Łukasz „Icanraz” Sarnacki to postać, której fanom ciężkiego grania przedstawiać nie trzeba – perkusista znany z bezkompromisowej energii i scenicznej intensywności. Tym razem spotykamy się jednak, by porozmawiać o jego autorskim projekcie UKĆ i nadchodzącej płycie „Anomalie – Upadek Konającego Ćwierćwiecza„, która ukaże się 6 marca bieżącego roku nakładem Via Nocturna. Choć UKĆ bywało pierwotnie szufladkowane jako black metal, nowy materiał pokazuje, że to określenie jest zbyt wąskie – to muzyka wymykająca się prostym definicjom, surowa, szczera i podszyta osobistym doświadczeniem.
W rozmowie zaglądamy głębiej – w warstwę liryczną albumu, w realne znaczenie i zawartość black metalu w kontekście UKĆ oraz w tematy znacznie wykraczające poza samą muzykę. Icanraz mówi wprost o alkoholu, jego obecności w życiu, a także o zasadach funkcjonowania na koncertowej mapie Polski. To wywiad nie tylko o nowej płycie, ale o postawie, odpowiedzialności i cenie, jaką płaci się za autentyczność w świecie ciężkiego grania.
Cześć, Łukasz. Śmiem twierdzić, że udało Ci się narobić nieco szumu przy okazji wydania płyty “Coming Out”. Taka była strategia od samego początku, czy może to zasługa grupki internetowych metalowych prawdziwków, którzy nakręcili spiralę dyskusji o black metalu na debiutanckim albumie?
Cześć, Piotrek. Miło, że się odezwałeś, i że znów możemy pogadać. Sporo się wydarzyło od naszej ostatniej rozmowy. Trudno mi było zakładać jakąkolwiek strategię przy wydaniu debiutu. Jedynym planem, jaki wówczas miałem, było nagrać solowy album i nie wyłożyć się na żadnym z etapów. Nie myślałem o koncertach, ani tym bardziej o kolejnej płycie. Walczyłem z własnymi ograniczeniami i po prostu starałem się nagrać „Coming Out” sam, wkładając w ten album całe serce. Wymyśliłem sobie takie wyzwanie, czułem, że muzycznie i artystycznie właśnie tego w tamtej chwili potrzebowałem i poszedłem za tym. To, co wydarzyło się w undergroundowych kręgach zaraz po premierze płyty, faktycznie nieco mnie zaskoczyło i ciągle nie przestaje mnie zadziwiać, jakie duperele potrafią wywołać lawinę komentarzy i dyskusyjną burzę. Słucham muzyki od ponad trzech dekad, wiele widziałem i słyszałem, i zdążyłem się totalnie znieczulić na stopień trafności szufladek, w jakie wrzuca się wykonawców. Nie pamiętam dokładnie, kto pierwszy oficjalnie określił moją muzykę black metalem, ale mógł to być Zibi z Seven Gates – wydawca mojego debiutu. Ja sam też uważam, że muzycznie było tam sporo black metalu, oczywiście z silnymi wpływami innych gatunków. Podkreślam – MUZYCZNIE, ale dodam też, że mam spory problem z szufladkowaniem swojej muzyki. Myślę, że warto przy tej okazji uświadomić sobie, jak wielowymiarowy jest to gatunek. Weźmy sobie, dajmy na to, TSJUDER, EMPEROR, DODHEIMSGARD i ROTTING CHRIST – cztery zupełnie różne muzyczne światy, a jednak wszystkie z black w mianowniku. Granice są bardzo umowne i zupełnie nie czuję do nich przywiązania. Na „Coming Out” najwięcej bałaganu wywołały wokale, które faktycznie z black metalem nie miały nic wspólnego. Ten pierwszy album za mikrofonem był dla mnie kompletną abstrakcją. Robiłem to pierwszy raz w życiu, bez jakiejkolwiek techniki i doświadczenia. Kierowałem się tylko intuicją. Teraz nagrywałem już na innym poziomie świadomości, ale wciąż nie są to wokale mieszczące się w blackmetalowych ramach.
Przy okazji mała dygresja, ten wywiad z Tobą sprzed trzech lat jest w TOP3 wywiadów na KVLT w naszej 10-letniej karierze (Mauser (1), UKĆ (2), Wojciech “Bocian” Muchowicz (3)). Jak to wytłumaczysz (śmiech)?
Jest to ciekawostka, której chyba nie zdołam rozwikłać. Może chodziło o to, że był to pierwszy tak wnikliwy wywiad dotyczący UKĆ? A może uderzyłem w czyjś czuły punkt i zadziałał efekt kuli śnieżnej? Nie wiem… Mnie zaskoczyło najbardziej to, że ktoś to w ogóle tak wnikliwie czytał. To był długi wywiad, a wydawać by się mogło, że czasy skupienia nasze społeczeństwo ma już dawno za sobą. Co by nie mówić, jednak czytane było, bo nawiązania do pewnych wątków z naszej rozmowy pojawiały się w innych wywiadach, recenzjach i zwykłych pogawędkach z ludźmi na koncertach.
Ale tak szczerze powiedziawszy, ja sam miałem dylemat, słuchając “Coming Out”. Czy nie sądzisz, że określenie tej płyty black metalem nie jest zbyt na wyrost?
Dylemat? Poważnie, jest to aż tak istotne? Nie wiem, Piotrek, co mam więcej w tym temacie dodać, ale widząc to silne przywiązanie ludzi do stylistycznych etykietek obawiam się, że historia znów zatoczy koło. Tym razem poniosło mnie w jeszcze szersze muzyczne horyzonty i jak dyskutowałem o nowej płycie z kilkoma osobami, które ten album już słyszały i w pewnym sensie pracują przy jego wydaniu, to niektórzy w uparte twierdzą, że black metal to najtrafniejsze określenie. I choć starałem się wybijać im to z głów, w kontrze padało ironiczne pytanie – „to jak nie black metal, to co? Rock?”. TAK! To jest najlepsze określenie, bo jest szerokie i niewiele sugeruje. Powiem Ci szczerze, że już mi się nawet nie chce o to szarpać. Mamy tu taki muzyczny rozstrzał, że wrzucanie tego pod hasło „black metal” to zdecydowanie za duże uproszczenie i ja się z tym nie zgadzam. No ale wiadomo, przy „Coming Out” był to punkt zapalny do wszelkiego rodzaju dyskusji, więc może jest to jakiś patent na próbę wzniecenia kolejnej burzy. Tak czy siak, ja się pod tym nie podpisuję.
Wpadłem zatem na taki pomysł muzycznego gatunku dla UKĆ: blackened progressive metal. Co Ty na to?
Jeśli dzięki temu będziesz spał spokojniej, to niech będzie. Jest mi to zupełnie obojętne. Kto chce i potrzebuje, niech zajmuje się wymyślaniem nowych gatunkowych odłamów i przydzielaniem wykonawcom słusznych etykietek. Ja się zajmę muzyką.
Sporo u Ciebie muzyki progresywnej, melodyjnego i melancholijnego metalu jak i doomu. A ten dyskusyjny black metal pojawia się fragmentarycznie.
Nie wiem, może klip do utworu „Niepewność” oraz całościowa sesja zdjęciowa do pierwszej płyty nadały odbiorcom ten stylistyczny trop i późniejsze zestawienie wizerunku z muzyką sprawiło, że coś im się nie do końca kleiło? Męczy mnie to już. Jest tyle ciekawszych tematów do rozmów. Szczytem absurdu było dla mnie otrzymanie wiadomości od admina pewnego bardzo popularnego serwisu dedykowanego muzyce metalowej, że na temat trafnego określenia stylistyki muzycznej UKĆ toczone były redakcyjne dyskusje, i że finalnie stwierdzono, że jest to progressive black metal. Przecierałem oczy ze zdumienia. Zresztą, to nie była jedyna tak absurdalna akcja związana z szufladkowaniem „Coming Out”. Hitem był mail od człowieka prowadzącego popularny kanał na YouTube, który stwierdził, że nie poświęci dla mnie miejsca, bo odcina się od zespołów blackmetalowych związanych ze sceną NS. I wiesz, ktoś strzeli taką upartą głupotą i co możesz z tym zrobić? Ręce mi opadły i na tym skończyła się rozmowa. Serio, nie mam ochoty walczyć z wiatrakami.
Czy to był główny zarzut w komentarzach co do tej płyty?
Nie. Jeszcze inny problem dotyczył tekstów – wielu osobom nie podobała się ich tematyka oraz to, że są po polsku. Nowa płyta to ten sam liryczny kierunek, więc podejrzewam, że osoby niezadowolone nadal pozostaną niezadowolone.
Że teksty są zbyt osobiste? To źle, że słuchacz ma klarowną możliwość odbioru tekstów podczas słuchania muzyki? Serio?
Wydaje mi się, że jest to kwestia wrażliwości i indywidualnych preferencji. Poza tym metal na przestrzeni lat przyzwyczaił odbiorców do określonych tematów obficie eksploatowanych w tekstach, i takie odejście od utartych schematów mogło sprawić, że nie każdy czuł się komfortowo. Poza tym fakt, że śpiewam po polsku, może sprawiać, że słuchacz się podświadomie bardziej angażuje, chociaż może wcale nie chce. Nie zapominajmy jednak o tym, co najprostsze i najważniejsze – taka forma liryczna nie musi się przecież podobać każdemu.
Rok po wydaniu albumu ukazała się jego wersja angielska pod tytułem “Coming Out – Love & Hate Diaries”. Przyznam się, że totalnie nie śledziłem promocyjnych kroków w związku z tym. Jak się przyjęła? Czy z perspektywy czasu oceniasz to jako dobry ruch?
W zasadzie nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Miałem nagrane wokale po angielsku, Chrys z Theogonia zainteresował się tematem i potem już poszło. Promocyjnie było całkiem OK, ale bez choćby jednej gównoburzy, więc miałem wrażenie, że płyta przechodzi jakby bez echa (śmiech). Sporo dużych anglojęzycznych portali pisało o „Coming Out”, udzieliłem też kilka wywiadów, w tym m.in. dla greckiego Metal Hammera. To było dość zabawne, bo polski Metal Hammer nie opublikował nawet krótkiej wzmianki czy recenzji. Takie tam absurdy, sam widzisz. Recenzje były ok, ale miałem wrażenie, że odbiorcy spoza Polski zupełnie nie czuli emocjonalnego ładunku, jaki ta płyta w sobie kryje.
Debiutancki album wydał Zbyszek z Seven Gates of Hell, angielską wersję wypuściła Theogonia Records – warszawska wytwórnia prowadzona przez Greka. Natomiast nowy album ukaże się pod szyldem muzycznej oficyny Twojego dobrego kolegi, z którym znasz się wiele lat. Czy poprzedni wydawcy nie zanotowali jakiegoś spektakularnego sukcesu sprzedażowego i z tego względu musiałeś szukać nowego wydawcy, czy może Fabian skusił Cię dobrymi warunkami?
W kontekście muzyki, jaką się zajmuję, i niszy, w której się obracam, hasło „sukces sprzedażowy” jest czymś tak abstrakcyjnym, że nawet nie wiem, jak je interpretować. Nie wiem, czym jest sukces komercyjny i jaka ilość sprzedanych płyt w dzisiejszych czasach o nim świadczy. Nie wiązały mnie żadne długoterminowe kontrakty, ani z Seven Gates, ani z Theogonia, więc mogłem z „Anomalie” zrobić co chcę. Rozważałem także wydanie płyty samodzielnie. Od jakiegoś czasu biję się z myślami i poddaję pod wątpliwość instytucję wytwórni płytowych dla tak undergroundowych muzycznych zjawisk jak UKĆ. Z Fabianem znamy się od ponad dwóch dekad i widzę, jak bardzo rozwinął działalność Via Nocturna na przestrzeni ostatnich lat. Wysłałem mu gotowy album, wnikliwie pogadaliśmy o mojej nowej muzyce. To była prawdziwa rozmowa na temat, a nie jakieś bzdury. Poczułem, że jeśli mam komuś powierzyć wydanie tej płyty, to właśnie komuś takiemu jak on – komuś, kto poczuje, zrozumie, wgłębi się i poświęci swoją uwagę tej muzyce.
Debiut ukazał się na winylu, a Anomalie?
Nie wiem. Czas pokaże.
“Coming out” produkowałeś w Dobra 12 Studio, zaś nowa płyta “Anomalie” powstawała w sławetnym Hertz Studio. Co wpłynęło na zmianę i wybór studia? Lokalizacja? Bo w Polsce mamy sporo naprawdę ciekawych “miejscówek”: JNS Studio (Hostia, Riverside), Impressive-Art (Outre, Odraza), Prusiewicz Studio (Decapitated, Terrordome), Monochrom Studio (Behemoth, Obscure Sphinx), Heinrich House Studio (Deus Mortem, Insidius), No Solace (Mgła, Graveland).
Dobra 12 Studio to miejsce, do którego zawsze chętnie wracam. Od 2010 nagrywałem tam praktycznie wszystkie płyty, na jakich się udzielałem, więc znam to studio bardzo dobrze i wiem, jakie ma możliwości. Do Hertz Studio trafiłem z kilku powodów. Pierwszy i najważniejszy jest taki, że pracował tam Karol Andres – mój bardzo dobry kolega i dźwiękowiec UKĆ, i to on mnie namówił, żeby nowy album zrobić właśnie tam. Kwestia lokalizacji w moim przypadku też jest kluczowa. Tempo nagrań dyktowała nam proza codzienności. Gdy mieliśmy dobry flow, to siedzieliśmy całymi dniami. Czasami zaś praca szła na tyle opornie, że po godzinie stwierdzaliśmy, że to nie jest ten dzień. Mogłem wtedy na spokojnie wrócić do swoich domowych czy zawodowych obowiązków, bez poczucia straconego dnia. Wszystkie miejscówki, które wspomniałeś, znajdują się poza Białymstokiem. Wyjazd na sesję nagraniową poza moje rodzinne miasto w mojej sytuacji życiowej zwyczajnie nie wchodzi w grę. Przypominam, że nagrywam wszystko sam. To ogromny, czasochłonny proces, który wiązałby się z całkowitą dezorganizacją mojego prywatnego życia. Nie mogę sobie na to pozwolić.
Czyli nie było tak, że miałeś ustawione studio od-do i w tych dniach musiałeś się zamknąć z nagrywkami instrumentów i wokali?

No co Ty? Podczas takiej sesji nagraniowej biorę na swoje barki dość pokaźny ładunek obowiązków i wyzwań. W dodatku ciągle walczę z własnymi ambicjami i czasami chcę zrobić więcej niż jestem w stanie. To są procesy, które dzieją się w zaciszu studia nagraniowego, i o których mało który słuchacz kiedykolwiek się dowie. Praca z Karolem jako realizatorem dźwięku była świetnym doświadczeniem. On dobrze zna ideę projektu UKĆ, wie, że nie poproszę nikogo o zrobienie czegoś za mnie, i że będę walczył, aż wywalczę to, co mi się snuje w myślach. Karol wykazał się ogromną cierpliwością i zaangażowaniem. Motywował mnie, gdy miałem gorsze chwile i zawsze znajdował sposoby, aby wycisnąć ze mnie maksimum możliwości. Nagrywaliśmy wtedy, gdy studio było wolne – wczesnymi rankami, nocami, w święta, weekendy. Często spontanicznie, aby tylko uchwycić kilka dźwięków. Karol bardzo się zaangażował i finalne brzmienie albumu jest w ogromnym stopniu jego zasługą.
Czy wyznajesz zasadę, że o pieniądzach się nie rozmawia?
Nie mam z tym problemu. Od kilkunastu lat prowadzę firmę. Gdybym nie umiał rozmawiać o pieniądzach, to bym już dawno utonął.
Bo chciałem zapytać ile potu i złotówek kosztowały “Anomalie”. Nie tak dawno przeprowadzałem z Cymerem z Symbolical wywiad, w którym przyznał, że ich ostatnia płyta to koszt między 40 a 66,6 tysięcy złotych. Poza tym podczas słuchania czuć, że taka produkcja nie mogła wyjść z “domowego studia”. Brzmi jak niejedna płyta promowana przez Metal Injection czy Blabbermouth.
Dużo. To nie są tanie rzeczy, ale każda usługa premium ma swoją wartość i cenę. Wszystko można zrobić taniej i zaoszczędzić na wielu etapach pracy. Wiem, że ta inwestycja nigdy mi się nie zwróci, więc wolę o tym nie myśleć w kontekście wydanych pieniędzy, tylko w kategoriach uzyskanego efektu. Pieniądze to jedno, a poświęcony czas to drugie, a on też ma swoją wartość. Pierwsze zalążki kompozycji powstały mniej więcej w połowie 2023 roku. W maju 2024 nagrałem bębny i wtedy rozpoczął się proces rejestracji albumu. Całość zakończyłem w październiku 2025. Praca nad płytą w pojedynkę to duże wyzwanie, trzeba myśleć wielowarstwowo, a to mocno angażuje głowę. Doba ma tylko 24 godziny, a ja robię w życiu jeszcze wiele innych rzeczy, które też mocno obciążają mój czas. Poza tym trzymam się zasady, że muzyka i sztuka nie lubią pośpiechu. Oczywiście, mogłem pewne etapy i procesy wykonać znacznie szybciej i taniej, i pewnie wielu „melomanów” nie zauważyłoby nawet różnicy, ale dążyłem do tego, aby mieć poczucie, że na dany moment lepiej się nie dało. Dbałem o każdy najdrobniejszy szczegół. Jakiś czas temu usłyszałem takie zdanie, które padło z ust pewnego cenionego producenta i realizatora dźwięku: „Dobrze brzmiąca płyta to 200 drobnych szczegółów”. Mocno siedziało mi to w głowie podczas prac nad „Anomaliami”.
A pamiętasz może ile ścieżek/szczegółów czy też ozdobników ma najbardziej zaawansowany utwór?
Najbardziej zaawansowane utwory to “Odmęty” i “W Ciszy” – zamykają się w ponad 170 trackach i przyznaję, nawet mi jest w to trudno uwierzyć. To są sytuacje, nad którymi nie panuję podczas pracy nad muzyką. Wpada mi do głowy jakiś pomysł i go realizuję. Potem, w procesie ostatecznego miksu część ścieżek ląduje w koszu. Czasami nagrywam tę samą partię na gitarze elektrycznej, klasycznej i akustycznej i dopiero przy finalnym miksie wybierana jest ta dominująca. Fakty są jednak faktami – sprawdziłem liczbę tracków i potwierdziłem z Karolem, który był ze mną przy nagrywaniu każdego z tych śladów.
Nie da się ukryć, że “Coming out” jest płytą niezwykle intymną i osobistą, zwłaszcza że można łatwo śledzić tekstową narrację podczas jej odsłuchu. Jak jest z “Anomaliami”? Tytułowy singiel, do którego nakręciliście klip, opowiada o bliskim Ci dziecku w zaawansowanym spektrum autyzmu. Ile na płycie jest “Ciebie”, a ile życia wokół?
„Coming Out” to był mój tekściarski debiut. W moim życiu prywatnym działo się wtedy dużo złego i przelałem to na papier, wylewając całą swoją frustrację, która niszczyła mnie od środka. To było moje oczyszczenie i dawało mi ulgę. Nie zastanawiałem się wówczas, czy piszę dobre teksty, czy nie, chciałem jedynie mówić głośno o tym, co myślę i czuję. Polubiłem to. Ten emocjonalny wentyl stał się częścią mojego codziennego funkcjonowania. Gdy nachodzą mnie jakieś przemyślenia, biorę telefon i piszę – impulsywnie, bez przesadnego wnikania. Z takich notatek powstały teksty na nowy album. Zero wymyślonych historyjek. Samo życie.
A czy Twoje słowa miałyby moc przekazu bez muzyki? W sensie, gdybyś się pokusił o wydanie swoich słów bez muzyki, na papierze.
Nigdy o tym nie myślałem, ale wydaje mi się, że moją jedyną przestrzenią artystyczną jest muzyka. Pisanie wierszy, poematów czy powieści wolę zostawić tym, którzy poświęcili temu życie i robią to z potrzeby serca. Ja kocham muzykę i to ona sprowokowała mnie do pisania tekstów, inaczej pewnie nigdy bym swoich myśli nie przekuł w słowa. Jest natomiast coś, co odnalazłem jakiś czas temu i traktuję jako moją kolejną pasję. Lubię pisać o muzyce, o związanych z nią zjawiskach, płytach, koncertach. Porządkuje mi to wrażenia i pozwala lepiej zrozumieć pewne sytuacje. Ochoczo dzielę się takimi przemyśleniami na moich profilach na portalach społecznościowych.
“Nieobecność” traktuje o rodzicielstwie, czy bardziej o związku dwojga ludzi i sytuacji, kiedy jedna osoba umiera?
Bardziej to drugie, choć też nie do końca. To utwór o stracie przyjaciela. Napisałem go z myślą o Sławku, z którym grałem kiedyś w NAUMACHIA. Łączyła nas wyjątkowa więź i bardzo przeżyłem jego śmierć. Minęło już 13 lat, a mi do teraz trudno się z tym pogodzić.
W “Ślepych uszach” ponownie przewija się wątek śmierci: “Żegnani hucznie przez tłumy (…) Więc płaczcie i składajcie wieńce”. Dodatkowo jest to niemalże akustyczny utwór.
Co jakiś czas na świat spada informacja, że jakaś młoda osoba popełnia samobójstwo w reakcji na odtrącenie i szkalowanie przez rówieśników. Mocno we mnie uderzają takie fakty i uczciwie przyznaję, że przeraża mnie poziom okrucieństwa i znieczulenia dzisiejszej młodzieży. Nie ukrywam – podszyte jest to troską i obawą o moje własne dzieciaki. To tematy, które często dzieją się kompletnie poza świadomością rodziców czy rodzeństwa. Młodzież próbuje sobie z tym radzić, zamykając się w sobie, często wstydząc się sięgnąć po jakąkolwiek pomoc. Wiadomo, nie zmienię tym utworem świata, ale może chociaż komuś otworzę oczy. Mam wrażenie, że za często sobie przypominamy o tego typu sprawach o przysłowiowy jeden dzień za późno. Zwykliśmy wmawiać sobie, że takie problemy nas nie dotyczą, bo to sprawy trudne i niewygodne, a gdy dochodzi do tragedii, to najprościej szukać winnych wszędzie dookoła, kompletnie pomijając siebie. To utwór akustyczny, mocno nawiązujący do „Głuchych oczu” z debiutu, który mówił o przemocy domowej.
Wypisz – wymaluj “Sala samobójców”. Masz jakiś pomysł na ten proceder? Co mogłoby nieco uzdrowić tę niezwykle chorą sytuacją? Inne podejście systemu szkolnego? Czy może zmiana niedawno wprowadzonego przedmiotu “edukacja zdrowotna” (w niektórych kręgach wyjątkowo kontrowersyjnego) na obowiązkowy?
Jestem niepoprawnym romantykiem i uważam, że nie ma ludzi bezwartościowych. To system ich krzywdzi, czasy, w jakich dorastają, wychowawcze wzorce… Myślę, że problemem jest pogłębiająca się znieczulica, brak empatii i budowanie własnej pozycji kosztem innych. Pracuję z młodzieżą i widzę, co się dzieje. Myślę, że młodym ludziom brakuje wsparcia, takiej bezpiecznej przystani, gdzie można się wygadać i zgłosić po pomoc. System szkolny? Edukacja zdrowotna? Piotrek, o czym my mówimy? Byłem na zebraniu rodziców z okazji rozpoczęcia roku w szkole mojej córki we wrześniu 2025. Temat edukacji zdrowotnej był na świeczniku i poziom emocji, jaki wzbudzał ten przedmiot wprawiał mnie w skrajne zażenowanie. Panowie w wyprasowanych koszulach, panie w ładnych garsonkach, wszyscy krzyczeli, upominając się o natychmiastowe wypisanie ich dziecka z tego “przedmiotu o seksie”. Tam nie było nawet rozmowy – same uprzedzenia, bulwersy i podśmiechujki, że jak to, dzieciom 11-letnim ktoś będzie tłumaczył, co to antykoncepcja? No pewnie – niech edukację seksualną czerpią z pornhuba. Świadomość tego, czym się ten przedmiot faktycznie zajmuje, była tam równa zeru. I najlepsze jest to, że wśród tych rodziców nie było krzty wstydu – kto głośniej krzyczał, ten zbierał większy poklask od reszty. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Jak więc ten przedmiot ma wyciągnąć pomocną dłoń do młodzieży, skoro ich rodzice mają takie podejście? Jakie wzorce są wpajane tym dzieciakom w domach? Niedaleko pada jabłko od jabłoni. Potrzebujemy wielu lat zanim cokolwiek się zmieni, a tymczasem jedyne co możemy zrobić, to otworzyć szerzej oczy, bo żeby komuś pomóc, wcale nie trzeba czekać, aż do nas przyjdzie i o tę pomoc sam poprosi.
Czy “Mętne słońce” jest o tym jak człowiek zabiera tajemnice do grobu?
To ciekawa interpretacja, ale jednak nie do końca pokrywa się z pierwotną intencją. Staram się dużo podróżować, obserwować inne kultury, religie, nawyki, zwyczaje. Stało się to pasją, której poświęcam tyle czasu, ile mogę. „Mętne Słońce” to tekst, który powstał podczas jednej z moich wizyt w Egipcie. Pod wieloma względami takie miejsca są dla nas Europejczyków zupełnie odmienne od tego, do czego przywykliśmy i odwiedzając je powinniśmy mieć to na uwadze. Tymczasem, co chwilę uderzała we mnie wszechobecna ignorancja, tupet i pogarda turystów wobec pracowników hotelowych oraz zwykłych ludzi na ulicach. Zachowanie względem zasad w historycznych świątyniach czy grobowcach to kolejny bolesny przejaw braku szacunku. I to obrzydliwe wywyższanie się po kilku drinkach. Nie wiem, jak prymitywne instynkty muszą drzemać w tych pozornie normalnych ludziach z cywilizowanej Europy, ale to co się niektórym odpalało na moich oczach, to był najniższy poziom bydła i prostactwa. „Mętne Słońce” napisałem właśnie pod wpływem takich obserwacji, z poczucia zażenowania, wstydu i bezradności.
“Czyściec” to instrumentalny przerywnik, a zarazem wstęp do następnego kawałka. Chodzi o to, żeby słuchacz mógł złapać oddech?
Oddechu na tym albumie jest dużo i nie sądzę, aby słuchając całości ktokolwiek mógł czuć się przytłoczony. Lubię płyty, które zabierają w dynamiczne podróże po dolinach i strzelistych szczytach i chyba podświadomie tak też aranżowałem drugą płytę. „Czyściec” i „Odmęty” to był pierwotnie jeden utwór i w taki całościowy sposób należy je traktować. Sugestia o ich rozdzieleniu na dwa osobne tracki wyszła od Wojtka Wiesławskiego, który miksował „Anomalie”. Uznałem, że to niegłupi pomysł i jakaś deska ratunku dla niecierpliwych, którzy nie przepadają za takimi miniaturami muzycznymi.
W takim razie o czym są “Odmęty”?
Nie będę czarował i zakrzywiał rzeczywistości – to tekst o moim wychodzeniu z problemu alkoholowego. Alkoholizm jest okropną chorobą i kojarzy się ludziom dość jednoznacznie z upodleniem i menelami snującymi się po ulicach. Mój problem nie był tak spektakularny. Nie zawalałem obowiązków, nie powodowałem wypadków, nikogo nie skrzywdziłem. Czułem jednak, że przesuwam granice, i że zdarza mi się zwyczajnie tracić nad sobą kontrolę. W pewnym momencie okazało się, że trudno mi sobie wyobrazić pewne czynności życiowe bez drinka czy butelki piwa. Rzutowało to na mój związek, relacje z dziećmi i miałem wrażenie, że powoli między palcami wymyka mi się z rąk to, na czym mi w życiu najbardziej zależy. Któregoś razu ocknąłem się po imprezie, oczywiście z poszarpanym filmem, zerknąłem w telefon, a tam niewysłany SMS do mojej żony o treści „Zasypcie mnie ziemią i napiszcie – tu leży wrak człowieka, który kochał wszystkich poza sobą”. Wystraszyłem się, bo nie byłem w stanie sobie przypomnieć, co czułem i co chciałem zrobić po wysłaniu tego SMSa. To było ponad dwa lata temu i był to ostatni raz, kiedy się napiłem. Zapisałem sobie te słowa i wykorzystałem w tekście.
O cholera! Aż mam ciarki. A teraz, kochasz siebie niepijącego?
To za grubo powiedziane, ale na pewno stałem się lepszą wersją siebie, którą lubię, do której nie mam zbyt często pretensji, i za którą nie muszę się wstydzić.

To jest niesamowite, jak alkohol jest wpisany w naszą kulturę. Legalna trucizna, którą można kupić na każdym rogu ulicy. Do tego popatrz: urodziny, imieniny, wesela – ludzie spotykają się, żeby uczcić wyjątkowy dzień, szkodząc swojemu zdrowiu. Słuchałem kilku wywiadów na Youtube z Robertem Rutkowskim – mówił, że każda najmniejsza dawka alkoholu powoduje mikroudar mózgu.
Prawdopodobnie coś w tym jest, ale nie popadajmy w przesadny radykalizm. Wszystko zależy od tego, jak pijemy. Alkohol jest dla ludzi. Nie mam problemu, gdy ktoś pije w moim otoczeniu – na koncertach czy imprezach. Moja żona lubi wypić lampkę wina do kolacji i luz. Ja niestety nie umiałem wypić jednej lampki i zawsze kończyło się na całej butelce… Jeśli ktoś to lubi, panuje nad sobą i nad kieliszkiem, to dlaczego miałby sobie odmawiać? Ja przestałem panować i zapalił mi się już wyraźny sygnał ostrzegawczy. Wkradały się stany depresyjne i inne tego typu gówno. Do tego doszła świadomość przemijania i zrozumiałem, że jak sam nie zadbam o siebie, to nikt tego za mnie nie zrobi. Jestem trzeźwy już ponad dwa lata. Różnica jakości życia jest gigantyczna.
A zamykający płytę kawałek “W ciszy”?
Kolejna głęboka prywata. W kwietniu 2024 wykryto u mojej mamy ciężką odmianę nowotworu złośliwego. Ta diagnoza brzmiała jak wyrok, miałem wrażenie, że jej dni są policzone i czas się żegnać. Okropnie to przeżyłem i starałem się chwytać wszystkie wspólne chwile, póki jeszcze mogłem. Pod wpływem emocji napisałem ten utwór i tekst. Nie wiedziałem, czy zdążę jej to kiedykolwiek pokazać. Niebawem mijają dwa lata od pierwszej diagnozy, mama wciąż z nami jest i ma się dobrze, a ja cieszę się, że wreszcie będzie mogła ten utwór usłyszeć.
Cieszę się, że walka idzie po Waszej myśli. Trzymam kciuki!
To bardzo dobra, czuła kobieta, która wpoiła mi największe wartości w system postrzegania świata i ludzi. Życie potrafi być jednak bezwzględne i wielokrotnie poddawało ją różnym próbom. Tym razem musiała zmierzyć się z najgorszym przeciwnikiem i jak na razie piłka jest po jej stronie. Niesamowite, jakie siły drzemią w tej delikatnej, wrażliwej istocie.
Szczerze, muszę powiedzieć, że zarówno na debiucie, jak i nowej płycie teksty uderzają. Potęgują odbiór muzyki. Zdecydowanie teksty są u Ciebie kolejnym instrumentem. Czy będąc fanem muzyki od lat wielu, czytałeś i doceniałeś warstwę liryczną płyt, których słuchałeś?
Niekoniecznie. Powiedziałbym wręcz, że przez długie lata traktowałem ją z przymrużeniem oka. Dopiero jakieś 10-15 lat temu zacząłem się sprawie bardziej przyglądać. To pewnie kwestia wieku, ale w napływie nowej muzyki i pod naporem rozwijających się streamingów postanowiłem stanąć w kontrze do pędzących trendów i zacząłem poświęcać muzyce jeszcze więcej uwagi. W miarę możliwości staram się słuchać płyt z książeczką z tekstami w dłoniach, oglądam grafiki, doszukuję się powiązań, itp. Płyty rockowe czy metalowe to często prawdziwe dzieła sztuki i zamykanie się tylko w samej muzyce to odbieranie sobie pełniejszego wejścia w dany album. Mogę śmiało powiedzieć, że celebruję słuchanie muzyki. Zawsze staram się, aby to nie była jedynie rozrywka tła, dlatego poświęcam jej czas. Jeśli ja nie będę szanował muzyki innych, to jak mogę oczekiwać, żeby inni szanowali moją?
Masz coś wyjątkowego w swojej kolekcji na nośniku fizycznym?
Jest tego tyle, że ciężko podać kilka konkretnych tytułów. Mam trochę białych kruków, pierwszych wydań, sporo płyt z podpisami muzyków, które dużo dla mnie znaczą. Jestem fanem winylowych boxów, bo są realnie limitowane i ich wartość często rośnie z roku na rok. Ostatnio kilka takich wydawnictw też wpadło mi w ręce – DARKTHRONE, MAYHEM, OZZY, ARCTURUS. Nie potrafię sobie racjonalnie wytłumaczyć, że nic się nie stanie, jeśli niektórych płyt po prostu nie kupię. To silniejsze ode mnie.
Gdzie zrobiono zdjęcie, które widnieje na okładce nowej płyty?
Sesja zdjęciowa powstała podczas kręcenia teledysku do “Anomalii”. Cała akcja miała miejsce w Przysusze na Jeziorze Drzewickim. Fotkę okładkową wykonał Rafał Kubisiak, który zajął się też produkcją klipu.
Na okładce singla nie ma logo UKĆ. Wytłumaczysz mi to?
No jak nie ma? Jest, ale w innej, rozszerzonej wersji.


Czyli Upadek Konającego Ćwierćwiecza jest rozwinięciem UKĆ? Ale w wywiadzie trzy lata temu mówiłeś, że to Twoja ksywka. To w końcu jak to jest?
Owszem, tak mówiłem, ale nigdy też przecież nie powiedziałem, że nie może być czymś jeszcze. Szukałem dobrego, adekwatnego tytułu do instrumentalnego utworu otwierającego płytę, a temat końca pierwszego ćwierćwiecza XXI wieku siedział mi w głowie od dłuższego czasu. Wtedy wpadłem na myśl przewodnią. Po chwili zacząłem bawić się w różnego rodzaju modyfikacje i stwierdziłem, że użyję liter U, K oraz Ć jako początkowych. Uznałem, że to silne hasło, które doskonale oddaje obecną kondycję świata i człowieka. Spodobało mi się na tyle, że zechciałem nadać mu jeszcze więcej mocy i znaczenia wykorzystując je jako drugie dno nazwy UKĆ.
Czy tworząc muzykę pod swoim szyldem, upatrujesz w tym realizacji swoich wieloletnich pomysłów, czy bardziej misji dołożenia cegiełki do rozwoju polskiej metalowej sceny i zapisania się w jej historii?
Jakiś czas temu graliśmy na pewnej dość popularnej imprezie metalowej. Po koncercie podszedł do mnie organizator i powiedział, że jeśli chcę znaczyć coś więcej na polskiej scenie, to muszę bardziej rozpychać się łokciami i wpychać się wszędzie, gdzie się da – jak nie drzwiami, to oknami; jak nie oknami, to kominem; jak nie kominem, to podkopem. Długo o tym myślałem i doszedłem do wniosku, że jeśli tak ma wyglądać budowanie pozycji w tym kraju, to ja się wypisuję. Nie lubię tych, co za głośno krzyczą. Nie mam w zwyczaju pchać się tam, gdzie mnie nie chcą i być może z takim podejściem nie zapiszę się na kartach historii polskiego metalu, ale nie to jest najważniejsze. Realizacja solowego projektu UKĆ to przede wszystkim moja pasja. Daje mi dużo radości fakt, że mogę takie rzeczy robić sam. Dzięki temu rozwijam się na różnych artystycznych szczeblach i to mnie po prostu bardzo cieszy. Nikt mnie nie musi za to nosić na rękach, bo praca nad muzyką mnie wystarczająco uskrzydla. Lubię rozmowy z ludźmi na naszych koncertach, uwielbiam spędzać czas z kumplami, z którymi gram w koncertowym składzie UKĆ. Cieszą mnie takie drobiazgi. Nie mam żadnych oczekiwań, nie wywieram na sobie presji, po prostu robię swoje, bo to lubię. UKĆ daje mi artystyczną przestrzeń i swobodę działania, gdzie nikt mi nie przeszkadza i nie patrzy na ręce. Bardzo to doceniam.
A chłopaki ze składu koncertowego nie chcieli dorzucić czegoś od siebie na płytę?
UKĆ studyjnie jest jednoosobowym projektem i to założenie pozostaje niezmienne. Gdy okazało się, że są ludzie, którzy chcą usłyszeć moją muzykę na żywo, przy pierwszych rozmowach z Łukaszem (gitara), Pawłem (perkusja) i Mateuszem (bas) od razu wyraźnie nakreśliłem, jak to będzie wyglądać. Stworzyłem sobie ten projekt, aby móc realizować swoje ambicje i przekraczać własne granice, które odgórnie mi narzucała dotychczasowa funkcja perkusisty. Nie chcę się tłumaczyć z pomysłów, które realizuję i z potrzeby ich wdrażania w życie. Chłopaki w pełni to rozumieją, zasady są jasne i być może to sprawia, że tak dobrze nam się współpracuje.
A gdybyś pewnego dnia wpadł na pomysł, aby uatrakcyjnić warstwę muzyczną o instrument typu skrzypce, harfa, lira korbowa czy tulnica (rumuńska trąba pasterska), to prędzej nauczysz się na nim grać, czy zaprosisz kogoś do studia?
Myślę, że najpierw spróbuję nauczyć się na nim grać. Swobodnie korzystam z tylu instrumentów, że to z pewnością pomogłoby mi w szybszym opanowaniu zasad działania któregokolwiek z tych wymienionych przez Ciebie. Wystarczy trochę się orientować w teorii muzyki i nagle każdy instrument wydaje się jakby mniej tajemniczy.
Czy pokusiłbyś się o porównanie “Coming Out” i “Anomalii”? W którym miejscu te płyty mają wspólny mianownik, a gdzie pierwiastek czegoś indywidualnego?
Jeżeli pytasz o muzykę, to myślę, że to ja Ciebie powinienem o to zapytać, bo trudno u mnie o obiektywizm. Patrząc jednak bardziej ogólnie, są to dwa albumy napisane i wykonane przez tę samą osobę, wypchane po brzegi emocjami i bardzo osobistym przekazem. To chyba wystarczająco mocny wspólny mianownik. Indywidualizm natomiast z pewnością zawiera się w brzmieniu – to dość odmienne krążki pod tym względem. Myślę też, że jako kompozytor nabrałem trochę ogłady i „Anomalie” to album jednak bardziej strawny i lepiej zaaranżowany. Na pewno jest też lepiej wykonany. Praca nad „Coming Out” była dla mnie jedną wielką niewiadomą. Do samego końca produkcji płyty nie byłem ostatecznie pewien, czy wszystko się uda. „Anomalie” powstawały na zupełnie innym poziomie świadomości twórczej i wykonawczej. Znałem swoje limity, swoje mocne i słabe strony. Wiedziałem i rozumiałem znacznie więcej.
Osobiście uważam, że debiut jest bardziej metalowy. Nowa płyta natomiast spokojniejsza, bardziej stonowana i melancholijna, w kierunku Katatonii. Dla mnie w tym właśnie tkwią największe różnice. A wspólnym mianownikiem są teksty.
KATATONIA to jeden z moich ulubionych zespołów i prawdopodobnie podświadomie prześlizgnęło się sporo inspiracji. Jestem fanem muzyki, która się nie spieszy, która nic nikomu nie próbuje na siłę udowadniać. Myślę, że to mogło mieć przełożenie na ten spokój, który drzemie pod dźwiękami.
W dniu premiery wyruszycie w trasę koncertową z Czarnym Bzem, czyli jednym z topowych zespołów z katalogu Via Nocturna. Myślisz, że muzyczny eklektyzm w line-upie to teraz najlepsza metoda przyciągnięcia szerszej publiki?
Tego nie wiem, ale wiem na pewno, że chciałem, aby ta trasa była muzycznie zróżnicowana. Lubię koncerty, na których jest jakiś stylistyczny rozstrzał między zespołami, natomiast totalnie męczę się, gdy lineup jest uszyty z bandów obracających się wokół jednego gatunku. Nie wiem, czy to patent, który zapewni nam jakąś lepszą frekwencję i nauczyłem się już niczego nie oczekiwać. Liczę jedynie na to, że spędzimy fajnie czas, pośmiejemy się, zagramy dobre koncerty, pogadam z różnymi ludźmi o mojej nowej muzyce, wypiję dobrą kawę i zjem coś dobrego z kumplami z zespołu. A jak jeszcze ktoś na te koncerty przyjdzie, to już w ogóle będzie świetnie. Całość organizuje Roadhog Booking, za którym stoi Borreck – świetny człowiek, który totalnie zaraża swoją pozytywną energią. Cieszę się, że los mnie z nim złączył.
Jako UKĆ zagrałeś niemało koncertów. Wystąpiłeś też na Frozen Sun Fest (wraz z Batushka i Jelonek). Ale zgaduję, że marzy Ci się występ na dużym evencie. Jak to wygląda z Twojej perspektywy – dobijanie się do organizatorów pomimo faktu, że jesteś znanym muzykiem na polskiej scenie?

Piotrek, znany to ja może i trochę byłem, ale jakieś 20 lat temu. Wtedy było mi łatwiej. Byłem młody i chyba przesadnie pewien siebie. Znałem ludzi, którzy decydowali o losach polskiej sceny, poklepywaliśmy się po plecach, piliśmy razem wódkę i wydawało mi się, że tworzymy jeden wielki silny polski metalowy organizm. Wszystko dziś jest kompletnie inne. Minęły lata, znajomości się rozmyły, na scenę wjechało kolejne pokolenie niezmiernie zdolnych muzyków. Świat zaczął się kurczyć, zmieniły się wartości, a ja zrozumiałem, że moje osiągnięcia z przeszłości zostały w przeszłości. Zaczęliśmy bardziej żyć tym, co tu i teraz, kompletnie nie zawracając sobie głowy tym, co działo się ileś lat wstecz. W międzyczasie kilka osób z branży wbiło mi nóż w plecy, przez co straciłem pewność siebie i zaufanie do ludzi. Wycofałem się i przestałem się narzucać. Skupiłem się wtedy jedynie na tym, co miałem do zrobienia – grałem na bębnach i spędzałem czas na koncertach tylko z tymi, którym ufałem. Robiłem krok w tył, gdy ktoś za głośno krzyczał w moim towarzystwie. Nie stawałem w pierwszej linii, więc nie zapoznawałem się z organizatorami koncertów, wydawcami, właścicielami klubów, redaktorami gazet, prezenterami radiowymi, itp. Trzymałem się na uboczu, w mojej bezpiecznej przestrzeni, wśród ludzi, przed którymi nie musiałem nikogo udawać. To wypchnęło mnie z obiegu i mogę powiedzieć z pełną świadomością, że obecnie osobiście znam bardzo niewiele osób z branży. Wielu oczywiście kojarzę z widzenia, bo jestem w tym bardzo głęboko i interesuję się tym, co się dzieje i kto tu rozdaje karty, ale to działa tylko w jedną stronę. Można więc śmiało powiedzieć, że nie mam żadnej taryfy ulgowej. Parokrotnie próbowałem rozmawiać z organizatorami polskich festiwali, ale niemal zawsze kończyło się to albo brakiem odpowiedzi, albo odesłaniem formularza do konkursu kapel. Nie narzucam się więc i nie drążę.
Rozumiem Twoją postawę, ale też z drugiej strony w pełni świadomie spychasz się na bok sceny. Sam na pewno wiesz, że dobra muzyka nie zawsze się obroni i wywinduje zespół na szczyt. Marketing jest niestety bardzo ważnym elementem działalności zespołu. Słyszałem, że jakieś 11 lat temu pewien podlaski zespół, wydając debiut, w owym czasie dość nowatorski, potrzebował wsparcia Adama z Pomorza, żeby troszkę popchnąć “muzyczny pociąg”.
Ja się świadomie nie spycham, tylko wyciągam wnioski z tego co widzę. Nie stanę się nagle kimś innym tylko dlatego, że tak trzeba. Wcale nie muszę osiągać niczego więcej i jeśli świat nie ma wobec mnie już żadnych planów, to nic nie szkodzi. Ten wywiad jest dla mnie wystarczającą nagrodą.
A co jest złego w konkursach, w których kapele walczą o slot na festiwalu?
Absolutnie nic. To wspaniała inicjatywa dająca młodym zespołom możliwość zajrzenia przez wrota muzycznej ekstraklasy. Fajnie by było jednak, gdyby regulaminy tego typu eventów określały status i wiek dopuszczonych wykonawców, a tymczasem często biorą w nich udział zespoły z wieloletnim stażem i z kilkoma oficjalnymi płytami na koncie. Żenujące są dla mnie też sytuacje, gdy kilku dinozaurów sceny wyrywa się do takiej rywalizacji, bo przecież mają nowy band – to nic, że każdy z nich od 20 lat klepie metal w innych projektach. No litości, ale to jest co najmniej niesmaczne. I teraz wyobraźmy sobie sytuację, że jakiś młody zespół przechodzi przez sito szanownego jury, zbiera lajki na portalach społecznościowych, dzięki czemu dostaje się do finału, gdzie okazuje się, że rywalizuje z wyjadaczami, którzy grają ze swoimi „świeżymi projektami”. Potem dostają przysłowiowe bęcki od metalowych weteranów i wracają do domu z połamanymi skrzydłami. Marzenia, motywacja, cel, pasja – coś, co ich odciąga od robienia głupot, coś co daje im poczucie wyjątkowości i nadaje ich życiu nieocenioną wartość, zostaje podeptane przez inicjatywę, która w pierwotnym założeniu miała wyciągnąć do nich pomocną dłoń. Nie czujesz, że coś tu nie gra? Mam 42 lata, zdecydowaną większość swojego życia gram muzykę, grałem na wielkich festiwalach i w obsranych klubach, a w konkursach muzycznych brałem udział 25 lat temu. Wtedy był mój czas na tego typu rywalizację. Dlatego teraz, gdy ktoś mi podsyła formularz konkursowy, gdzie mogę nas zgłosić, to mam wrażenie, że zachodzi jakieś rażące nieporozumienie.

Nie myślałeś o stworzeniu swojego eventu, gdzie mógłbyś przedstawić kapele muzyków z Twojej szkoły Rockalizacja, a także zapraszając zagranicznych artystów? Tak właśnie, lata temu powstawał Materiafest.
Zdecydowanie nie. Nie dlatego, że to zły pomysł, tylko dlatego, że jest to coś, na czym się kompletnie nie znam. W dodatku trzeba mieć na to czas i kapitał. Wspomniałeś o Rockalizacji – prywatnej szkole muzycznej, którą prowadzę od 13 lat. Ta praca bardzo mnie pochłania, a przecież nie jest moją jedyną pasją. Robię raz do roku duży koncert moim uczniom. Ten jeden raz mi w zupełności wystarcza. Poza tym jest tak dużo koncertów i festiwali, że świat wcale nie ucierpi, jeśli ja się tym jednak nie zajmę.
Chciałem jeszcze nawiązać do Twojej aktywności w Asgaard. Bębniłeś tam przez dobrych kilka lat. Ostatnio dało się zauważyć niemałe poruszenie w tym składzie. Album po 10 latach oraz akustyczna EPka. Czy gdzieś w międzyczasie był poruszany temat pojawienia się z nimi na żywo?
Wyjaśnijmy sobie coś. Nigdy nie byłem częścią składu ASGAARD, a jedynie muzykiem sesyjnym. Moja przygoda zakończyła się ostatecznie w 2016 roku i od tamtej pory nie mam pojęcia, co dzieje się na zapleczu tej kapeli. Śledzę nagrania i bardzo je lubię, ale nie wiem, co planuje zespół i w jakim składzie.
Wygrywasz kilka baniek w Lotto. Jedziesz w trasę z UKĆ po Stanach Zjednoczonych czy odkładasz na emeryturę?
Hmm, trasa koncertowa po Stanach za kilka baniek? Wydaje mi się, że znalazłbym lepszy sposób na zainwestowanie takich pieniędzy. Sam zapewne wiesz, że wyjazd na taką trasę może być czymś przełomowym, ale w 99% przypadków wcale nie musi. To znów jest to bezczelne rozpychanie się łokciami, o którym wspominałem wcześniej. Koszty takich tras z perspektywy agencji bookingowej są dla mnie oczywiście zrozumiałe, ale żaden booker nie może nikomu zagwarantować, że po takim wyjeździe jakkolwiek zmienią się losy danego wykonawcy. To ryzykowna loteria okupiona dużymi pieniędzmi. Stosunkowo niedawno odbył się duży koncert, w zasadzie festiwal metalowy, w łódzkiej Atlas Arenie. Można było sobie kupić slot na otwarcie imprezy za 40 tysięcy złotych, i oczywiście znalazł się polski zespół, który się na to skusił. Celowo nie podaję żadnych nazw, ale bystry jesteś, więc się domyślisz, kto to był. Czy zauważyłeś, żeby ta inwestycja cokolwiek przyniosła temu wykonawcy? Bo ja nie. Dlatego też raczej z rozwagą bym inwestował takie pieniądze w coś znacznie pewniejszego.
Czy będąc ojcem i tworząc projekt pod swoim własnym szyldem, bierzesz pod uwagę, jak odbiorą płytę Twoje dzieci? Bo co innego Tato śpiewający o życiu i problemach, a Tato śpiewający o siusiaku i kebabie.
Moje dzieciaki są jeszcze za małe, aby w pełni zrozumieć ciężar przekazu, który serwuję w tekstach, ale mimo to czasem pytają o niektóre fragmenty. Tekst do “Anomalii” musiałem mocno wyjaśnić Cyprianowi, bo mocno dociekał. Może chciał go lepiej zrozumieć, aby bardziej wczuć się w rolę na planie klipu… Kiedyś pewien znany muzyk mi powiedział, że popełniam duży błąd, poruszając tak poważne, osobiste tematy w tekstach, i że kiedyś będę tego żałował. No tak, nie są to tematy do śpiewania na imprezach, nośne viralowe hasła, ani manifesty zbuntowanej młodzieży. Nie umiem też tworzyć mrocznych historyjek, opowieści o zaświatach i biadolić o tych samych wyeksploatowanych tematach. Nie potrafię pójść w tej kwestii na łatwiznę. Nigdy też nie wiem, co gorsze – żałować czegoś, co się zrobiło, czy żałować czegoś, czego się nie zrobiło. Czasem nie jestem do końca pewien, czy pomysł, który realizuję, nie jest przypadkiem za bardzo odstający od norm, ale zawsze kiedy zaczyna mi ćmić w głowie jakaś wątpliwość, to sobie myślę, że BLACK SABBATH też się wahał, czy umieszczać “Planet Caravan” na swojej drugiej płycie (śmiech).

- UKĆ: „nie lubię, kiedy za głośno krzyczą” - 24 lutego 2026
- BEYOND CREATION powraca z nowym singlem po prawie 8 latach - 23 lutego 2026
- Wygraj bilet na koncert zespołu DESASTER (black/thrash metal) - 22 lutego 2026
Tagi: Icanraz Asgaard, Icanraz o alkoholu, Icanraz o black metalu, Icanraz o koncertowaniu, Icanraz perkusista, Icanraz UKĆ, interview, multiinstrumentalista, nowy album, progressive black metal, Rockalizacja, rozmowa, solowy projekt, szczery wywiad, UKĆ Anomalie - Upadek Konającego Ćwierćwiecza, Via Nocturna, wywiad, Łukasz "Icanraz" Sarnacki.






