczęliśmy na Igne Natura i Renovatur — to nasza dalsza droga, rozwój i przemyślenia, które musiały wybrzmieć.
Druga część to opowieść o postaci, którą nazywamy Los — kreatorze, buntowniku i twórcy własnej rzeczywistości. Los to ten, kto rzuca wyzwanie porządkowi Urizena, walczy z ograniczeniami i próbuje wyzwolić się z więzów narzuconych przez system. To symbol walki, przemiany i buntu, który jest kontynuacją naszych rozważań o wolności i odpowiedzialności.
Całość to podróż przez mit, muzykę i własne doświadczenia, którymi chcę się podzielić. Ten album to nie tylko dźwięki, to opowieść, która ma wywołać refleksję i emocje — zapraszam do oceny, czy to nasze przełomowe wydawnictwo. Nie mi to oceniać. Poczekajmy (śmiech).
Czy podobnie jak w poprzednich przypadkach, tak samo i za „Hope for Aerist” stoi konkretny koncept?
Oczywiście, że tak! U nas zawsze jest koncept, inaczej nie potrafię robić muzyki. To dla mnie więcej niż płyta — to historia, którą chcę opowiedzieć, przemyślany świat, który budujemy krok po kroku. Bez tego wszystko traci sens.
Każdy album to kolejny rozdział, kolejne przesłanie. „Hope for Aerist” nie jest wyjątkiem — tu też wszystko ma swój cel i znaczenie.
Ta płyta to kontynuacja ścieżki, którą zaczęliśmy na Allegory of Death. Jest mnóstwo malowania dźwiękiem, agresywne fragmenty, wściekłe wokale, ale również piękne i spokojne fragmenty.
Hope daje odpowiedzi na pytania, które pojawiły się wcześniej, ale też otwiera nowe drzwi. To podróż przez emocje, idee i obrazy, które dojrzewały we mnie przez lata.
Tworzę muzykę, która pochodzi prosto z serca, a cała otoczka do niej jest zaplanowana, przemyślana, jak ruchy w szachach.
Czekam na ten moment, kiedy wszystko się połączy w całość i wybrzmi tak, jak ma być. Tego, czy udało się to zespolić w jedną całość, dowiemy się po czterech kolejnych płytach.

Również na jesień ogłosiliście całkiem pokaźną trasę koncertową. Dużo czasu poświęciłeś na jej zorganizowanie i dogranie terminów? Opowiedz o realiach bukowania gigów i grania koncertów.
Dawno temu, zanim ktokolwiek nas znał, to ja dzwoniłem po klubach— i kilka razy musiałem tłumaczyć, jak się nazywamy. Czas zrobił swoje. Teraz trasę organizuję razem z Łukaszem, basistą Symbo. To on wykonuje całą robotę, dzwoni, negocjuje, ja tylko dogaduję daty z Darkiem i planujemy z wyprzedzeniem na rok do przodu. Na przykład dziś już myślimy o wrześniu 2026. Masz wtedy możliwość jechać np. do Szczecina, zagrać po drodze w Poznaniu czy Gorzowie — wszystko to realne i dobrze zaplanowane. Trzy miesiące wcześniej dzwonisz do klubu i słyszysz, że wszystko jest już zajęte.
Jest dużo łatwiej, bo zaczynamy być rozpoznawalni, kluby znają nazwę. Jak Łukasz dzwoni: „Cześć, tu Łukasz z Symbolical”, to w słuchawce słyszy: „O! Już szukam dat!”. A kiedy ja dzwoniłem sam, było: „Kto? Jak?”
Tak czy siak to ogrom pracy i jestem mega wdzięczny Łukaszowi, że się tego podejmuje. Bez niego wszystko by kulało, a ja miałbym na głowie jeszcze to (śmiech).

Jeśli to nie tajemnica, to ile kosztuje zrobienie całej płyty? Nagrywki, mix i master, oprawa graficzna oraz klipy do singli?
Myślę sobie, że tak „pi razy oko” może kosztować około 40.000 zł. Jeśli wezmę pod uwagę dosłownie wszystko jak leci… począwszy od prac nad pisaniem, wyprawy do Warszawy, skończywszy na tłoczeniu płyt i zamykaniu ich w pudełka, to może i nawet dojść do 66600 zł.
Kiedy zacząłem zajmować się tak serio tylko Symbolical, zdałem sobie sprawę, że to praca na cały etat.
Przy prowadzeniu zespołu to jest milion małych i dużych spraw, które trzeba ogarniać non stop. Trzeba kontaktować się z fanami, dopinać terminy nagrań, pilnować miksów i masterów, a potem jeszcze cała akcja z oprawą graficzną – okładki, wkładki… U nas często jedna partia różni się od innych. Robię to dlatego, żeby każdy słuchacz miał coś wyjątkowego.
Dochodzi organizacja koncertów, pisanie i odpowiadanie na maile, szukanie tras i grania na festiwalach. Promocja w socialach, wrzuty, posty. No i zakulisowo – planowanie merchu, zamawianie koszulek, bluz, gadżetów, pilnowanie stanów magazynowych. Do tego klipy – scenariusze, nagrywki, montaż, a potem jeszcze wszystko spiąć w jedną całość i wysłać w świat.
Zero nudy, ciągle coś się dzieje, a jak nie robisz, to po prostu stoisz w miejscu.
Pracując u kogoś w firmie, nie jesteś w stanie po pracy dopilnować niczego dobrze i do końca. Tak więc założyłem działalność, brat Jakub pomógł mi kupić maszynę do druku na koszulkach i jadę z tematami cały czas. Na przemian pracuję nad Symbo i Christami – bo prowadzę też sklep Christ Agony.
A propos, zostałeś basistą Christ Agony, a Cezar wydaje nowy album. Możesz opowiedzieć więcej o Waszej znajomości i współpracy?
Poznaliśmy się z Cezarem w czasach, gdy piliśmy jak smoki. Odezwałem się do niego o stworzenie jakiejś fajnej muzyki. Pomyślałem: a co mi tam szkodzi, napiszę do Mistrza i może się uda. Parę tygodni później wylądowałem w Krakowie z gitarami i graliśmy sobie jam session! Wszystko oczywiście jest nagrane i kiedyś zapewne ujrzy światło dzienne. Mam nadzieję, że niedługo się nad tym pochylimy. Najpierw jednak musimy zająć się swoimi płytami, doprowadzić je do końca i zająć się planami i kolejnymi założeniami. Dużo tego, i wiem, że będzie się działo sporo dobrego wokół nas. Cezar i ja wspieramy się w naszej nowej antyalkoholowej drodze życiowej. Tak jak poznaliśmy się i chlaliśmy, co nie prowadziło do bardziej konkretnych działań, tylko na gadaniu się kończyło, tak teraz wprowadzamy plany w życie. Mamy jasno określoną ścieżkę, co i kiedy będzie się działo. Dużo nad tym pracujemy.
O czym marzysz jako szary człowiek, a o czym jako muzyk?
Jako szary człowiek marzę o spokoju. Marzę sobie, żeby życie trochę zwolniło tempa. Ciągle za czymś biegnę i coś gonię. Nie wiem, czy jestem w stanie uspokoić swoje życie. Boję się czasami, że mnie ono dociśnie i nie wytrzymam. Bo wiesz… z jednej strony zajebiście jest prowadzić Symbolical, spijać śmietankę i liczyć kasę z płyt, a z drugiej to ogromny ciężar i krzyż, który dźwigam.
Nie pomyśl sobie, że biadolę tu i płaczę, bo jestem piździak. Nope! To jest moje szaro-chłodne przedstawienie sytuacji.
Nie ma niczego bez ciężkiej pracy, jeśli komuś coś przyszło łatwo – cieszę się, gratuluję… ja tylko ciężką pracą mogę osiągnąć swój cel.
Chciałbym spełnić się jako muzyk. Kiedyś marzyłem o trzech pełnych albumach, że usiądę sobie na werandzie mojej chaty i posłucham sobie trzech płyt po kolei z dumą popijając kawę. Ale jak to mówią: apetyt rośnie w miarę jedzenia, tak więc pomimo że spełniłem swoje minimum, mam ochotę na stworzenie kolejnych koncept albumów. Zrodziły się one w mojej głowie i widzę doskonale, co to ma być. Jak już chyba wspominałem, kolejne cztery albumy będą nagrywane niebawem i będzie to kwadryptyk. W ostatnim utworze na Hope już zdradzam jego tytuł. Okładki są już przygotowane, tytuły oraz oprawa graficzna także. Duża część muzyki jest już napisana, gotowa dla Darka, żeby wchodził do studia. I tak w kółko. Coś się kończy, a coś się zaczyna. W tym cyklu jest mój sens. Bo dopóki potrafię coś kończyć i zaczynać od nowa, dopóty jestem żywy – jako szary człowiek i jako artysta.

- Dzisiaj blackgaze’owy VIAMAER wydaje album „In Lumine Lunae” - 29 stycznia 2026
- SUMMER DYING LOUD 2026 ujawnia pierwszych 11 wykonawców! - 29 stycznia 2026
- ZAUŁEK: premiera płyty „W Lustrach Anten” - 29 stycznia 2026
Tagi: Cymer, daray, Dariusz Brzozowski, death metal, hertz studio, JNS Studio, Mystic Death Metal, nowy album zespołu symbolical, Paweł 'Janos' Grabowski, paweł cymerman, rozmowa, Symbolical, wywiad.






