Wiktor Smutek (B.I.T.T.): „Nigdy nie mieliśmy jakiejś wielkiej koncepcji”

autor: Elvis Strzelecki, fot. Michał Hara

Wiktor Smutek to radomski muzyk i radiowiec o metalowych korzeniach. W czerwcu ukazała się trzecia płyta polsko-brazylijskiego projektu B.I.T.T., którego jest członkiem. Połączenie hiphopowych beatów z elektroniką, rockiem oraz latynoamerykańskimi rytmami to ich znak rozpoznawczy. Dlaczego poczucie humoru jest w sztuce podstawą, kiedy należy z niego zrezygnować, i co z tym wszystkim wspólnego ma Serj Tankian? Zapraszamy do lektury rozmowy z Wiktorem.


Kiedy ostatnio rozmawialiśmy, temperatury w Polsce były o wiele niższe. Dziś mamy upały przekraczające 30 stopni Celsjusza, czyli zbliżyliśmy się pogodowo do twojej ukochanej Brazylii. To dobra alegoria funkcjonowania projektu B.I.T.T. – Elton i Carlos mieszkają w Kurytybie, ty dzielisz swój czas pomiędzy Warszawę i Radom. Jak udało Wam się dopiąć pracę nad trzecią płytą?

Sporo czasu minęło od naszej ostatniej rozmowy i w międzyczasie zmieniło się wiele, nie tylko pogoda za oknem. Elton przeprowadził się do Porto w Portugalii, a ja swój czas przez ostatni rok dzieliłem między Chicago a Warszawę. Można więc powiedzieć, że logistyka była gorsza niż przy dwóch poprzednich albumach. Trzeba jednak pamiętać, że projekt B.I.T.T. od samego początku zakładał, że będziemy rozrzuceni po świecie, dlatego nie było większych problemów, aby i trzecią płytę nagrać przy pomocy maila, chmury itp. internetowych narzędzi.

Cofnijmy się do artystycznych początków Wiktora Smutka. W twoim muzycznym portfolio znajdziemy zarówno rzeczy mocno rockowe, jak i ocierające się o techno. Opowiedz coś więcej na ten temat.

Moim pierwszym zarejestrowanym materiałem była thrash metalowa EP-ka z zespołem Dead Hippies. Grałem w tej kapeli na basie. Później przez lata grywałem w różnych lokalnych rockowo-metalowych projektach. Jestem wielkim fanem przesterowanej gitary i gdybym miał odpowiedzieć na pytanie „kim jestem?”, powiedziałbym, że metalowcem. Uwielbiam wszystko, co swój początek ma w rock and rollu. Jeśli chodzi o muzykę techno – mam z nią mały epizod. W 2018 roku razem z Bogdanem Karczewskim założyliśmy projekt 2 Calories, czyli ostre elektroniczne granie, zupełnie nie mój klimat. Pracowaliśmy wówczas przy produkcji reklam radiowych, obaj jednak woleliśmy utrzymywać się z muzyki, dlatego i na tym polu rozpoczęliśmy współpracę. Wybór gatunku nie był prosty – ja metalowiec, on fan techno. Wówczas to wymyśliliśmy następujący koncept – Bogdan miał grać swoje improwizowane partie na syntezatorach, a całość miały uzupełniać moje wstawki wokalne. Mogłem śpiewać, growlować – pełna wolność artystyczna. Próbowaliśmy też włączyć w to wszystko elektryczną gitarę, ale nie wyszło. Muszę również przyznać, że nie walczyłem jakoś szczególnie o to, by był to metalowo-elektroniczny projekt. Widziałem duży talent i zaangażowanie ze strony Bogdana, dlatego też nie chciałem go ograniczać i na siłę dodawać jakiegoś rockowego elementu. W tamtym czasie bardzo wielu znajomych powtarzało mi slogany, że „muzyki metalowej to nikt już nie słucha, a na techno można dobrze zarobić”. Byłem wtedy również strasznie poirytowany wszystkimi rockowymi zespołami, z którymi przez lata grania nie zrobiłem żadnego kroku naprzód. I nie chodzi tu o pieniądze czy fame, ale o to, że przez kilka lat latasz na próby, inwestujesz czas, a na koniec nie masz nawet pamiątki w postaci płyty czy jakichś fajnych wspomnień z koncertów. Z Bogdanem po kilku dniach ćwiczenia byliśmy gotowi wydać singla i ruszyć w trasę koncertową – takie są uroki improwizacji oraz elektronicznego grania. Muszę przyznać, że ten projekt był logistycznym majstersztykiem i miał ogromny potencjał. Nasze pierwsze show wypełniło klub po brzegi, ale gdzieś na dnie serca nieustannie grał mi utwór Analogsów – „Era Techno”. Poza tym nie czułem się dobrze w tym środowisku. Sporo wówczas myślałem i doszedłem do wniosku, że trzeba walczyć o swoje i grać taką muzę, jaką się kocha, a na pewno nie ma sensu udawać kogoś, kim się nie jest. Postanowiłem więc odejść z duetu. Trochę szkoda, że w międzyczasie na rzecz grania techno porzuciłem chłopaków z zespołu Papa Mobile, no ale potrzebowałem czasu, żeby dojrzeć do pewnych spraw. Mam nadzieję, że Bogdan też zrozumiał moją decyzję.

I nagle wizyta w Ameryce Południowej, nowe znajomości i… B.I.T.T. Jak wyglądała geneza projektu zarówno pod względem personalnym, jak i konceptualnym?

B.I.T.T. teoretycznie powstał na długo przed wspomnianymi wydarzeniami, ale w praktyce rzeczywiście zaczął istnieć chwilę po nich. Pierwszy album wydaliśmy w 2020 roku, choć istniejemy od 2013. Wcześniej nagrywaliśmy wyłącznie dla beki. Swoją drogą byliśmy chyba jedyną grupą muzyczną na świecie, która rapowała w języku polskim o trudach życia w Brazylii i po portugalsku o bolączkach Polaków.

Nigdy nie mieliśmy jakieś wielkiej koncepcji, prócz chęci, żeby robić coś muzycznie razem. Tak jak wspomniałeś, jesteśmy rozrzuceni po świecie, a ten projekt pozwala nam utrzymać dobre relacje, być ze sobą w ciągłym kontakcie. Fajnie, że udaje się robić duże rzeczy, że coś fajnego wychodzi, ale nie planujemy tego jakoś szczególnie. Jaki kawałek się napisze, taki wydamy. Co do składu personalnego, B.I.T.T. na papierze to ja, Elton Ribeiro i Carlos Luiz, a w rzeczywistości to wszyscy nasi muzyczni i niemuzyczni przyjaciele – Polacy oraz Brazylijczycy, których drogi lata temu się skrzyżowały na pewnym młodzieżowym wyjeździe… Dla przykładu na okładce naszego nowego albumu w stroju kosmonauty widzimy kuzyna EltonaJeana. Co ciekawe ma na sobie oryginalny skafander europejskiej agencji kosmicznej, który przymierzył, będąc na jakiejś wystawie w Polsce.

Twórczość B.I.T.T. sprawia wrażenie podróży – czasem spontanicznie wybierasz się w jakieś miejsce, spotykasz przypadkowych ludzi i dobrze się bawisz, innym razem dokładnie planujesz trasę wycieczki, dobierając sobie uprzednio współtowarzyszy i pakując do plecaka konkretne ubrania. W jaki sposób postrzegasz waszą działalność?

Zdecydowanie spontan. Jakby na to nie patrzeć, jesteśmy w połowie brazylijskim zespołem i działamy w duchu luzu. Nawiązując do twojego obrazowego pytania, myślę, że jesteśmy przypadkową wycieczką, którą zawsze chcieliśmy zorganizować.

Bawicie się samplami w dość osobliwy sposób – czuć bowiem, że macie duże poczucie humoru, dobierając próbki wokali, wstawiając je w konkretne miejsce utworu oraz tytułując wasze płyty („The Best Of”, „New Album”). Czy B.I.T.T. było w założeniu projektem o zabarwieniu dadaistycznym?

Jest to forma autoironii, zarówno w kwestii tytułów płyt, jak i sampli. Każdy muzyk ma chyba taki okres, w którym myśli, że nazwa jego zespołu zagwarantuje mu międzynarodową karierę, albo – co gorsza – przekreśli ją na wieki wieków. To godziny rozmyślań, czy ten riff bądź wers będą odpowiednie. Prawda jest taka, że nie ma to żadnego znaczenia. Jest ogrom wybitnych artystów, których kochamy za kilka utworów, reszta ich twórczości się nie liczy. Są oczywiście takie perełki jak „NevermindNirvany, ale to wyjątki. Zawsze można wydać remaster lub remix. Nie ma więc co się zbytnio przejmować. Nie ważne, że popełnisz błąd. Ważne, by nie stać w miejscu i iść ze swoimi marzeniami dalej. Na dodanie odwagi co poniektórym zdradzę, że kilka tekstów naszych utworów nie ma żadnego sensu, są po prostu zlepkiem przypadkowych zdań. To zabieg celowy, chcieliśmy zobaczyć, co się stanie… i nie stało się nic, co więcej taki utwór nie raz był grany w radiu.

Nie masz zatem wrażenia, że niektórzy muzycy traktują swoją twórczość zbyt serio, zamiast po prostu bawić się formą?

Zdecydowanie tak jest. Myślę, że zarówno muzycy, jak i fani zapominają, że muzyka służy też do zabawy. Kompletnie nie rozumiem spiny w tej kwestii w kontekście muzyki rockowo-metalowej. Tyle się nasłuchałem, że Nocny Kochanek to żenada, bo teksty takie discopolowe… Nie kumam, po co tyle jadu. Bardzo mi się spodobała ich płyta z coverami zagranicznych, legendarnych kapel. Tłumaczenie tekstów na polski pokazało, że rock and roll od zawsze był muzyką luźną, wręcz szydzącą z pruderii i nadmiernej powagi. „Liźnij go” od grupy KISS jest tego dobrym przykładem. Uważam, że nawet jak chce się śpiewać o poważnych rzeczach, to i tak trzeba mieć dystans. Rozumiem, że rockowe teksty, szczególnie w Polsce, pomagały pokoleniom uporać się z pewnymi emocjami, ale żeby gul skakał od razu, gdy ktoś sobie jaja robi? Bez przesady. Mam trochę bólu do rockowej braci o to spinanie się. Byłem ostatnio na warsztatach wokalnych u wybitnej, zasłużonej dla muzyki klasycznej wokalistki. Kobieta 80 lat na karku i pyta mnie, z czym mam problem. Ja na to, że chciałbym śpiewać bardziej czysto, tak jak się powinno, jak uczą w szkole. Ona na to dosadnie, choć teraz trochę to sparafrazuję – „j*bać te szkoły, bądź sobą”. Zrozumiałem wtedy, że poważny to może być chirurg, a nie muzyk rockowy, no i chyba o to chodzi w tym całym rock and rollu, żeby wszelkie normy i zasady z uśmiechem na twarzy łamać. Tak że koleżanki i koledzy, luzy rajtuzy.

Zdarza Wam się jednak uderzać w poważne tony, czego przykładem jest obecność w utworach „System Of This World” i „Favelas” z poprzedniego albumu Serja Tankiana. Poruszają one tematykę wojny, wykluczenia społecznego i biedy.

Są takie momenty w życiu, w których się nie żartuje, choć ja prywatnie jestem fanem czarnego humoru i uważam, że może on mieć pozytywne działanie terapeutyczne. Jeżeli chodzi o te dwa utwory, to poważny ton nieświadomie wymógł na nas wokalista SOAD, który, tak jak cały zespół, zaangażował się wówczas w walkę o pokój w Górskim Karabachu. Nikt nie zwracał uwagi na ten konflikt, gdyż tematem numer jeden była pandemia. Niestety są popularne  problemy i mniej modne tematy. Akurat wtedy dostaliśmy dostęp do nagrań wokalnych Serja, które mogliśmy wykorzystać w swoich utworach. Napisane przez niego teksty były jednoznaczne. Nie widzieliśmy innej opcji, niż wydać te utwory właśnie w poważnym tonie, zwracając uwagę na to, co nas boli. Wiesz, wracając do poczucia humoru, to są różne żarty. Myślę, że można żartować sobie ze śmierci, a nawet z tego, o co się walczy. Słabe natomiast jest zamiatanie czegoś pod dywan z uśmiechem na twarzy, udając, że to tylko takie żarty.

Kontynuacja tematu, w bardziej współczesnym kontekście, następuje w „Mayday, New Day” z „New Album”, co dodatkowo podkreśla teledysk. Czy zacząłeś dostrzegać w życiu coś, co pomijałeś przed rozpoczęciem wojny w Ukrainie? Jakiś czynnik, który nagle zaczął być dla ciebie istotny?

Ja generalnie jestem katastroficznie nastawiony do życia, a ta wojna tylko przypomniała mi, gdzie jest koniec naszego ziemskiego pielgrzymowania i właśnie w obliczu nadciągającej śmierci nie kumam strzelania do siebie z karabinów. Serio. Nowotwory czyhają za rogiem, a tutaj ktoś będzie strzelał. W imię czego? Jakiegoś frajerskiego polityka…

Słyszymy twój głos w „The Gambler’s Love”. Nie korci Cię, by częściej sięgać po ten naturalny instrument w twórczości B.I.T.T.?

Potrzebowałem takiej linii wokalnej, a za bardzo nie miałem, skąd jej wytrzasnąć, tak więc sam zaśpiewałem. Nie lubię za bardzo sam siebie realizować, wiec w innym projekcie chętnie zaśpiewam, tutaj wolę natomiast miksować piękne, kobiece, soulowe wokale, jak również dobry męski rap.

Ważnym elementem twojego życia jest radio. Jak zdefiniowałbyś jego magię i co ma ona wspólnego z USA, rock and rollem oraz country?

Trudno mi zdefiniować tę magię. To trzeba poczuć. Ja na pewno na radio patrzę inaczej, ponieważ od lat jestem z nim związany jako prezenter. Dla mnie magiczne jest to, że mogę coś komuś przez mikrofon opowiedzieć. Mega fajny klimat ma studio radiowe, fajna jest tam energia. Czasem udzieli się ona słuchaczom i chyba wtedy się dzieje magia. Nie lubię wiadomości, reklam, ale jak wjedzie dobra audycja muzyczna, kiedy jadę samochodem, to jestem wniebowzięty i chyba to jest kwintesencja radia. Wracając jednak do pytania, to z USA pochodzą country i rock and roll – przez ostatni rok prowadziłem swoją rockową audycję w Chicago, w radiu WPNA FM, a wcześniej podobny program z amerykańską muzyką country w Polsce – to wspólny mianownik.

Na sam koniec sztampowe pytanie – czego możemy się spodziewać, jeśli chodzi o twoje projekty w najbliższym czasie?

Polecam naszą odnogę, czyli nowofalowo-punkowy zespół U TOO. EP-ka „Argiculture” to zbiór utworów, które wpadły mi do głowy przy okazji pracy nad płytami B.I.T.T. Postanowiłem je nagrać tylko po to, by przetestować mikrofon i kilka realizacyjnych patentów. Wyszło ciekawie, dlatego postanowiłem to wydać. Lubię takie komediowe granie, wiec może gdzieś pobocznie będę rozwijał ten projekt.

Co do dalszych planów, to bardzo możliwe, że niedługo pojawi się debiutancka płyta grupy Batman Versus Ozzy, czyli mojego nowego heavy metalowego projektu.

Chciałbym też po wakacjach wrócić na radiową antenę. Zobaczymy, czy będzie to radio WPNA, czy jakaś inna rozgłośnia w Chicago.

Trzymajcie kciuki i do usłyszenia!

Czwarkiel
(Visited 1 times, 1 visits today)

Tagi: , , , , , , , , , , .