Z racji, że płytka Shodan „Protocol Of Dying” wdarła się szturmem do moich top płyt, od razu skleciłem parę pytań, by u źródła zapytać, jak to jest nagrać zajebisty debiut. Ja drążę temat, Szczepan Inglot bardzo konkretnie odpowiada. Zapraszam, zarówno do lektury, jak i posłuchania tego krążka.
Cześć! Przede wszystkim gratuluję niezmiernie udanego debiutu. Pewnie wszyscy Wam to mówią, ale Protokół konania jest niesamowitym albumem. Jako, że to Wasza pierwsza wizyta u nas, to parę słów o Shodan. To może wpierw bym poprosił o parę słów o przeszłości, bo z tego, co wieści niosą, 2/3 składu ma całkiem konkretne doświadczenia za sobą. Nieśmiało od razu dopytam: a ten trzeci? Jak do Was trafił ? Niby bez uprzedniego doświadczenia, ale chyba nie możecie narzekać…
Cześć. Geneza Shodan sięga czasów gdy razem z Michałem Jaroszem graliśmy razem w Extinct Gods, gdzie obejmowałem stanowisko gitarzysty. Po kilku latach grania w tym składzie pojawiły mi się w głowie pomysły, które na ówczesny czas do EG nie pasowały, a i moim i Michała zdaniem były na tyle dobre, że byłoby szkoda gdyby się zmarnowały. Doszliśmy do wniosku, że zrobimy zupełnie nowy skład, gdzie owe idee wprowadzimy w życie. W krótkim dosyć czasie powstało 5 numerów, które następnie nagraliśmy pod okiem młodego inżyniera – Pawła Ewertowskiego. Te utwory są teraz znane jako nasze demo, czy też EP – Zero K. Kiedy w 2014 realizowaliśmy nagrania na ten czas nie mieliśmy basisty, a odczuwaliśmy wielką potrzebę grać te kawałki na żywo. Koncerty są dla nas esencją Shodan. Skład szybko uzupełniliśmy poprzez zatrudnienie na bas, gitarzysty z zaprzyjaźnionego, wrocławskiego Deadpoint – Michała Rybaka. W tym składzie zagraliśmy kilka koncertów, a jednocześnie zabraliśmy się za tworzenie materiału na następcę, czyli Protocol of Dying. Po nagraniu śladów na album, ze względu na sprawy personalne, rozstaliśmy się z Michałem Rybakiem, zatrudniając tym samym gitarzystę i wokalistę, również wrocławskiego, Grimoirum – Tomka Sadlaka, który oprócz solidnej basowej roboty, wspiera mnie swoim rykiem na koncertach. To tak pokrótce.
Od razu zapytam o nazwę… stanowczo niebanalna: Shodan? Znajomy podpowiedział mi inspirację jakąś grą na kickstarterze. To dobry trop?
Tak, to bardzo dobry trop. Nazwa pochodzi ze starej gry komputerowej – System Shock. Nie chciałbym tutaj zdradzać tajników fabuły – zachęcam do zapoznania się z tematem na własną rękę, ale mogę powiedzieć tyle, że Shodan, główny antagonista tytułu, to jest strasznie wredna jędza o sztucznej inteligencji. Nazwa bardzo nam się spodobała i została. Na kickstarterze jest projekt remake’u tego tytułu. Będzie grane na pewno.
Będę zmuszony dalej Wam maślić, ale płytkę Shodan wydano przewybornie. Jak tylko rozumieć swoisty dualizm wydawców: Defense Rec. i Deformeathing Prod.? To konkretne labele. Obie w swoich katalogach mają znane kapele, o pierwszym labelu wspomnieć tylko: Banisher, Calm Hatchery. Zaś Deformeathing Prod.: Sphere i teraz jeszcze ponownie wydany debiut Traumy. Doraźna kooperacja czy po prostu dystrybucja?
Pomysł na kooperację miedzy Defense Records, a Deformeathing padł ze strony Piotra- właściciela pierwszej z nich. Z tego co wiem, to nie jest pierwszy raz kiedy te dwie firmy ze sobą współpracują. W taki sposób wydany został na przykład ostatni Terrordome (świetna płyta zresztą). Tajniki dlaczego dokładnie tak się stało, nie są mi znane, to pytanie do Piotra, lub Wojtka z Deformeathing, natomiast odczuwam bardzo pozytywne efekty takiego rozwiązania. Miejsca, gdzie można „Protokół” nabyć rośnie, ciągle przybywają nowe recenzje. A tym samym zainteresowanie zespołem i propozycje koncertowe.
Tak to prawda, ale taka jest natura tego „biznesu”. Trzeba swoje przeorać i konsekwentnie budować swoją markę, żeby móc zbierać plony w postaci jakiś tam hipotetycznych dóbr materialnych. Protocol of Dying, jako, że można śmiało mówić, że jest to nasz debiut, jest to raczej inwestycja w przyszłość niż „lokata krótkoterminowa”. CV Shodana spektakularne nie jest, a składy w których się udzielamy nie są na tyle rozpoznawalne, by wytwórnie same odzywały się do nas z propozycją wyprodukowania naszej nowej płyty. Sami więc szukaliśmy wydawcy. Wysyłaliśmy promówki do wielu, różnych wytwórni przez kilka miesięcy. Daliśmy sobie czas, do którego będziemy czekać na odzew. Odzew był, nawet całkiem pozytywny, ale żadna propozycja wydania ostatecznie nie padła. Ogłosiliśmy datę premiery i postanowiliśmy sami wytłoczyć płytę i wydrukować opakowania przy wsparciu agencji koncertowej i promocyjnej naszego przyjaciela Einara – Blackened Art. Po kilku dniach od ogłoszenia premiery skontaktował się ze mną Piotr z Defense Records. Stwierdził, że materiał na tyle mu się spodobał, by mimo ogłoszonej już daty premiery pocisnąć ten temat. Nie ukrywam, wiatr w żagle zawiał bardzo mocno. Nie osiągnęlibyśmy takiego rozgłosu bez Defense, Deformeathing i Blackened Art. Zajebiści ludzie robiący zajebistą robotę i w dodatku z ogromną pasją.
Jak wspominałem, płytka jest wydana wybornie, zarówno szata, jak i kolorystyka odbiega od banału, jaki trawi 80% pomysłów graficznych obecnych wydawnictw. Do tego ciekawy efekt czerwieni, który jest widoczny po otwarciu digipacku. To są takie smaczki, które świadczą, że jednak do każdego aspektu przyłożyliście się ostro.
Po wydaniu Zero K, nauczyliśmy się wielu rzeczy na, niestety, własnych błędach. Niewystarczająco się wtedy przyłożyliśmy do wielu tematów, a szatę graficzną potraktowaliśmy trochę po macoszemu. Tym razem było inaczej. Chcieliśmy by płyta nie tylko świetnie brzmiała, zawierała najlepsza muzę na jaką nas stać, ale posiadała graficzną przynajmniej równie wysokiej jakości. Zamysł był taki, by ktoś, kto zobaczy Protocol of Dying na półce w sklepie, chciał posłuchać tej płyty tylko ze względu na to, jak wygląda. O wykonanie rysunku zdobiącego okładkę płyty poprosiliśmy Michała Wrabeca – arcyzdolnego artystę z Wrocławia, a do wykonania layoutu – równie utalentowanego Łukasza Pacha. Jestem fanem prac obu Panów. Przedstawiłem im swój pomysł na koncept, a Panowie Artyści odparli na to: „say no more” i zaserwowali nam coś od czego szczęki rozbiły się o podłogę. Efekt jest taki, że chce mi się na tę płytę patrzeć.
Ale czas na meritum: muzę. Nagrał Was Malta co od razu słychać! Płyta brzmi żywo i nie ma nawet cienia „bawienia się” suwakami na ekranie peceta. Klarownie, a zarazem z brudem. Doświadczenia z poprzednich kapel się przydały, czy tym razem wszystko było inaczej? Swoją drogą taki wybór producenta wskazuje, że cholernie poważnie podchodzicie do swej muzy.
Protocol of Dying było moją pierwszą sposobnością by zagościć w profesjonalnym studiu, w Warszawskim Sound Division. Malta z racji tego, że jest bardzo doświadczonym i otwartym na sugestie muzyków inżynierem, od razu wiedział o co nam chodzi i przy moim udziale wykreowaliśmy sound płyty. Stało się to zupełnie bezproblemowo, przyjemnie, przy kawce i wódeczce. A jednocześnie przy maksymalnym skupieniu na detalach. Przesłuchałem kilka wersji mixu jak i skończoną płytę dziesiątki, może nawet ze 100 razy i teraz dostrzegam w niej tylko i wyłącznie powody do dumy. I tak. Bardzo poważnie podchodzimy do Shodana. W nadpodaży dóbr w postaci ekstremalnej muzy, dzisiejsze realia nie pozwalają nikomu na serwowanie produktów niedopracowanych.
Siłą tej płyty jest rewelacyjne wplecenie każdego niemal motywu, który w innym przypadku brzmiałby śmiesznie. I jest tak zarówno w przypadku blastów, jak i przestrzennych pasaży klawiszowych. Nie zapominając oczywiście o rewelacyjnych solówkach.
Lubię bogatą muzykę, która zaskakuje czy to instrumentarium, czy to aranżem, czy to nietypowym rozwiązaniem. Lubię płyty, które trzymają w zainteresowaniu i w których słychać, że autorzy oprócz tego, że chcieli zrobić tzw. „metalową siekę na poziomie”, puścili także wodzy fantazji. Z przykrością muszę stwierdzić, że większość muzy ekstremalnej, która do mnie dociera, jest zwyczajnie nudna. Sama znakomita realizacja nagrań, czy mistrzowskie zagranie blastów nie wystarczy. Musi być coś, co zwróci uwagę. Oczywiście nie było to tak, że chcieliśmy za wszelką cenę wrzucić na album np. Vocoder, tylko po to, żeby było „coś nietypowego”. Zrobiliśmy to dlatego, że ten vocoder, akurat w tym numerze i w tym miejscu nam „siedział”. Nie ograniczaliśmy się ramami gatunkowymi, które umówmy się, w death metalu nie są zbyt szerokie. Na tę „porządność” złapałem się przy solówkach. Kiedy siedziałem i wymyślałem jakieś strasznie udziwnione i skomplikowane zagrywki, skupiając się na perfekcyjnym zagraniu nic, a nic mi nie siedziało. W pewnym momencie, w stanie maksymalnego wkurwienia na tę sytuację, zmieniłem ten tok myślenia. Spróbowałem zdać się na instynkt i nagrać sola „z łapy”. To, co słychać ostatecznie na płycie, to tak naprawdę pierwsza, maksymalnie druga wersja improwizacji do podkładu. Nawet nie starałem się specjalnie, by wszystko było perfekcyjnie zagrane. Wyszło o trzy piekła lepiej. Coś, co czujesz jest zawsze lepsze niż wyrachowana perfekcja.
Wśród Waszych inspiracji muzycznych wymieniłbym też Gojira, co nie przeszkadza Wam w utworze No Dignity od razu jechać konkretnie.
Akurat Gojira nie należy do moich ulubionych zespołów. Pomimo to, że doceniam warsztat i patenty na aranże. Co do inspiracji, naszą domeną jest metalowa sieka, bez rozróżnienia na death, black, viking, technical, nie-technical, vegetarian. Równie bliskie są nam tematy hardrockowe, progresywne, nawet elektroniczne. Ostatnio w drodze na koncerty często słuchamy Zeppelin, Sabbath, King Crimson, Mercyful Fate, Massive Attack i sprawia nam to tyle samo frajdy co straszliwe blasty dla szatana w Hate Eternal, Morbid Angel. Powiem tak. Kochamy muzę, ale umiemy w metal.
Plany koncertowe? Ta płyta aż się prosi o koncertowe odtworzenie. Czy za sprawą po prostu prozą życia i tylko w okolicy? Z kim chętnie dzielilibyście scenę?
Niestety nie mogę na razie ujawnić większej ilości szczegółów, ale doklejamy małą traskę po Polsce na jesień 2016 go roku z kilkoma świetnymi zespołami. Na przyszły rok planujemy wybrać się z materiałem za zachodnią i wschodnią granicę naszego kraju. A i ostatnio pojawiła się ciekawa opcja zagrania kilku sztuk na „końcu świata”. Zobaczymy, co z tego wyniknie.
Nie masz wrażenia, że ostatnimi czasy jest wysyp płyt debiutantów? Mam wrażenie, że często potencjalny fan gatunku często kupuje te znane kapele z uwagi na zachowawczość przy wydawaniu kasy, czasem jest mniej mniej obeznany i nie chce zaryzykować.
Tak, odnoszę takie wrażenie. Bardzo dobrze, że ludzie chcą tworzyć własne rzeczy. Starzy i znani wyjadacze, chcąc nie chcąc, powoli się wypalają, nagrywają coraz to słabsze płyty, a ludziom najzwyczajniej w świecie nie chce się sięgnąć po dzieła kapel mniej znanych, a nierzadko nawet lepszych. Strasznie mnie drażni marudzenie, że „nie ma teraz czego słuchać”, podczas gdy na naszym podwórku jest wysyp mega uzdolnionych gości, tworzący intrygujące płyty. Wystarczy się pochylić, sprawdzić, potem zaś grzecznie przeprosić. Na szczęście mamy wśród nas ludzi, którzy wierzą w debiutantów i dbają o ich promocje. Mam na myśli coraz to prężniej działające małe wytwórnie i promotorów. Dzięki nim młode kapele są w stanie, jak nie zachęcić słuchaczy do siebie, to „chociaż” wepchnąć im swoją muzę do gardeł.
Może to właśnie swoista demokratyzacja rynku przepędzi słabeuszy? Według mnie nie ma to znaczenia, czy dany album wydała kapela samodzielnie, czy za pośrednictwem różnych aukcji crowdfoundingowych, summa summarum, skoro tak naprawdę wszelkie około muzyczne kwestie z biegiem czasu zatrą się.
Sad but true. Mam tylko nadzieję, że rzeczona demokratyzacja faktycznie zadziała w tę stronę: zostaną same kozaki.
W jakim kierunku zamierzacie się kierować? A może jest po prostu za wcześnie, A może nie?
Chcemy, jak najlepiej potrafimy, wypromować krążek koncertami. A dokładniej ich ilością i jakością. Mamy w planach realizację nowego wideo promujący album. Coraz śmielej pojawiają się nowe kompozycje na kolejny album, jednak w jaką stronę ten materiał pójdzie, ciężko mi to określić. Jest jeszcze za wcześnie.
Jakieś plany na mniej standardowy format: split?
Bardzo fajny pomysł. Czemu nie. Jest kilka kapel, z którymi nie tylko chętnie dzieliłbym deski koncertowe, ale również „runtime” na CD.
Dwa zdania na koniec?
Wspierajcie muzę, którą kochacie, poszukujcie nowej, której jeszcze nie pokochaliście i do zobaczenia na koncertach!
- Agathocles & Psychoneurosis – „War Fetisjists Kill / Grind Resurrection” (2018) - 18 czerwca 2018
- Bottom – „Epidemo” (2018) - 18 czerwca 2018
- Indignity – „Realm of Dissociation” (2017) - 8 marca 2018

