Każdy z nas ma swoich bohaterów. Czy są to muzycy, aktorzy, działacze społeczni czy nawet politycy, idealizujemy ich i z upływem lat ich wyobrażenie staje się krystaliczne. Nie raz zostajemy przez nich zawiedzeni, my się zmieniamy, oni się zmieniają i wspólny mianownik się rozjeżdża. Za dzieciaka bohaterów miałem co niemiara. Od tych mega nierealnych, komiksowych, w postaci mrocznych Batmana i Spawna, przez kosmicznie odległych idoli muzycznych pokroju Mike’a Pattona czy Dimebaga Darella, a kończąc na tych nieco bliżej we wszechświecie istniejących, jak Piotr Wiwczarek, którym jest szansa podać dłoń po koncercie czy zrobić sobie wspólną fotkę. Jako młodziak nie mogłem podejrzewać, że będę miał z niektórymi z nich okazję porozmawiać, zamienić zdanie i trochę poznać. Jednak życie prowadzi nas ciekawymi ścieżkami i oto mogę pochwalić się rozmową z artystą, którego muzyka i głos stały się częścią tego, czym jestem dziś. Jego potężny growl był jednym z tych, które pchnęły mnie w kierunku zostania wokalistą, a jego muzyka wzbogaciła mą wrażliwość. Spotkanie z płytami Acme i Did Tomorrow Come… zespołu Sirrah zdecydowanie wpłynęło na mnie jako człowieka. Możliwość rozmowy z jednym z ich twórców jest dla mnie honorem i wielką radością. Jego kariera muzyczna na szczęście nie zakończyła się po rozpadzie Sirrah, w późniejszych latach obdarował nas dziełami kolejnych projektów, takich jak The Men Called Tea, qip, Scald i Pincer Consortium. Wydanie debiutanckiego krążka ostatniego z nich, noszącego tytuł Geminus Schism, stało się głównym przyczynkiem do tej rozmowy, ale udało się poruszyć także inne tematy. Jak się okazało, twórca płyty okazał się tak ciekawym rozmówcą, że pytania do wywiadu dodało jeszcze dwóch naszych redaktorów w osobach Tomasza Antosika i samego głównodowodzącego Piotra Czwarkiela. Ladies and gentleman: Maciej Pasiński.
Na końcu poprzedniego wywiadu dla KVLT, Twoim marzeniem było… wyspanie się? Udało Ci się je spełnić?
Jak dotąd niestety nie. Pochłonęły mnie kolejne projekty i oczywiście realizowałem je kosztem snu. Nie jest to zdrowy tryb życia, ale ciężko byłoby mi zrezygnować lub ograniczyć tę działalność. Proces twórczy daje mi naprawdę dużo przyjemności i satysfakcji. Dużo więcej niż moment ukończenia i wydania płyty. Mam pomysły na kolejne projekty, więc myślę, że będę się wysypiał dopiero na emeryturze.
W międzyczasie Twoja aktywność muzyczna pomiędzy qip a najnowszym projektem owocowała w sporo aktywności. Mógłbyś streścić, jak to się wszystko tworzyło i wyewoluowało z poszczególnych projektów?
Po On Ephemeral Substrates qip zacząłem pisać materiał na drugi album. Wypuściłem trzy single, a pozostała część (ponad godzina muzyki) wylądowała w szufladzie. Skończyły mi się pomysły na teksty. W międzyczasie w 2019 poznałem Pete’a i zająłem się pisaniem muzyki dla Scald. Tu teksty były gotowe od 10 lat, dzięki czemu nie musiałem się borykać z brakiem weny lirycznej. Rezultat – Regius I Scald bardzo nas satysfakcjonował, zresztą do dziś bardzo lubię ten album. Dotarło do mnie również, że taki odwrócony proces twórczy, gdzie punktem wyjścia jest tekst, a nie zalążek muzyki (riff, groove, itp) daje bardzo interesujące efekty. Pete ma bardzo oryginalny styl. Jego teksty łamią wiele zasad i są pod wieloma względami bezkompromisowe. Często nadają one nieoczekiwany kierunek muzyce, ale też powodują, że np. frazowanie partii wokalnych jest interesujące. Frazowanie to jeden z takich ukrytych, nieoczywistych składników, który według mnie ma duży wpływ na atrakcyjność muzyki. Regius I wyszedł w 2021. Zaproponowałem Pete’owi napisanie tekstów na nowy album pod nową nazwą, ale też poprosiłem, żeby podszedł do tego w bardziej „powieściowy” sposób. Stąd się wzięły te naprawdę długie zdania i narracyjny styl Geminus Schism. Trochę wcześniej Pete napisał teksty do innego naszego projektu – Feinmharu. Ten projekt czeka na realizację. To będzie elektroniczna, wielowarstwowa muzyka z wokalami.

Odnośnie qip. W przyszłym roku od premiery On Ephemeral Substrates minie 10 lat. Czy te trzy single zwiastują nową płytę?
Trudno powiedzieć. Jak wspomniałem wcześniej mam w szufladzie sporo materiału. Są to długie i chwytliwe kompozycje. Może kiedyś znajdę czas, żeby je dokończyć. Muszę napisać do nich teksty, nagrać wokale i zmiksować. Mają już kilka lat, więc nie jestem pewien, czy chce mi się do nich wracać, ale możliwe, że będę je publikował pojedynczo.
Jakie są główne różnice między Waszym wcześniejszym projektem Scald, a Pincer Consortium?
Zacznijmy od tekstów. W Scald język jest bardzo eksperymentalny. Lakoniczne frazy. Masa wielopiętrowych alegorii. Bardzo oryginalne i świeże podejście do materii. Regius I w niekonwencjonalny sposób buduje pewien dziwaczny, dystopijny wszechświat wypełniony różnymi egzotycznymi formami robaczywego życia i w nim osadzone są historie opowiedziane za pomocą statycznych równoważników zdań. Pete unikał czasowników. Na całej płycie są może trzy. W Pincer Consortium mamy już dosyć czytelną fabułę ujętą w bardziej prozaiczne ramy. Warto zwrócić uwagę na elokwencję i elegancję języka, a także na rozmiar tekstu. Lubię muzykę, w której jest dużo informacji zarówno w sferze audio, jak i w lirycznej. Dlatego prosiłem Pete’a, żeby te teksty były długie. Muzycznie różnice są przede wszystkim w strukturze utworów. Na Regius I jest kilka kompozycji o stosunkowo normalnej, piosenkowej budowie z refrenami i powtarzającymi się częściami. Na Geminus Schism prawie nic się nie powtarza, utwory rozwijają się w sposób progresywny. Wciąż dochodzą nowe motywy. Na Regius jest więcej elektroniki, sampli. Geminus jest najbardziej gitarową płytą w moim dorobku. Kilometry riffów i więcej szybszych temp.
Pincer Consortium traktujesz jako nowy początek, czy kontynuację swojej podróży przez muzykę?
Na pewno chciałbym nagrać więcej płyt pod tą nazwą, ale przyjmuję, że powinny być one pisane ta samą metodą – czyli wychodzimy od tekstu i do niego piszę muzykę. Jeśli Pete znów napisze coś takiego, to na pewno będziemy ciągnąć to dalej. Nie wyklucza to oczywiście, że pojawią się i inne projekty. Nawet jeśli każda kolejna płyta wyjdzie pod inną nazwą, to przecież konfuzja, zagubienie i zdziwienie są naturalnymi reakcjami na naszą muzykę.
Czy muzyka Pincer Consortium nie pasowała do koncepcji qip, żeby móc wypuścić ją pod tym szyldem? Osobiście uważam, że projekty te mają ze sobą wiele wspólnego.
Na pewno ma sporo cech wspólnych, bo w obu muzykę napisałem ja, ale qip to projekt w którym działam sam, a Pincer to jednak wynik współpracy.
Czy w związku z powstaniem nowego projektu możemy się w przyszłości spodziewać kontynuacji Scald? Czy może przenosicie swoje muzyczne siły i pomysły do nowego projektu?
Scald wyda jeszcze tylko jedną nową płytę – Regius II. Będzie to dość eksperymentalny album nagrany bez udziału gitar. Wypuściliśmy z niego już trzy single. W dużej części są to dość ekscentryczne transmisje, słuchowiska z równoległych wymiarów. Jest tam sporo wokalu i bardzo dobre teksty. Chciałbym wypuścić Regius I i II w ramach jednego, podwójnego albumu. Mam nadzieję, że się to uda.
Muzyka znajdująca się na Geminus Schism wymyka się jednoznacznym przynależnościom gatunkowym. Pisząc recenzję płyty, miałem poważny problem, by odnieść się do jakichś nazw. Czym się inspirujesz? Czy słuchasz dużo muzyki, a jeżeli tak to jakiej?
Dziękuję za komplement. Pisząc muzykę zawsze pilnuję, żeby była w miarę eklektyczna i osiągała pewien poziom oryginalności. Tak jest i tym razem, chociaż Geminus jest jednak badziej jednoznacznie metalowy i przy tym bardziej ekstremalny niż Regius I. Jeśli chodzi o słuchanie czyjejś muzyki, to w okresach, w których komponuję, nie mam na to zbyt wiele czasu, ale w czasie, kiedy mam przerwę od pisania, to staram się odkrywać nowe rzeczy. Nie trzymam się żadnych gatunków. Lubię muzykę z zajebistymi wokalami i produkcją. Scott Walker, Thomas Feiner/Exit North, późny David Sylvian, Nils Frykdahl/Sleepytime Gorilla Museum. Zespół Silence ze Słowenii, Recoil, Shara Worden na płytach Sarah Kirkland-Snider, Darren Korb, Esperanza Spalding, Jeff Wayne’s Musical Version of the War of the Worlds, Danny Elfman/Oingo Boingo…
Zespołami, które miały największy wpływ na mój styl, były Strapping Young Lad, Fields of the Nephilim, Skinny Puppy i wczesny Paradise Lost. W późniejszym okresie przeniknęło całkiem sporo wpływów z dysonansowego metalu. Fredrik Thordendal’s Special Defects, Voivod, DsO, Panzerfaust, Ulsect, Dodecahedron, Akhlys.
Kompozycje składające się na album są bardzo złożone, wielowarstwowe. Ile zajmuje Ci pisanie takich rzeczy, jak wygląda Twój standardowy proces twórczy?
Wielowarstwowość jest cechą mojej muzyki od czasu, kiedy pierwszy raz wszedłem do studia nagraniowego, czyli prawdopodobnie od 1994 roku. Już wtedy z Sirrah staraliśmy się nagrać jak najwięcej ścieżek. Stopień skomplikowania kompozycji rósł przez lata wraz z doświadczeniem. Z pewnością Geminus Schism to najbardziej złożony i hipermaksymalistyczny album, jaki napisałem. Odkąd powróciłem z qip, czyli od czasu kiedy zacząłem pisać, nagrywać i produkować muzykę samodzielnie, cykl produkcyjny albumu trwa ok. dwa lata. Musi to trwać tak długo, bo przecież wykonuję pracę kilku osób. Tym razem zajęło to trochę więcej czasu, ponieważ musiałem robić przerwy między poszczególnymi utworami. Kompozycje powstają w okresie od dwóch tygodni do dwóch i pół miesiąca. Co ciekawe, najkrótszy numer, Dual Termination Shock. zajął najwięcej czasu. Jest najbardziej skomplikowany. W związku z tym, że Pete zastosował w tekście dość powtarzalną strukturę, pomyślałem, że muzycznie zrobię coś zupełnie odwrotnego i pierwszy raz w życiu stworzę hiperprogresywną kompozycję, w której każdy motyw pojawi się tylko raz. Nic nie jest zapętlone. Nie ma ani jednego miejsca w którym mózg i ręce mogą na chwilę odpocząć. Budując go, pisałem 10 sekund muzyki co wieczór. Korci mnie żeby całą następną płytę napisać w ten sposób, jednocześnie unikając odjazdu w niestrawność. Wspomniałem wcześniej, że punktem wyjścia były teksty. Bez takich właśnie dużych, elokwentnych tekstów ta płyta by nie powstała. Byłaby inna. Na pewno prostsza. Chcę kontynuować taki odwrócony proces twórczy. Talent i styl Pete’a są nie do podrobienia, więc myślę, że dopóki będzie skłonny pisać, to kolejne płyty będziemy robić w ten właśnie sposób. Muszę jeszcze dodać, że na obecnym etapie głównym powodem tego, że zajmuję się pisaniem muzyki, jej nagrywaniem i całą żmudną stroną realizacyjną, jest niesamowita frajda, jaką mam podczas wymyślania i nagrywania partii wokalnych. Po rozpadzie Sirrah w 1998 właściwie straciłem ochotę na śpiewanie. Właściwie już na Did Tomorrow Come moich partii było mniej. Powróciłem do wokalu w 2013. Początki były dość trudne. Musiałem się tego uczyć praktycznie od nowa, ale dość szybko odzyskałem kontrolę nad głosem i od tego czasu zacząłem stopniowo rozszerzać paletę barw. Na Regius I jest już dużo czystych partii wokalnych, różnych wielowarstwowych, quasi-chóralnych rozwiązań. Będę kontynuował poszukiwania w tym kierunku chociaż nie zanosi się na to, że growle znikną.
Geminus Schism to ścisły koncept liryczny, który bez wątpienia da się interpretować na wiele sposobów. Przybliż proszę, o czym mówi i co chcieliście przez niego powiedzieć – Wy, jako jego autorzy.
Punktem wyjścia jest fakt, że jest nas dwóch, więc Pete postanowił oprzeć cały koncept płyty na dualizmie. To prawda, że jest dość szerokie pole do interpretacji, jednak „na wierzchu” jest to czytelna historia napisana w pewnym stopniu jak eksperymentalna powieść z gatunku the new weird. Długie zdania łączą się w czytelną całość. Każdy utwór jest napisany nieco innym żargonem. Poprosiłem Pete’a, żeby napisał kilka słów w odpowiedzi na to pytanie:
Podstawą konceptu jest klasyczny scenariusz walki dobra ze złem, który ukazuje rozwijającą się sekwencję wzrastających i opadających działań, w tym: walkę, zmagania, odzyskiwanie sił, umieranie, znikanie, trwanie, łączenie, odzysk wtórny, powtarzanie, daremne zadawanie pytań – działania owe opisane są przez pryzmat uniwersalnego podziału, w ogólnym ujęciu rozumianego jako atomowy/kosmiczny, psychologiczny/nadprzyrodzony, naukowy/duchowy, czas/przestrzeń.
Dodatkowo poruszany jest szary obszar zstępujący, ponieważ ostatecznie czym jest jedno bez procentowej zawartości esencji drugiego? W sytuacji braku nawet minimalnego wglądu w zrozumienie istoty przeciwnika dochodzi do kulminacji w stanie współistniejącej bikameralnej rozdzielności. Kiedy jednak dobro i zło spływają po łańcuchu DNA, manifestują się w obrębie jednostek w różnych proporcjach. Można więc na to spojrzeć jako na metaforę fizycznych machinacji uniwersalnych zjawisk w stanie przepływu, gdzie ludzkość jest zarówno obserwatorem, jak i obserwowanym, a jednocześnie jest wewnętrzna i ewoluująca. Podsumowując, wszystkie poziomy tarcia między dowolnymi przeciwstawnymi siłami, które można sobie wyobrazić, są objęte jego zakresem. Każdy poziom dualistycznego antagonizmu/protagonizmu jest rozważany, czy to świadomy, czy nieświadomy, a my zastanawiamy się, czy to wieczny cykl postępu z ostatecznie satysfakcjonującym wyjaśnieniem, czy może bez niego; wielka wojna między bogami lub bez bogów, przypływ i odpływ natury dążącej do doskonalenia, prowadzący do…?

Za wideoklipy i oprawę graficzną płyty odpowiadasz osobiście. Nie są to rzeczy sztampowe i nazwijmy to po imieniu „zdrowe” (śmiech). Co poza talentem trzeba mieć w sobie, by tworzyć tak odjechane obrazy?
To jest wypadkowa tekstów Pete’a i mojej wyobraźni. Akurat oprawa graficzna płyty wygląda w miarę normalnie, bo jest dość abstrakcyjna. Stylizowana na zdjęcia fikcyjnych mikroorganizmów i nanomaszyn podczas podziału, wykonane za pomocą mikroskopu elektronowego. Wszystkie materiały wizualne zostały wygenerowane za pomocą sztucznej inteligencji. Dość dużo czasu spędziliśmy na dyskusji o tym, jaki styl, temat i charakter powinna mieć szata graficzna płyty. Odrzuciliśmy kilkadziesiąt naprawdę ciekawych ilustracji, ponieważ z jakiegoś powodu nie mogliśmy osiągnąć konsensusu. Jeśli chodzi o materiały video, to jestem fanem filmów Cronenberga i myślę, że sporo inspiracji przyszło z tej strony.

Wydaje Was polska wytwórnia. Czy długo musiałeś przekonywać Wojtka z Deformeathing Prod, że warto pokazać światu tę muzykę na nośniku fizycznym? Musi w Was chyba wierzyć, bo jak na debiutanta, to digipack jest przepięknie wydany z bogatym bookletem.
Podrzuciłem Wojtkowi materiał pod koniec zeszłego roku. Powiedział, że się zastanowi i jakoś na początku 2024 napisał, że może to wypuścić we wrześniu. Ucieszyliśmy się. Alternatywą było wydanie tego samodzielnie i pierwotnie planowaliśmy to właśnie zrobić, w jakimś niedużym nakładzie. Dziękuję za dobre słowo o wydaniu. Też mi się podoba opakowanie.
Nigdzie nie została podana informacja odnośnie rejestracji materiału. Bo za produkcję jesteś odpowiedzialny w 100%, tak?
Tak. Nagrałem muzykę samodzielnie. Partiami wokalnymi podzieliłem się z Dempsey’em, chociaż pewnie słychać, że tym razem mojego growlu jest najwięcej. Miks i mastering to moja robota. Wszystko nagraliśmy u mnie w domu. Przez lata zgromadziłem trochę sprzętu i rozwinąłem się na tyle, że słychać wzrost jakości między kolejnymi płytami, które produkowałem.
A te kobiece wokale?
Te gadane w Spectral Dyad to syntezator mowy. Wybrałem głos z brytyjskim akcentem i barwą, która mi pasowała. W ostatnim numerze (Bi-Fold Conclusion) słychać przez chwilę sopran w tle. To z biblioteki sampli. Zaprogramowałem tę melodię.
Jesteś zatem muzykiem, który nie boi się technologii w swojej sztuce. Jak odbierasz wykorzystywanie AI w celach muzycznych?
Nadejdzie czas, w którym rezultaty samodzielnej pracy sztucznej inteligencji będą lepiej dobrane do odbiorcy niż to, co jest w stanie zaproponować człowiek. Artyści dość szybko zaczęli protestować, ale w równym stopniu będą tym postępem dotknięci ludzie wykonujący bardziej „przyziemne” zawody. Pracownicy korporacji, księgowi, prawnicy, lekarze, architekci, itd. Na obecnym etapie „sztuka” wytwarzana przez AI spotyka się z pogardą sporej grupy odbiorców, ale rozwój w tej dziedzinie jest bardzo szybki. Za chwilę rezultaty przewyższą możliwości człowieka. Prognozy zakładały, że zajmie to około 70 lat. Ja myślę, że to nastąpi dużo szybciej. Możemy się oburzać na ekspansję zastosowań AI w produkcji audiowizualnej, lirycznej itd., jednak odbiorcy w przeważającej części pozostaną obojętni na rozpacz środowisk twórczych, o ile rezultaty będą w stanie stymulować układ dopaminowy konsumenta. W przypadku dzieł sztuki wytworzonych przez człowieka zależność przyczynowo-skutkową między owocem procesu twórczego, a odpowiedzią odbiorcy cechuje pewna przypadkowość. AI będzie w stanie skalkulować i lepiej zaprojektować produkt, generując go w czasie rzeczywistym w oparciu o dane biometryczne, takie jak puls, balans hormonalny, nastrój itd. Generowany w ten sposób strumień audio będzie optymalnie dobrany do zapotrzebowania indywidualnego konsumenta. Element przypadkowości ulegnie redukcji. Artyści po prostu nie będą w stanie wygrać tego wyścigu, bo preferencje konsumentów przesuną się w stronę AI. Z punktu widzenia kogoś, kto zarabia na życie tworzeniem sztuki, będzie to frustrująca sytuacja. Być może wielu ludzi będzie musiało się przekwalifikować. Całkiem możliwe, że te trudności będą stanem przejściowym i w dalszej perspektywie przegramy z AI walkę o zasoby i zostaniemy w jakiś sposób wyeliminowani albo wchłonięci.
Od lat 90. muzyka i cały przemysł muzyki rozrywkowej mocno się zmienił. Mamy dużo więcej możliwości, a rola tej dziedziny sztuki w życiu szarego odbiorcy zmalała. Jakbyś się do tego odniósł?
To prawda, ale za to zespołów jest znacznie więcej. Wydaje się, że podaż przewyższa popyt. Wciąż istnieje pewna grupa ludzi, dla których muzyka pełni bardzo ważną rolę, ale możliwe, że za chwilę stymulacja akustyczna będzie mniej atrakcyjną formą spędzania wolnego czasu i zostanie stłumiona przez jakieś inne medium.
Czy myślisz o powrocie na deski scen koncertowych, z którymś ze swoich projektów? Czy brak koncertów stawia tworzenie kompozycji w innym miejscu, niż konieczność odzwierciedlenia ich następnie na żywo? Czy może na etapie tworzenia już było jasne: „nie zagram tego na żywo”?
Nie koncertowałem od ’98 roku, więc przez większość czasu, w którym zajmowałem się muzyką, odbywało się to w laboratoryjnych warunkach. Na pewno rzutuje to na charakter kompozycji. Pisząc je, nie myślę o tym, czy będę mógł je wykonać na żywo. Tego kryterium w ogóle nie ma. Nie planuję powrotu do grania na żywo. Wolałbym wykorzystać czas na pisanie kolejnych albumów.
Nadal jesteś kojarzony głównie z zespołem Sirrah, a co za tym idzie z muzyką klimatyczną i nieprzesadnie agresywną. Jakie zachodziły zmiany w Maćku Pasińskim, by w roku 2024 wydałalbum tak silnie zabarwiony brutalnością?
To dość proste. W momencie, w którym zacząłem pisać muzykę całkowicie samodzielnie, zacząłem ją dopasowywać do moich możliwości wokalnych i do własnych preferencji. Nie sądzę, że moja muzyka bije jakieś rekordy brutalności czy ekstremalności. Są pewne parametry, na których mi zależy, jak pewien poziom czytelności i dykcja, które jednak trzymają to zwierzę na smyczy. W dalszym ciągu to, co tworzę jest mocno przesycone atmosferą. Jest też w tym naprawdę dużo melodii, ale ma to po prostu nieco inny charakter niż tradycyjny, melodyjny death metal.
Jako ogromny fan twórczości Sirrah, nie mogę odpuścić okazji, by zapytać o ten band. Jak to się stało, że tak utalentowany i w moim uznaniu zauważony zespół nagle znika ze sceny? Co było zapalnikiem do rozpadu?
Na ten rozpad złożyło się wiele elementów natury prawnej, finansowej, geograficznej, psychologicznej. Mieliśmy spór z byłym członkiem zespołu i wytwórnią. Potraktowaliśmy sytuację zerojedynkowo i to doprowadziło do rozpadu grupy. Nałożyło się to też na czas, w którym część z nas wyjechała na studia do innych miast. W dłuższej perspektywie ten rozpad dobrze odbił się na moim dalszym życiu. Dzięki temu skończyłem studia, zdobyłem zawód i przez kolejne trzy dekady życie potoczyło się w najlepszym z możliwych kierunków. Nie byłoby to możliwe, gdybym był zaangażowany w karierę zespołu dłużej niż do ’98. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo to jednak dość odległe czasy i emocjonalnie i mentalnie jestem już teraz w innej galaktyce. Dodam, że wciąż mam dobry kontakt z kilkoma ludźmi z Sirrah i widujemy się co jakiś czas, kiedy odwiedzam Opole.
Żałujesz czasami, że historia Sirrah potoczyła się tak, jak się potoczyła? W 2013 roku w pewnym sensie doszło do reaktywacji. Zagraliście na Castle Party. Ukazał się singiel zwiastujący nową płytę. Co poszło nie tak, że temat nagle został ucięty?
Nie byłem zaangażowany w tę reaktywację. Mieszkałem już wtedy w Belfaście. Nie wiem, czemu to nie wypaliło. Nagrałem gościnnie trochę partii wokalnych na jeden z singli, który o ile wiem, nawet oficjalnie nie wyszedł. Nie żałuję niczego.
I pytanie ostatnie, ale bardzo istotne. Jak to jest, że po tylu latach nadal trzeba się zabijać i płacić „miliony monet” za Wasze albumy? Nie ma możliwości, by spróbować je wznowić?
Nie wątpię, że chętna wytwórnia znalazłaby się momentalnie. No chyba, że chodzi o zapiski w kontrakcie z MMP?
Wydaje mi się, że materiał jest w pewnej próżni prawnej. Prawdopodobnie nikomu z muzyków Sirrah nie zależy na tym, żeby doprowadzić do wznowienia. Dla mnie to zamknięty rozdział z odleglej przeszłości.
Dziękuję serdecznie za możliwość wypowiedzenia się u Was.
Dziękujemy.

- Blood Court – „The Burial” (2025) - 22 stycznia 2026
- Scorpions – „From the First Sting” (2025) - 16 stycznia 2026
- Wisdom In Chains – „Die Young” (2005/2025) - 15 stycznia 2026
Tagi: 2024, Deformeathing Production, interview, Maciej Pasiński, Pincer Consortium, qip, Sirrah, The men called tea, wywiad.






