MISÞYRMING: „Żadnych kompromisów, cała naprzód”

Na początku czerwca w malowniczym, ukrytym w islandzkim fiordzie miasteczku Stykkishólmur odbył się trzydniowy festiwal Sátan. Była to pierwsza edycja, ale lineup, profesjonalna organizacja, wydarzenia towarzyszące oraz pogodna i pełna zaufania atmosfera jeszcze w trakcie trwania festu zaowocowały pierwszą paczką potwierdzonych na kolejną edycję dużych i ważnych nazw oraz lawiną niezwykle pozytywnych komentarzy ze strony uczestników – głównie Islandczyków, podczas koncertów szalejących pod sceną. Jednym z zespołów grających w tym roku był Misþyrming. Na kilka godzin przed ich koncertem usiadłam w hotelowym holu z Dagurem Gíslasonem, wokalistą, gitarzystą i – co tu dużo gadać – mózgiem kapeli (w angielskim jest takie dobre określenie: mastermind), a także producentem muzycznym, i z płynącym z głośników chilloutem w tle odbyliśmy prawie godzinną rozmowę. Chillout musiał wejść na tyle mocno, że rozmowa okazała się bardzo przyjemna, a Dagur był cały czas zrelaksowany. Często zamiast „yes”, mówił po islandzku „já” (czyt. jau), co zdecydowałam się zostawić w transkrypcji. Nie spodziewajcie się filozoficznych wynurzeń. To była lekka rozmowa o muzyce, zespole, koncertach, o moim rozmówcy. I o ciszy.

Interview with D.G. in English (text only) – read here.

 

Na początek powiedz proszę, co znaczy Misþyrming? Według translatora to „znęcanie się” albo coś w tym rodzaju, ale może Islandczycy mają dla tego słowa jakieś ukryte znaczenie?

To jest dwuczęściowe słowo i w zasadzie znaczy „nadużycie”. Mis to to samo, co w języku angielskim – robić coś źle, a þyrming znaczy litość. Nie jest to jednak tak po prostu „bez litości”, tylko odwrotność okazywania litości. Coś jak z premedytacją nieokazywanie litości. Jak całkowicie komuś dopierdolić.

OK… coś jak nie tyle „bycie złym”, tylko po prostu „zło”?

Hm… Nie, to coś bardziej fizycznego, chodzi o bardziej brutalne znaczenie.

Brutalne określenie na brutalne zachowanie.

Tak. Nazwa pojawiła się po tym, jak napisałem już kilka pierwszych utworów. Wiedziałem, że te numery są pełne brutalności i że nazwa zespołu powinna mieć podobny ciężar i wydźwięk.

Taki też powinien być black metal, prawda?

Tak!

Zły, mroczny, nie dla każdego…

I bez kompromisów. Wszystko to powinno być ustawione na maksa.

W Waszym przypadku zawsze tak jest. Ale jednocześnie każdy Wasz album to krok naprzód, każdy się czymś różni od poprzedniego. Dla mnie osobiście to fascynująca sprawa, ile jeszcze można zrobić w muzyce. Jest też jednak mnóstwo ludzi, którzy nie lubią zmian i zawsze będą narzekać, że na przykład woleli chaos z Söngvar elds og óreiðu albo melodyjność typową dla Algleymi. Gdzie dla Ciebie jest granica – jeśli w ogóle jest – między tym, co chcesz stworzyć, a tym, co ma być wydane z logo Misþyrming?

Hmm… Może ujmę to tak. Kawałek Hof, który zrobiliśmy na split z Sinmara, nie miał być utworem Misþyrming. Jest znacznie bardziej deathmetalowy niż to, co w tamtym czasie pisałem – a było to mniej więcej w czasie powstawania pierwszego albumu. Stwierdziłem, że ten numer nie jest wystarczająco blackowy dla Misþyrming. Potem jakiś czas się z nim osłuchiwałem i w końcu doszedłem do wniosku, że jest w nim naprawdę wiele tego zła, o którym mówiliśmy, więc pasuje do zespołu, ale powinien zaistnieć w inny sposób niż na normalnym albumie.

Więc czasem jestem w nastroju, żeby zrobić coś melodyjnego, czasem nie, a czasem chcę stworzyć coś bardzo chaotycznego, a innym razem coś bardzo prostego. Bardzo sobie cenię zróżnicowanie, a jednocześnie rozumiem, kiedy ludzie są zawiedzeni czymś nowym, bo po prostu mają już wysokie oczekiwania po tym, co już znają. Mam tak samo, jako fan innych kapel, kiedy wypuszczają coś nowego, a ja na to: ej, potraficie lepiej. Poza tym czasami rzeczy wymagają trochę więcej czasu, żeby się do nich przyzwyczaić, więc też zajebiście jest słyszeć, kiedy ktoś mówi, że nie podobał mu się mój album aż do czasu trzeciego odsłuchu. Wiesz, skoro coś potrzebuje takiego czasu, żeby się rozwinąć, to znaczy, że ma jakąś solidną podstawę. Coś, co ludzie od razu lubią, zwykle nie trwa zbyt długo, tak myślę. Co odpowiada muzyce popowej, na przykład.

Jak w przypadku, kiedy nie lubisz kogoś od razu od pierwszego spotkania i kiedy potrzeba czasu, żeby tę osobę poznać, to relacja staje się silniejsza?

Właśnie.

Teksty też różnią się między albumami. Algleymi był bardziej introspektywny, a Með hamri jest znacznie bardziej wojowniczy. Pewnie to nie kwestia konceptu na album, a tylko takich emocji podczas pisania, ale ogólnie uważasz się za fightera?

(Śmiech) Cóż, to… trudne pytanie. Hmm… W kwestii koncertów, występów, także grania w studio, myślę, że wykonanie samo w sobie jest bardzo wojownicze. Powinno być popchnięte do poziomu absolutnej ekstremy. Kiedy, dajmy na to, nagrywasz gitary i dasz jakąś średnią głośność, to nie robi to żadnej różnicy. Podczas nagrywania Með hamri mieliśmy wzmacniacze ustawione na maksa, nawet jeśli mikrofon już tego nie odczuwał, ale pewność, że wszystko jest 10/10 i granie w tym klimacie naprawdę wprowadza intensywność. Tak też w sumie rozumiem nastawienie, wiesz – kill’em all. Żadnych kompromisów, cała naprzód.

Já, nie chciałbym, żeby to zabrzmiało snobistycznie czy coś takiego, ale muzyka jest bardzo gustowną formą wyrażenia emocji, bez użycia słów. Muzyka Misþyrming jest w zasadzie przedłużeniem tego, jak się czuję, co czuję, coś jak otwarty pamiętnik. Teksty zawsze piszę po muzyce – ona jest pierwsza, a potem jej słucham i widzę, jakie są w niej emocje, i o co w ogóle  w niej chodzi. Teksty to tak naprawdę odpowiedź na pytanie, co się dzieje w utworze, o czym powinienem opowiedzieć do akompaniamentu tych melodii.

Dla mnie jest to w pełni zrozumiałe, bo myślę, że muzyka ma wręcz większą siłę oddziaływania niż słowo. Mówi się, że słowo ma wielką moc. Ale muzyka towarzyszyła człowiekowi na długo przed słowem.

I wszyscy ją rozumieją, bez słów. To międzynarodowy język.

Tak! Kiedy widzisz ludzi rozumiejących Twoją muzykę, wyglądających, jakby byli w transie, masz uczucie władzy nad nami?

Nie. Robimy to razem. Na scenie nie stoję przed pustą halą. To nasz wspólny wysiłek. Ludzie dają nam energię, a my ją oddajemy. Jak w rozmowie. Oczywiście my ten proces prowadzimy i go kontrolujemy, ale to inna sprawa.

Więc koncert jest swego rodzaju mistycznym aktem między artystą a publiką?

Jasne! Taki cult ritual (śmiech). Black metal jest undergroundowy, tkwi w niszy, i ludzie, którzy go słuchają i go lubią – ja tak samo – naprawdę cenią tę naszą kulturę, nasz mały światek.

Wszystko ładnie, pięknie. Ale czy piszesz muzykę, kiedy jesteś wkurwiony?

Piszę teksty, kiedy jestem wkurwiony. Muzykę tworzę tylko wtedy, kiedy czuję się pełen energii. Nie sądzę, żeby to było oparte o to, czy jestem szczęśliwy, czy wkurzony. Mam energię, kiedy chcę coś zrobić.

A co robisz, kiedy jakiś zajebisty riff przyjdzie Ci do głowy, kiedy jesteś na przykład w pubie albo w samochodzie pośrodku niczego?

Czasem dosłownie gwiżdżę go sobie i nagrywam na dyktafonie. Oczywiście najlepiej jest wrócić do domu, wziąć gitarę i wtedy go nagrać, żeby tylko nie uciekł – bo inaczej go zapomnę. Tak właśnie zaczyna się część utworów. Poza tym po prostu siedzę z gitarą i gram różności. Nagrywam to wszystko, czasem coś do siebie pasuje i wtedy składam do kupy numer.

A jak to jest w przypadku instrumentalnych utworów – interludiów i outr? Mówię konkretnie o pierwszym albumie, a także na przykład Sól án Varma, bo na Með hamri to nie Ty je skomponowałeś?

Tak, ja napisałem jeden. Ten przed Engin miskunn, na końcu Með harmi. To miały być po prostu wojenne – wojownicze – dźwięki. Ten po pierwszym utworze i ten po Engin miskunn są autorstwa mojego przyjaciela, Kristófera, który kiedyś działał w blackmetalowej kapeli z Akureyri – to był fantastyczny zespół. Potem zrezygnował z blacku i zagłębił się w dziwną, elektroniczną muzykę. Siedzi teraz w analogach, syntezatorach i prowadzi projekt o nazwie Aska, bardzo dobry i ekstremalnie dołujący – to jedna z najmroczniejszych rzeczy, jakie znam. Dobrymi kumplami jesteśmy od dawna. Kristófer napisał parę tekstów na pierwszych dwóch albumach Misþyrming – do jednego utworu na każdym z nich. Do Með hamri nie potrzebowałem tekstów, ale wciąż chciałem, żeby był takim sekretnym piątym członkiem zespołu i żeby coś do albumu przygotował. Więc proszę go pewnego razu: zrobiłbyś krótkie upiorne interludium albo dwa? A on: spoko! Wysłał mi to potem z notką, żebym poedytował, co uznam za stosowne. Nic nie zmieniałem, miało brzmieć tak, jak chciał. Zrobił świetną robotę, jestem bardzo zadowolony, że mam go na pokładzie. Jest też dobrym poetą, napisał mnóstwo rzeczy. A ja jestem, jak widać, jego wielkim fanem.

Chętnie sprawdzę Aska. Zamierzasz wrócić do pisania instrumentali na nowym albumie?

Jakim nowym albumie? (śmiech)

Liczę na taki!

Já. Tak. I… zobaczę, czy da się to zmiksować z muzyką. Robiłem takie eksperymenty w Engin miskunn i na końcu Engin vorkunn, dużo symfonicznych elementów słychać tam w tle.

Zwłaszcza w Engin vorkunn.

Bardzo lubię dźwięk rogu. I oczywiście chóry, zawsze byłem ich wielkim fanem na albumach. W ogóle cieszę się bardzo z możliwości sprzętowych w moim studiu zapewniających tworzenie tego typu dźwięków. W miarę, jak moje umiejętności rosną, czuję się z tym wszystkim coraz pewniej. Więc kto wie – może będę chciał stworzyć nawet coś industrialnego! Myślę, że zespół się skończy, kiedy przestanę eksperymentować. Powinniśmy zawsze przeć do przodu i rozglądać się, w jakie jeszcze tajemnicze miejsca możemy pójść, w których wcześniej nie byliśmy.

Dla mnie to jest fascynujące. Chciałam Cię zapytać, czy może kiedyś w przyszłości będziesz chciał wrócić do tych eksperymentów czy różnorodności instrumentów i stylów – grałeś przecież też na basie, na klawiszach, a także w takich formacjach jak Drottinn czy Núll, które są bardziej deathowe albo nawet doomowe. Nawet na pierwszym albumie Misþyrming myślę, że używałeś najszerszego spektrum wokali, jakie u Ciebie słyszałam. I teraz widzę, że odpowiedź na to pytanie brzmiałaby: tak.

Jasne! Co do pierwszego albumu, to były to moje pierwsze wokale w ogóle. Więc zajebiście eksperymentowałem. Byłem totalnym naiwniakiem, ale wiedziałem, co chciałem uzyskać, i jestem zadowolony z efektu końcowego.

Miejscami bardzo szalonego. Czy słuchasz też tak różnej muzyki, jak sam tworzysz? Z jednej strony brutalnej i szybkiej, metalowej, a z drugiej – sennej, delikatnej, wzbogaconej ambientem?

Pewnie. To po prostu szeroki wachlarz emocji, jak to w ludzkim ciele. Czasem jesteśmy w nastroju na szybką jazdę, a czasem na coś relaksującego, a czasem na coś pośrodku. A słucham cały czas. Jestem zachłannym fanem muzyki.

OK, zatem jak postrzegasz ciszę? Musisz rzeczywiście cały czas czegoś słuchać, czy jest dla Ciebie naturalna i się jej nie boisz?

Lubię pójść na spacer i nie brać słuchawek, po prostu iść się przejść. Chyba Paul McCartney o tym  mówił – śmieszne jest, kiedy ludzie wychodzą ze słuchawkami w uszach na przykład do parku. Kiedy idziesz na spacer, słuchaj ptaków, miasta i całej reszty.

Zgadzam się.

Moim ulubionym miejscem na świecie jest basen w Reykjavíku. Chodzę tam trzy razy w tygodniu, czasami nawet częściej. To miejsce, w którym nie ma muzyki, i nie ma telefonów. Oczywiście przyjemnie jest się też zrelaksować w wodzie, posiedzieć z grupą nieznajomych. Jestem tam tak często, że niektórych ludzi rozpoznaję i wiesz, tak tylko ich pozdrawiam – i nikt tam nie wisi na telefonie. I nie ma tam żadnych rozpraszaczy, i mogę pobyć sam ze swoimi myślami. Niektórzy nie lubią być sam na sam z własnymi myślami. Ja uważam, że to bardzo zdrowe czasem nic nie robić.

To oczyszcza umysł, emocje, prawda?

Zgadza się.

Potrzebujemy takich momentów i powinny być dla nas naturalne.

Tak, a cały ten elektroniczny świat, w którym żyjemy, jest po prostu przerażający. Wszyscy wiszą na telefonach, ciągle sprawdzają, sprawdzają wiadomości, co się dzieje.

Teraz social media są w zasadzie nową religią…

Albo hobby. Nawet ja czasem lubię posiedzieć na Instagramie. To tragiczne! I strasznie uzależniające.

(Na zdjęciu D.G. w Naðra, jednym z pobocznych projektów, który również grał na festiwalu Sátan – a ja wreszcie mogłam ich zobaczyć na żywo!)

Dlatego ja nie mam konta na Instagramie. Wolę poczytać książkę, potrenować, posłuchać muzyki, pójść na koncert. Was w zeszłym roku widziałam dwa razy: na Brutal Assault i w klubie w Warszawie. I nie ja jedna miałam odczucie, że festiwalowy koncert pozwolił Twojej muzyce wybrzmieć znacznie bardziej potężnie i pięknie. Myślę, że może muzyka Misþyrming potrzebuje fizycznej przestrzeni, naturalnego otoczenia, wiatru, otwartego nieba? Coś jak na koncertach Wardruny…

Tak!

Musisz stać, widzieć ognie, gwiazdy. Jak Ty to czujesz? Wiem, że wolisz być na przykład blisko ludzi.

Hmm, klub w Warszawie był trochę za mały, scena w rogu, no nie był to nasz wymarzony obiekt. Ale powiedziano mi, że w Warszawie są tylko albo takie małe sale, albo całkiem duże, i że nie ma średniej wielkości, takiej odpowiedniej dla nas. Ale tutaj zgadzam się – to bardzo osobiste doświadczenie, kiedy ludzie są blisko sceny. I jesteś szczęściarą – koncert na Brutalu był prawdopodobnie naszym najlepszym show jak dotąd.

Co Ty powiesz?

Ja byłem po nim w ekstazie. To był dojebany koncert, naprawdę. Było tak późno…

Tak!

Ciężko było czekać – i nam, i wielu fanom. Mnóstwo ludzi przychodziło do mnie i narzekało: gracie za późno, będę zbyt pijany, zbyt zmęczony. Ale ostatecznie o tej drugiej nad ranem, kiedy koncert się zaczął, wszyscy byli zadowoleni…

Byli tam.

Tak, byli tam – obudzeni! (śmiech) To było fantastyczne show.

Dla mnie to też był ekstatyczny koncert, pierwszy Wasz, na którym byłam, i na koniec mogłam tylko skomentować: co to k***a było? Zachwycający występ.

Wspaniale to słyszeć.

Ale atmosfera też była jedyna w swoim rodzaju, prawda? Deszcz, zimno.

Zdecydowanie. No i scena też była fajna. Duża. Lubię grać na dużych scenach.

OK, więc duże sceny i nie najmniejsze kluby.

Lubię oba rodzaje. Na przykład widziałem Marduka w bardzo małym klubie i na ogromnej scenie. Na obu wyszło super, ale koncerty się oczywiście różniły. Tak jak mówiliśmy: mniejsze obiekty, mniejsze wydarzenia są bardziej osobiste. Większe są za to bardziej majestatyczne, epickie. Są więc plusy i minusy.

A muzyka Misþyrming jest epicka.

No. Przynajmniej taka ma być (śmiech).

Dużą scenę i duży lineup mieliście z Sól án Varma na Roadburn. Jak to było grać w tak licznym składzie, w dodatku z Twoimi idolami, jeśli tak mogę powiedzieć o Svartidauði?

To było całkiem inne doświadczenie – mix Misþyrming, Svartidauði i trochę Carpe Noctem. To było przed Drottinn… Tak, Drottinn zaczęliśmy dopiero później. Byliśmy już wtedy dobrymi przyjaciółmi, już po moim etapie fanboyingu (śmiech). Super było zrobić coś podobnego do tego, co robiliśmy w Misþyrming. I rzeczywiście było nas dużo – siedmiu… Każdy wyspecjalizowany w czymś innym, z własnym podejściem do tworzenia muzyki. Myślę, że to był fajny eksperyment, który wyszedł tak dobrze, jak tylko mógł. Cały koncept, który stworzyliśmy, wszystkie teksty i pomysły i jeszcze do tego ciśnienie, żeby zrobić show na 70 minut, z całkiem nową muzyką. Mieliśmy na to dziewięć miesięcy! Z których pięć przebimbaliśmy i potem nagle: och, zdaje się, że trzeba zacząć coś robić. Kolejne cztery miesiące były więc mocno stresujące. Ja jestem bardzo zadowolony, że to wyszło i jak to wyszło. A koncert na Roadburn sam w sobie był zajebiście dziwny. Wiesz, jednorazowy projekt, ekskluzywny, na wielkiej scenie w bardzo profesjonalnym obiekcie, z całym tym drogim sprzętem…

Kiedy to było?

W 2018. Pomysły były już w 2017.

Wiedzieliście już wtedy, że chcecie ten materiał nagrać?

Tak.

Na szczęście. Bo album jest cholernie dobry, odjechany na maksa.

Dziękuję! Trudno było to wszystko nagrać. Tyle się tam dzieje.

Jest bardzo katartyczny, musisz go słuchać od początku do końca, w skupieniu. Ja zrobiłam ten błąd i zaczęłam od Afbrigði VII

To promocyjny kawałek, wypuściliśmy go przed albumem.

Nergal udostępnił go na swoim profilu na facebooku i tam go znalazłam.

Jest oddanym fanem (śmiech).

Dokładnie tak to wyglądało. Ale potem dorwałam się do całego albumu – słuchany od początku do końca jest jak opowieść…

Mhmmm.

Afbrigði VII to mój ulubiony numer. Ty go napisałeś, prawda?

(Kiwa głową twierdząco) Mógłby być utworem Misþyrming (śmiech).

Zgadzam się! Jest niesamowicie epicki i dramatyczny.

Graliśmy go potem parę razy.

Zrobicie to jeszcze w przyszłości? Może dzisiaj?

Ach, dzisiaj nie. Wymaga innego strojenia i powiedzmy, że zmiana tuningu nie jest dla nas problemem, ale wolimy tego nie robić. Na przykład poza Islandią, bo wtedy zawsze lepiej jest mieć inną gitarę zamiast zmieniać strojenie. Graliśmy ten kawałek jakieś cztery-pięć razy po wypuszczeniu albumu. Odczucia zawsze są wspaniałe. To bardzo trudny utwór, ja zawsze coś spierdolę w moich partiach. Zdecydowanie będziemy go jeszcze grać na koncertach.

Dobra, to pogadajmy chwilę o innym wielkim zespole, z którym koncertowaliście. Jak to było na trasie z Mgłą?

Wspaniale! Dla nas to była w ogóle pierwsza trasa w historii, a oni wypuścili właśnie Exercises in futility. Odnosili już sukcesy i bardzo szybko stawali się coraz bardziej sławni. Tour miał sześć dni i grały trzy zespoły, całą grupę rozdzielono na dwa autokary. Jeździliśmy z One Tail, One Head i z Dávidem Glombą, artystą, który zrobił plakat do trasy i na niej pomagał. Przez nich cały czas słuchaliśmy Guns N’ Roses. Dávid miał nawet bandanę jak Axl Rose (śmiech). W sumie w trakcie przejazdów za bardzo nie poznałem chłopaków z Mgły, ale dużo czasu spędziliśmy razem na backstage’ach. Byli bardzo profesjonalni. Maciej – Maciek – zaczynał się rozgrzewać do swojej perkusji na trzy godziny przed koncertem. Siadał z pałkami i grał na małym padzie przez trzy godziny.

Słuchasz ich muzyki?

Pewnie! Lubię też Kriegsmaschine. Ostatni koncert tamtej trasy odbył się w Krakowie, był największy, w bardzo dobrym miejscu. Myślę, że to był dobry pomysł – zakończyć trasę w ich rodzinnym mieście, zwłaszcza że ją organizowali.

To na tym koncercie nagraliście video do Söngur heiftar?

Tak.

Słuchasz innych polskich blackmetalowych kapel?

Tak, jest ich parę, na przykład Cultes des Ghoules, jestem ich wielkim fanem.

Tydzień temu graliście też z Furią na Fortress Festival. To całkiem kultowa grupa u nas.

O tak, ich też znam. Mają też sporo pobocznych projektów, są bardzo aktywni. No ale Cultes des Ghoules to chyba mój ulubiony zespół z Polski.

OK, a propos aktywności. Nie jest zbyt wcześnie pytać Cię o nowy album?

Tak, jest zbyt wcześnie. Ale obiecuję Ci, że następna rzecz, jaką od nas usłyszysz, będzie inna.

Czyli ten industrial?

Nie (śmiech). Nie następna. Następna będzie inna w bardzo dobrym znaczeniu.

Ale wciąż blackmetalowa.

Zobaczymy (śmiech).

No nie mogę się doczekać! Misþyrming w ogóle obchodzi w tym roku 10-lecie działalności – gratulacje!

Dziękuję Ci.

Jak rozwój zespołu wpłynął na Ciebie? Te 10 lat przypadło u Ciebie na drugą dekadę życia, kiedy człowiek się rozwija i poznaje siebie.

Já… Hmm, na pewno częste podróżowanie jest… interesujące.  Tak jak poznawanie wielu ludzi z naszej subkultury – słuchasz wielu różnych opinii o tym i o tamtym, i możesz zobaczyć świat ich oczami. Z tego bierze się wiedza, doświadczenie. Mimo że to wciąż niewielki wycinek społeczeństwa, ten nasz metalowy światek. I oczywiście jest też dużo picia (śmiech). Alkohol wydaje się być całkiem mocno z nim związany. Nie narzekam, ale czasem wracamy do domu na kompletnym kacu, a tam czeka przecież normalne życie.

(Na zdjęciu: panel Artist on Artist – Aðalbjörn Tryggvason (Sólstafir) vs. Dagur Gíslason (Misþyrming). Jedno z wydarzeń towarzyszących podczas festiwalu Sátan)

Kim byś był, jeśli nie muzykiem? Masz jakieś inne specjalne umiejętności, predyspozycje?

Och, nie mogę sobie tego nawet wyobrazić. Jestem szczęśliwy, mogąc robić to, co robię, i nawet gdybym sam nie był muzykiem, to jestem całkiem pewien, że wciąż byłbym metalem i chodził na festiwale – to na pewno byłoby moje hobby numer jeden.

To szczęście być kimś, kim chcesz i kim uwielbiasz być.

Zdecydowanie.

Czy chciałbyś porozmawiać o czymś jeszcze, albo powiedzieć coś do fanów?

Chcę wrócić do Polski. Naprawdę lubię grać w Polsce.

Wspaniale to słyszeć.

Graliśmy w Polsce w styczniu zeszłego roku, w Krakowie. Mnóstwo ludzi, a był to poniedziałek. Trzy setki ludzi w amoku. Jestem im bardzo wdzięczny.

Polscy metale kochają Misþyrming. A nasi recenzenci często mówią, że jesteście obecnie – nawet nie tyle jedną z najlepszych – ale wręcz najlepszą kapelą blackmetalową. Podpisuję się pod tym.

Cóż… To wielkie słowa. Słysząc to, mogę być tylko bardzo szczęśliwy. Ale… ja się z tym nie zgadzam (śmiech). Pewnie między innymi dlatego, że sam mam tyle ulubionych zespołów. Oczywiście wierzę w to, co robię i robię to najlepiej, jak potrafię, wszyscy w Misþyrming robimy, więc jeśli ludzie doceniają cały nasz wkład w to – a jeszcze tak wielkimi słowami, jak mówisz – to jestem bardzo wdzięczny, że cała ciężka praca się zwraca.

I to się najbardziej liczy i między innymi dlatego tak uważamy. Bardzo Ci dziękuję za czas, jaki poświęciłeś na tę rozmowę!

Również dziękuję! Masz teraz zajebiście dużo do transkrypcji.

Zdjęcia: Dragon Productions, Sátan Festival, Maggi Gnúsari (zdjęcia z koncertu Misþyrming podczas festiwalu Sátan), Marta Szczepanik.

Marta
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , , , .