Þórir Garðarsson to jeden z filarów islandzkiej sceny blackmetalowej. Gitarzysta i główny współautor muzyki w czołowych tamtejszych zespołach: Svartidauði i Sinmara, niemal od początku ich istnienia, a także gitarzysta koncertowy Almyrkvi i Rebirth of Nefast, rozpoczyna nowy (ale tylko częściowo) rozdział w swej karierze. Vafurlogi to jego całkowicie autorski projekt, który w zeszłym roku, nakładem Norma Evangelium Diaboli i Oration Records, wydał debiutancki album Í vökulli áþján. Za tym tajemniczym tytułem, który wspólnie staramy się w rozmowie poniżej rozgryźć, muzycznie kryje się charakterystyczne dla islandzkiego blacku połączenie brutalności z surowym pięknem i przestrzenią, a lirycznie – pewne gnostyczne elementy… O „wędrującym świetle“, poszukiwaniu prawdy, byciu wzorem i o wolności tworzenia rozmawiałam z Þórirem, przemiłym, pełnym skromności i ciepła człowiekiem, w Reykjavíku, na kilka dni przed Gwiazdką i zaraz po zakończeniu edycji 2024 najstarszego islandzkiego festiwalu metalowego, Andkristni (nomen omen, Antychrześcijańskiego). Zapraszam! PS, bo zawsze wszędzie jest mnóstwo pytań, jak czytać Þ/þ – jak th w think.
Interview with Þórir in English – read here (pdf).
Zacznijmy od nazwy zespołu. Vafurlogi, o ile wiem, w nordyckiej mitologii może znaczyć „migoczące światło“ i może być dobre lub złe, co często zależy od tego, jak się je traktuje. Może cię zaprowadzić do domu albo do skarbu, ale może też wskazać generalnie złą drogę. Czy o tym znaczeniu myślałeś, wybierając nazwę zespołu?
Tak! To jedno ze znaczeń, które wyraźnie do mnie przemawiało w kontekście nazwy. To słowo w islandzkim jest trochę trudne do bezpośredniego przetłumaczenia, jest dość wieloznaczne i ma tę poetycką wrażliwość, którą lubię. Może znaczyć „migoczące światło“, ale jego inne znaczenie związane jest z podróżą, wędrowaniem, błądzeniem. Więc można to także przetłumaczyć jako „wędrujące światło“. Te znaczenia są dość kluczowe dla tego, co chcę powiedzieć w wielu utworach tego projektu. Aspekty poszukiwania, poszukiwania wyższego sensu, zbawienia są dla mnie bardzo ważne. Poza tym, w całej ludzkiej cywilizacji światło zwykle reprezentowało pogoń za znaczeniem, prawdą i tym, co piękne i wzniosłe. Tematyka Vafurlogi jest zainspirowana także naukami i spojrzeniem na świat obecnymi w gnostycyzmie. W tych pismach zawsze jest dużo o dążeniu do świętości, pozostającej poza naszym zasięgiem, ale wciąż wzniecającej małą iskrę boskiego światła w ludziach, którzy starają się rozpalić choć część swojej duszy, że tak powiem. Poszukiwanie oświecenia i transcendencji czy wyższego poziomu duchowego to coś, z czym się głęboko utożsamiam. Te elementy inspirują mnie całkiem mocno, ale także w aspekcie pewnego rodzaju kruchości, delikatności i słabości.
Czy one zawsze były Ci bliskie, czy po prostu szukałeś, co może być odpowiednią nazwą dla blackmetalowego zespołu?
Hm, wspomniałaś wcześniej o nordyckiej mitologii, ale w przypadku Vafurlogi to nie ona jest ich źródłem. Teksty na płyty Sinmary są rzeczywiście dość mocno pod wpływem nordyckiej mitologii i folkloru. Vafurlogi jest jednak zupełnie inny. Takie związane z gnostycyzmem elementy w pewnym sensie naturalnie stały się kluczowym tematem dla tego zespołu, ale wiesz, z drugiej strony nie jest on przywiązany do jednego konceptu. Myślę, że są to tematy nadrzędne, które można rozgałęzić na wiele sposobów, bo nie chciałbym ograniczać swojej kreatywności do jednego pudełka. Ale z pewnością te koncepty inspirują mnie od wielu lat. Ten projekt jest całkiem stary i część utworów jest napisana wiele lat temu. Tak jak główna muzyczna struktura powstawała przez te wszystkie lata, tak też równolegle rozwijała się sfera liryczna, i ostatecznie pięknie się związały.

Powiedziałbyś więc o sobie, że jesteś gnostykiem, czy to kwestia tylko elementów, które pasują do muzyki?
Nie podpisuję się pod żadną zorganizowaną doktryną, właściwie to powiedziałbym, że jestem ateistą. Wolę też żyć z dala od jakiejkolwiek organizacji religijnej czy kultu. Czyli bardziej chodzi o pewne elementy gnostycznego oglądu świata, które zawierają bliskie mi uczucia i aspekty, np. duchową izolację, wyobcowanie, rozczarowanie czy poszukiwanie ulotnej wyższej prawdy… co w zasadzie odpowiada także w pewien sposób procesowi kreatywnemu.
To jak to było z tym procesem w przypadku waszej debiutanckiej płyty Í vökulli áþján? Zaskoczyło mnie, kiedy przeczytałam, że te utwory zostały napisane już jakiś czas temu. To było przed 2018, prawda?
Tak, ale pozwolę sobie przeskoczyć najpierw trochę bliżej w czasie – nagraliśmy dwa albumy między grudniem 2020 a grudniem 2024. Na początku grudnia 2020 nagraliśmy np. bębny, jednego dnia na oba albumy. Í vökulli áþján składa się głównie z nowszych numerów, napisanych między 2018 a 2020. To był bardzo kreatywny okres w mojej twórczości – można powiedzieć: maniakalny wybuch inspiracji. Parę z nich ma swoje źródła w riffach i pomysłach, które leżały mi w szufladach, a były pierwotnie dla moich pozostałych zespołów. Do nich nie pasowały, a teraz mogłem je spleść z nowszymi pomysłami i stworzyć coś, co jak sądzę, ma swoją własną tożsamość. Jestem bardzo dumny z tego albumu. Drugi reprezentuje te najstarsze, fundamentalne utwory. Niektóre zostały napisane w 2007 roku, kiedy byłem jeszcze bardzo młody… jako człowiek – i artysta (śmiech) – stawiający pierwsze kroki w muzyce…
Czyli ten nowy album wyjdzie niedługo?
Tak, mam nadzieję, że w 2025 roku, teraz jest na końcowych etapach produkcji.
Frábært! Wspaniale!
Já! Nie jest to w moich rękach, więc nie mogę obiecać żadnych konkretnych dat, ale rok 2025 jest realistyczny. To ekscytujące.
Pewnie. Porozmawiajmy chwilę jeszcze o muzyce. Album jest pełen różnych form ekspresji, łączy tradycyjne i nowoczesne podejście do black metalu – zresztą, tak jak mówiłeś. Mamy tu piękne, chwytliwe melodie (z moimi ulubionymi w Duftið eitt), galopujące riffy oraz brutalność, epickość i dostojność. Czy to jest swego rodzaju muzyczna interpretacja nazwy Vafurlogi? Migoczące światło ucieka, albo prowadzi, tak jak tutaj melodie, muzyka – są ulotne, nie zostają z nami długo. Jakbyś szukał swojej drogi w muzyce.
Dziękuję za te miłe słowa. Myślę, że uchwyciłaś dużo z tego, do czego dążę na albumie, więc cieszę się, słysząc to. Powiedziałbym, że zarówno świadomie i podświadomie nazwa odzwierciedla wiele emocji, wiesz, nastrojów i atmosfery, jakie chciałem uchwycić. Bo np. w przypadku Svartidauði tematyka jest bardzo mroczna, głęboka, apokaliptyczna i koszmarna, pełna tej ekstremalnie złośliwej energii. Zaś z Sinmarą pracujemy dużo z mrocznym folklorem z naszej kultury, nordycką mitologią i ich destrukcyjnymi aspektami, i to to nas inspiruje.
Myślę, że nazwa Vafurlogi reprezentuje wiele dualizmów w muzyce. Tak jak mówisz, muzyka na płycie jest czasem mroczna i porywająca, ale ma także pewien przebłysk światła… na końcu tunelu. Światło, ogień w nazwie też charakteryzuje ten dualizm: iluminację i destrukcję. No i jest też ta nieuchwytna natura tego, czego poszukujesz w tej, powiedzmy, przeklętej pielgrzymce. Wspomniałaś też o zwodniczej naturze światła, które może cię poprowadzić na nieodpowiednią ścieżkę. Ten rodzaj złożoności jest również obecny w naszej muzyce. Myślę, że wiele z tego rozwinęło się razem naturalnie. Tożsamość zespołu, konceptualnie i muzycznie, rozwijała się przez szmat czasu i mimo że na powierzchni to młody projekt, tak naprawdę jest częścią mnie od wielu lat.
Dosłownie jak Twoje kolejne dziecko.
Tak! (śmiech)
Wspomniałeś Svartidauði i Sinmarę i tu muszę przyznać, że na początku nie byłam tak oczarowana albumem Vafurlogi, jak jestem teraz, po szeregu następnych odsłuchów. Prawdopodobnie dlatego, że czegoś oczekiwałam, znając te dwie grupy – taka ludzka wada, kiedy czasem nie jest się otwartym na coś nowego. Mówię o tym, bo zaraz po wydaniu Í vökulli áþján wszystkie recenzje skupiły się na tym, jak bardzo Vafurlogi łączy Svartidauði z Sinmarą. Interesowały Cię takie rozważania, czytałeś te analizy?
Jako słuchacz zupełnie rozumiem to uczucie porównywania twórczości artysty z jego poprzednimi pracami, także w innych zespołach, i sam też to robię, to raczej jest nie do uniknięcia w przypadku muzyki, którą lubisz czy śledzisz. Na przykład trochę czasu zajęło mi zaakceptowanie ostatniego albumu Dissection, Reinkaos, bo ciągle porównywałem go do Storm of the Light Bane. A kiedy posłuchałem go już uważniej, wiesz, naprawdę mnie ujął i od tego czasu jest jednym z moich ulubionych albumów. Znam więc to uczucie. Jest całkowicie uzasadnione.
I w sumie jest to dla nas naturalne, bo nasze ludzkie mózgi lubią podobieństwa, to, co już znają, więc automatycznie to widzimy.
Tak, to zupełnie zrozumiałe. Kiedy wychodzisz z nowym projektem, nie możesz się też tak po prostu odciąć od tego, co i w jakiej grupie udało ci się wcześniej dokonać, i kiedy zastanawiałem się na początku, jak ten zespół przedstawić, część mnie chciała wypuścić album anonimowo, bez informacji o załodze. Pozwolić mu na samodzielność, bez bycia porównywanym do moich pozostałych projektów, co istotnie – może być niezbyt fair. Ale właściwie, powiedziałbym, że biorąc pod uwagę pieczątkę, jaką miał na początku, jako zespół byłego członka Svartidauði, byłem mile zaskoczony recenzjami i feedbackiem, bo dla mnie Vafurlogi jest dramatycznie inny od tego, co robiliśmy ze Svartidauði na większości albumów. Tak że bardzo się cieszę, że został zaakceptowany w sposób racjonalny, sprawiedliwy, jako coś, czym jest i za to, jaki jest.
Czy przypadkiem nie nagrywałeś wokali po raz pierwszy w życiu na ten album? Bardzo mi się podobają, zarówno Twój głos, jak i techniki…
Dziękuję!
Śpiewałeś już wcześniej?
Nie! To moja pierwsza próba wokalna w życiu! I jestem już dość stary, więc jak sądzę, to trochę inne doświadczenie niż kiedy jesteś nastolatkiem i przyswajasz nowe rzeczy łatwiej. Na pewno więc jest to dla mnie pewnego rodzaju wyzwanie. Taa, ostatnie kilka lat zajmowałem się rozwijaniem swojego stylu i technik wokalnych. Było to niezłe wyzwanie, ale cieszę się, że to zrobiłem.
No ja w tych brzmiących jak echo, sylabowanych słowach i zdaniach (myślę, że najbardziej w Helgrindur) słyszę jakieś stare zaklęcia. Spodziewałeś się takiego efektu?
Hm, oczywiście mamy różne magiczne grymuary i księgi zaklęć po islandzku, które są bardzo fajnie adaptowalne do black metalu, ale tego akurat w tym projekcie nie robimy, więc to bardziej przypadek (śmiech).
Efekt uboczny.
No. Ale też oczywiście islandzki to starodawny język. Jest bardzo podobny do formy, jaką miał tysiąc lat temu. Mamy elementy obecne w skandynawskich językach, ale w nich rozwijano je i modernizowano znacznie bardziej niż w naszym. Myślę, że język islandzki jest bardzo interesujący do użycia w kontekście black metalu.
Zdecydowanie! Zawsze tak uważałam.
(śmiech) Zaś w sensie muzycznym ma interesującą rytmikę i odczucia wyrażalne w słowach.
Jest bardzo melodyjny. Piękny i potężny.
A to bardzo łatwo wpasowuje się w blackmetalową stylistykę. Islandzki był dla mnie jak najbardziej naturalny jako język dla Vafurlogi i jak dotąd wszystkie utwory są po islandzku, oprócz jednego po angielsku na drugim albumie. Nasz język współgra też z moimi wokalnymi patentami. Ta rytmika, wydaje mi się, zawiera się w blackmetalowych standardach, słyszalnych zwłaszcza w starych nordyckich zespołach, u norweskich muzyków, np. Nocturno Culto albo u Satyra. Tak samo Jon Nödtveidt z Dissection. Przyznam, że całkiem naturalnie mi to przychodzi. Ale oczywiście szanuję wszystkie style jako artystyczny wybór każdego wokalisty.
Dissection powraca w naszej rozmowie prawie tak często jak gnostycyzm. Wydaje się jasne, że to jedna z twoich głównych inspiracji. Łącząc te dwa tematy – wiem już, że nie interesuje Cię dołączenie do satanistyczno-gnostycznej organizacji. A jak z napisaniem grymuaru? W sumie teksty do utworów pewnie mogłyby nim być…
Cóż, zostawiam to innym. Moje teksty, mimo że częściowo inspirowane religijnymi tematami i symbolizmem, są dalekie od jakiegokolwiek rodzaju manifestu, religijnego tekstu czy grymuaru. Ale rzeczywiście czasem opowiadają historie ludzi doprowadzonych do szaleństwa w swojej pogoni za zbawieniem, więc prawdopodobnie można powiedzieć, że niektóre z nich dają wgląd w perspektywę pisarza grymuarów.

Zatem wracając do islandzkiego jako takiego: co dokładnie znaczy Í vökulli áþján?
Hm, to dość trudne do przetłumaczenia, nie znalazłem jak dotąd satysfakcjonującego bezpośredniego tłumaczenia dla tego tytułu. Vökull może znaczyć… przejrzysty, przebudzony, świadomy swego otoczenia. Áþján znaczy dręczenie albo bycie w jakimś rodzaju zniewolenia. To by było na tyle, nie potrafię znaleźć zwięzłego sposobu na uczynienie tego chwytliwym po angielsku (śmiech). Ale łączy się to też z gnostycznym spojrzeniem na świat, o którym mówiliśmy, i ideą, że w tym przyziemnym fizycznym świecie tkwimy w jakiejś niewoli, a prawdziwe zbawienie istnieje gdzieś poza tym. Tak samo egzystencjalne cierpienie, nuda, tego typu filozoficzne, psychologiczne tematy, które chcę przedstawić. W tytule staram się to symbolicznie zawrzeć.
A teksty zostały napisane w tym samym czasie, co muzyka, czy później?
Później, tak. Utwory na oba albumy były napisane muzycznie i nagrania rozpoczęły się zanim powstała większość tekstów. Otrzymałem tu bardzo dobrą pomoc od kilku osób. Parę tekstów na obu albumach napisał Kristófer Páll Viðarsson, mój dobry przyjaciel…
Miałam zamiar Cię o niego zapytać, bo widziałam jego nazwisko wśród osób zaangażowanych w powstanie albumu. Dagur [Gíslason – Misþyrming i in.] w swoim wywiadzie określił go w zasadzie tymi samymi słowami.
(śmiech) Kristófer to świetny facet, więc to pierwsze, co ci przychodzi do głowy, kiedy masz coś o nim powiedzieć. Kilka lat mieszkał za granicą, więc nie widzieliśmy się tak często, jakbym chciał, ale byliśmy w dobrym kontakcie online i w taki sposób nawiązaliśmy współpracę przy Vafurlogi. Pomógł mi z trzema tekstami na debiucie i jednym na drugiej płycie. Ragnar Sverrisson, bębniarz Vafurlogi, też napisał jeden na pierwszy album, do Hvíldarsálmur. Obaj zrobili fenomenalną robotę i uważam, że ich teksty idealnie pasują do muzyki.
Ragnar to perkusyjna bestia.
O tak!
Widziałam go live w, jak sądzę, Carach Angren na Brutal Assault i w Helfró na… festiwalu Sátan, jeśli się nie mylę.
Tak, grali tam.
Ach tak, racja, byli wtedy krótko po wydaniu drugiego albumu [Tálgröf, recenzja tutaj], też odjechanego!
To wspaniały zespół.
Znaliście się wcześniej?
Tak naprawdę znam Raggiego szmat czasu, prawie 20 lat. Był perkusistą Svartidauði przez krótki okres w 2007 i zagrał z nami kilka koncertów, kiedy byliśmy akurat w czasie zmieniania pałkerów po naszym pierwotnym składzie, z którym zrobiliśmy demo The Temple of Deformation. Potem już, przez większość naszej kariery, mieliśmy bardziej stabilny lineup z Magnúsem [Skúlasonem, obecnie perkusistą m.in. Misþyrming]. Więc, taa, każdy zna Raggiego. To bardzo płodny artysta i najbardziej profesjonalny, oddany gość, jakiego możesz tu znaleźć. Zawsze całościowo bierze sprawy we własne ręce i robi to w odpowiedni sposób. No po prostu wzór, jak załatwiać sprawy. Kiedy tworzyłem Vafurlogi i chciałem kogoś do bębnów na nagrania…
Był pierwszą myślą?
Tak, był oczywistym wyborem. Oczywiście pracowałem i pracuję też z innymi świetnymi perkusistami, a każdy z nich ma swoje własne cechy charakterystyczne i styl, ale na Í vökulli áþján chciałem mieć inny rodzaj bębniarskich patentów, żeby dać Vafurlogi jego własną tożsamość. To pomaga też odizolować się od innych zespołów, w które byłem i jestem zaangażowany. Ragnar to wspaniały członek zespołu. Naprawdę mnie napędza, wiesz, pcha do przodu w kreatywności, po prostu żeby zrobić wszystko w ten odpowiedni sposób.
Byłam na jego warsztacie perkusyjnym podczas Sátana, to cudownie skromny gość.
Zdecydowanie.
Wspominaliśmy często o Svartidauði. Dla wielu zespołów, które teraz są dużymi nazwami, byliście wielką inspiracją. Czy czuliście ten podziw w ciągu lat aktywności formacji? Jak to jest być takim wzorem do naśladowania?
(łagodny śmiech) Myślę, że to naturalne dla każdego kraju, w którym jakieś zjawisko, dany ruch na początku nie jest natężony. Kiedy zaczynaliśmy, u nas było bardzo niewiele zespołów blackmetalowych, więc sama aktywność i rozpoczęcie współpracy z międzynarodowymi formacjami i wytwórniami była wówczas godna uwagi. Było to więc całkiem naturalne, biorąc pod uwagę status naszej sceny blackmetalowej w tamtym czasie. Oczywiście jestem naprawdę zaszczycony, słysząc takie słowa od zespołów, których również jestem wielkim fanem, tutejszych czy spoza Islandii. Zespołów, które tutaj pojawiły się w ciągu zaledwie kilku lat po tym, jak my zaczęliśmy, ponieważ śnieżna kula zaczęła się nagle toczyć całkiem szybko. Po tym, jak wydaliśmy nasz pierwszy album, wiele osób z naszego otoczenia, przyjaciół i współpracowników, również zaczęło realizować swoje projekty.
Wspaniale jest teraz widzieć, jak aktywna jest tutaj czarna scena w ostatnich latach. Ale też kilka lat temu na islandzką scenę blackmetalową napłynęło trochę świeżej krwi i teraz ciekawie jest obserwować, jak ci ludzie inspirują się Svartidauði. Masz na przykład chłopaków z Forsmán i Múr, poznałem ich, gdy byli bardzo młodzi, po części dzięki temu, że byli fanami Svartidauði i Sinmary. Byłem naprawdę zaszczycony, mogąc dać im jakąś inspirację. Od początku mówiłem, że wejdą na znacznie wyższy poziom niż my kiedykolwiek, i myślę, że już tam są. Na przykład Múr jest dla mnie jak z zupełnie innej planety. Dla nich sky is the limit. Muzyczni geniusze. Zwłaszcza Kári, wydaje mi się, że jest głównym twórcą zespołu.
Byli niedawno w Polsce. Muszę ich sprawdzić na żywo.
Są niesamowici live!
W rozwój Svartidauði i Sinmary zaangażowany byłeś prawie od początku, prawda? Czy pisałeś też muzykę?
Do obu grup dołączyłem na dość wczesnym etapie ich rozwoju. Svartidauði był wtedy bardziej solowym projektem Sturli [Viðara], naszego wokalisty i basisty, i nie miał jeszcze nic wydanego. Ja, Egill, Hafþór i Gunnar dołączyliśmy do niego i tak staliśmy się Svartidauði.
Przy okazji, świetny gościnny występ Sturli wczoraj z Bölzer.
Tak, bardzo! Zajebiście widzieć go znów na scenie. Sinmara zaczynała jako Chao i pod tym szyldem wydała demo. A kiedy do nich dołączyłem – szukali gitarzysty – zaczęliśmy pisać pierwszy album i stwierdziliśmy, że trzeba znaleźć inną nazwę, bardziej odpowiednią dla kierunku, w jakim chcieliśmy pójść muzycznie. Tak, w obu zespołach byłem jednym z głównych autorów, a w Svartidauði wiele numerów zostało napisanych przez twórczy zespół w postaci mnie i Magnúsa. Pozostali członkowie również wnosili wiele pomysłów. Mieliśmy naprawdę zespołowy sposób pracy. W Sinmarze też zawsze była to współpraca, większość utworów tworzę ja i Garðar [S. Jónsson], drugi gitarzysta, a potem obaj zawsze dopracowujemy pomysły jako zespół. I tak samo – reszta załogi również dodaje swoje pomysły, riffy.
No i Vafurlogi powstało częściowo dlatego, że w pewnym sensie potrzebowałem naczynia do swobodnego robienia tego, co chciałem. Miałem kawałki napisane dla Svartidauði i Sinmary, które były trochę dziwne i nie pasowały do ich stylu, co oczywiście czasami jest tylko kwestią szczegółów, ale jednak szczegóły mogą o wszystkim przesądzić. To zupełnie inny sposób pracy, gdy jesteś jedynym autorem utworów, i ma to swoje wady i zalety. Cieszę się, że oba te podejścia do tworzenia są dla mnie otwarte.
Nowe doświadczenia.
Właśnie. A Vafurlogi stał się pełnym zespołem dopiero w 2024 roku, kiedy dołączyli do mnie pozostali członkowie. Udało mi się zebrać skład z najwyższej półki, a był to naprawdę szczegółowy i staranny proces, i już na pierwszej wspólnej próbie można było naprawdę zobaczyć poziom, energię i poświęcenie.
Czy muzyków, którzy grają z Tobą i Ragnarem na koncertach, rozważasz jako podstawowy skład w przyszłości?
Tak, zdecydowanie! Zaangażowanie i poświęcenie, jakie Samúel [Ásgeirsson, bas] i Eysteinn [Orri Sigurðsson, gitara] wnieśli do zespołu, sprawiają, że nie mogę nie postrzegać ich jako pełnoprawnych członków. Ale to, co przyniesie przyszłość, dopiero się tak naprawdę okaże. Ważne było dla mnie, bym mógł wyrazić siebie w środowisku, gdzie jestem jedynym autorem utworów. Twórcza przyszłość Vafurlogi może być taka, ale nie musi. Zobaczymy, jak będzie.

A jak się odnajdujesz w roli frontmana? Który śpiewa i jednocześnie gra na gitarze?
O, trzeba się tego nauczyć od zera, bo możesz znać wszystkie kawałki perfekcyjnie na gitarze i grać je z zawiązanymi oczami, ale musisz nauczyć się ich na nowo, gdy w tym samym czasie masz śpiewać. To zupełnie inny rodzaj dzielenia każdej warstwy występu. Myślę, że odpowiednio się w tym odnalazłem, ale… wciąż się uczę (śmiech). Nie jest to łatwe. Nie mniejszym wyzwaniem jest dla mnie rola frontmana. Cieszę się, że mogę tego doświadczyć i popróbować, bo w pewnym sensie, wiesz, łatwo jest być po prostu gitarzystą, zawsze w cieniu. Teraz muszę postawić nieco bardziej na ekspresję, taa – tak na scenie, jak i w tej chwili, kiedy sobie rozmawiamy (śmiech). Jest to rzecz spoza mojej strefy komfortu, ale zawsze dobrze jest z niej wyjść.
Czy patrzysz teraz na Vafurlogi jak na swój główny projekt, czy raczej wciąż poboczny do Sinmary?
Myślę, wiesz – a propos twojego porównania go do jednego z moich dzieci – że nigdy nie możesz wybierać między swoimi dziećmi, więc… (śmiech). Wszystkie moje projekty są dla mnie w równym stopniu ważne. Wydaje mi się, że każdy, kto wykonuje jakąkolwiek twórczą pracę, w tym ty w ramach dziennikarstwa, ma różne kanały, które mogą się na zmianę aktywować, raz jeden projekt przejmie kontrolę i skupi uwagę na sobie, a następnym razem drugi. Myślę, że to naturalna cecha posiadania wielu możliwości. Poza tym każdy zespół ma swoich członków, osobowości i strukturę, a także własną kulturę, coś, co każde z osobna jest mi bardzo bliskie.
Jakie są zatem plany dla Vafurlogi? Wiemy, że niebawem wyjdzie drugi album, ale czy np. będzie was można zobaczyć na większej liczbie koncertów? Może tour z Sinmarą?
(śmiech) Tak naprawdę miałem już trasy z podwójnymi obowiązkami, ze Svartidauði i Sinmarą oraz Sinmarą i Almyrkvi. To świetna zabawa, więc nie mam nic przeciwko temu! Z Vafurlogi do tej pory zagraliśmy dwa koncerty, w 2025 będzie na pewno jeden na Sátanie [a także na Andkristni], i jesteśmy bardziej niż gotowi na szersze uderzenie. To właśnie chcemy robić: być aktywnym zespołem koncertowym. Z chęcią pojedziemy zagrać koncerty poza Islandią – na przykład w Polsce (porozumiewawczy uśmiech) i gdzie indziej, zagrać kilka koncertów i zobaczyć znajome twarze w trasie. Tak, drugi album ukaże się w 2025 roku, tak jak pierwszy nakładem Norma Evangelium Diaboli i Oration Records, mamy też już utwory na przyszłe wydawnictwa. Tak że zaczynamy z kopyta. Przyszłość rysuje się w jasnych barwach.
Zamykając temat nazwy zespołu i stojących za nią idei: wspomniałeś, że Vafurlogi może znaczyć „wędrujące światło“. Zatem czego Ty poszukujesz wędrując przez swoje życie – jako artysta i jako istota ludzka? Co jest dla Ciebie najważniejsze?
Hm, dla mnie życie osobiste i życie jako twórcy to dwa różne elementy mojej istoty czy charakteru. Mam piękną rodzinę, i ona jest dla mnie najważniejsza. W ciągu kilku ostatnich lat, kiedy zostałem ojcem, wszystko nabrało dla mnie nowej perspektywy. Dało mi to nowe spojrzenie na życie – myślę, że większość rodziców wie, o czym mówię.
To jest jak to dobre światło, które pokazuje Ci drogę do domu.
(śmiech) Oczywiście! Ale jednak zawsze masz w sobie dwie sfery. Ja mogę część tej ciemniejszej strony skanalizować w swojej twórczości. To, co czerpię z tworzenia i grania muzyki, jest dla mnie niezwykle ważne i nie uważam tych możliwości za pewnik, zwłaszcza po Covidzie, który pozwolił mi spojrzeć na rzeczy z innej perspektywy i uświadomić sobie wdzięczność i pasję do tego, co robię.
OK, super. Dziękuję Ci bardzo za Twój czas i miłą, interesującą rozmowę!
Również dziękuję, dobrze się bawiłem!
Zdjęcia: Vafurlogi, Marton Bodvar, Void Revelations
- VAFURLOGI: „Rozważałem wydanie tego anonimowo“ - 22 lutego 2025
- MISÞYRMING: „Żadnych kompromisów, cała naprzód” - 29 czerwca 2024






