GENIUS ULTOR to nie jest zespół z okładek pism o muzyce metalowej. To ekipa mocno osadzona w polskim undergroundzie. W 2023 roku zespół ten wydał trzeci studyjny album zatytułowany „Wiatr„, który pod koniec ubiegłego roku dzięki reaktywowanej Dissonance Records ukazał się na winylowym nośniku i z tej okazji zamieniłem kilka zdań ze Zgorzelem, czyli wokalistą i gitarzystą formacji GENIUS ULTOR.
Cześć, Marku. Po prawie dwóch latach od premiery albumu Wiatr zespołu Genius Ultor, którego jesteś rdzeniem, doczekamy się jego winylowego wydania. Czy jakieś wyjątkowe uczucia towarzyszą Ci w związku z tym? Winyl powrócił do łask, może nawet został nieco napompowany przez rynek.
Czuwaj. Wrócił w karykaturalnej formie, zdaje się, że większą wartość ma deseń tworzywa niż skorzystanie z ciepła i ograniczonej, ale świetnie słyszalnej dynamiki nagrań. Dla mnie rządzi taśma, najbardziej zmusza do przesłuchania całości. Jest niewygodna w obsłudze, ale dobrze nagrana brzmi najlepiej. Mało mam uczuć; w tym przypadku przeżywałem coś podczas prac nad płytą, teraz zaobserwowałem u siebie tylko poczucie obowiązku, żeby nie spierdolić czegoś przy projektach do wersji winylowej. Genius Ultor to zespół Augusta, ja miałem wizję na płytę Wiatr i byłem kimś w rodzaju producenta. Nie cierpię tego sztucznego skracania dystansu i używania mojego imienia, kojarzy mi się z dzisiejszymi przekupniami wszystkiego; oni tak się zwracają do niewinnych. A może winnych.
Okej, Zgorzel. Tu mnie mocno zaskoczyłeś mówiąc, że jesteś wielkim fanem taśmy. Czy słuchając muzyki bardziej bazujesz na zebranych i nieco wiekowych kasetach z lat 90., czy może nabywasz również nowe premiery na kasetowym nośniku? Chociaż z nowymi rzeczami jest dużo trudniej, bo tylko “więksi” robią ukłon w tę stronę maniaków.
Dużo słucham kaset, mam też kilka nowych. Z nowymi jest taki szkopuł, że jest jedna fabryka tlenku żelaza na świecie, ze trzy firmy robiące taśmy i ich koszt jest idiotyczny. Sam chcę robić kasety, mam już TT Boży plan zniszczenia. Jest też kilka płyt, co się kurzą coraz mocniej i one też pójdą na taśmy.
Powiedziałeś, że miałeś wizję na płytę “Wiatr”. Co było rdzeniem? Dźwięki, czy warstwa tekstowa?
Pretensjonalnie to zabrzmi, ale tym zjawiskiem był wiatr. Wizja puchła wokół niego. Wszystkie elementy się składały do kupy równolegle, taki proces; były też scenografie, ognie, flagi.
“Wiatr” brzmi dość surowo jak na obecnie panujące standardy. Nie kusiło Cię, żeby wzmocnić ścieżkę audio ponownym miksem i masterem specjalnie na to wydawnictwo?
Standardy są dla ludzi potrzebujących. Muszą mieć powtarzalność, jakiś tam porządek w czymkolwiek, geometrii otoczenia, równo nasadzonych drzewach w lesie, mierzalnych wartościach, tych samych riffach, albo ich braku, wyczyszczonych zębach albo dźwiękach. Potrzebują bezpieczeństwa. Sam się boję, ale nie aż tak. Mastering na winyl został jeszcze bardziej stonowany. Kiedy słuchałem tej płyty, czasami płynąłem sobie tak hipnotycznie, czasami chciało mi się niszczyć otoczenie. Ta muzyka zdaje się prosta, ale wcale taka nie jest, myślę, że to nam się najbardziej udało. Dobrze, że upłynęły te dwa lata, jest lepsza chwila na nowe spojrzenie. Zawsze chciałem tworzyć muzykę skomplikowanie prostą.
Jak wyglądała sesja nagraniowa? Czy musieliście się wyjątkowo przygotowywać do nagrywania na setkę?
Bynajmniej. Robiliśmy normalne próby i kiedy byliśmy ograni do poziomu niuansów, nagraliśmy. Nagrywanie na setę podnosi wiele walorów, warunkiem koniecznym jest jednak, żeby muzycy byli ze sobą zgrani. W Piekłoniebie nagrywam takich odważnych, jestem zdecydowanym wrogiem klejonki. W stolarstwie również. Przy takiej sesji najwięcej znaczy pomieszczenie, staram się dokumentować jego brzmienie, nie poszczególnych składowych. Stąd dużo wiatru w Wietrze. I tak nie osiągnęliśmy poziomu SETA 100, osobno nagrałem śpiew i solówkę. Korci mnie, żeby osiągnąć ten poziom wykonawczo-realizacyjny, trzeba świecić przykładem.
Skoro “najwięcej znaczy pomieszczenie”, to czy uważasz, że Piekłoniebo jest jakoś wyjątkowo zaadaptowane akustycznie w porównaniu do innych konkurencyjnych miejsc?
Znaczenie ma szereg czynników, sprawa bazowa to kubatura pomieszczenia, w tym wysokość. Dźwięk musi się zmieścić. Kwestia wykończeń jest też ważna, ale drugorzędna. Byłem w kilku miejscach “konkurencyjnych” i większość to gówno. Ale daleko mi do samozachwytów, są miejsca, o których mógłbym pomarzyć. Grunt, że wystarczy, aby zmieścił się u mnie dźwiękowo zespół metalowy.
Nie ukrywam, jestem laikiem w aspekcie technicznym studia nagraniowego. “Wiatr” nagraliście w standardzie SETA 80, ale mówisz też o SETA 100. Na czym polega różnica?
SETA 100 znaczy, że wszystko, co znajduje się na nagraniu zostało zarejestrowane podczas jednej sesji, w jednym pomieszczeniu i jako całość wykonania danego utworu. Mniejsze wartości oznaczają szacunkowo ile było sety w secie. Nagrania szeregowe na poszczególne ślady w ogóle nie są brane pod uwagę, przynajmniej instrumentaliści muszą wykonać utwór na żywo. Nie edytuje się też nagrań. Standard wymyśliłem kiedyś przed południem.
Standard wymyślony na własne potrzeby (śmiech). Dobra. Utwór numer 4, czyli Koń turyński, to ponad 15-minutowa kompozycja. To również tytuł węgierskiego filmu. Czy to przypadek, czy może raczej element inspiracji?
Świadoma inspiracja, to arcydzieło. A nasz numer miał z osiemnaście minut na próbach, ale August wcześniej dał znać na garach, że kończymy, podczas nagrywania. W utworze jest motyw muzyczny z filmu, a w filmie jest jeden motyw muzyczny. Film gasi światy.
Koń turyński to stary film. Oszczędny w formie, ale z głębokim przekazem. Obecnie przez szybko płynący czas społeczeństwo konsumuje kinematografię niczym podróżujący człowiek stołujący się w McDonald’sie. Masz jakąś receptę na takowe podejście do pochłaniania filmów i seriali?
To nie jest stary film. Nie mam recept, nie zapisują mi. Z resztą nie widzę tu choroby, wszystko idzie zgodnie z planem.
O jakim planie mówisz?
Zmonopolizowania ekonomii za pośrednictwem wykształcenia wzorowych bezwolnych konsumentów-pacjentów, gdzie między innymi tuzy kinematografii skłaniają do właściwych zachowań. Od marnotrawienia czasu, poprzez izolację, do przewartościowywania postaw bohaterskich.
Coś w tym jest. Konsumując filmy i seriale w ilościach hurtowych, spotkałem się z tezą, że w ten sposób marnotrawimy czas. Że lepiej zrezygnować z tych subskrypcji i zmienić swój sposób na wykorzystywanie swojego wolnego czasu.
Precz z subskrypcjami. Apeluję o zmianę modelu spędzania wolnego czasu, można na przykład liczyć pociągi, popijając bełty. Później można wziąć po bełcie butlę i popędzić na najbliższy reichstag. Kupą mości panowie, kupą. Późniy gore.
Czy może jednak obcowanie z mądrzejszą częścią kinematografii, z której możemy wyciągnąć wnioski i przełożyć na swoje lepsze życie ma jednak sens? Tylko tu jest trochę jak z muzyką w obecnych czasach. Coraz ciężej jest oddzielić ziarno od plew.
Nie wiem, czy kino albo muzyka są mądre. Kura może być mądra. Albo ślepa.
Coś mi mówi, że chętnie byś stworzył blackmetalową ścieżkę muzyczną do filmu. Co musiałby spełnić film, abyś taką propozycję przyjął?
Musiałbym go nagrać. Ale nie widzę takiego mariażu poza dokumentem, najlepiej o przyrodzie.
Jesienno-zimowa aura gdzie wiatr wiedzie pierwsze skrzypce?
Ale to już było. Mi się lato sprawdza, albo miasto.
Na płycie “Wiatr” jak dla mnie teksty są ekstremalnie poetyckie. Jak powstają liryki o tak niebanalnym charakterze?
Powstają w głowie czytelnika. Słowa podsuwają obrazy, one się wyświetlają człowiekowi w głowie, przechodzą przez filtr doświadczeń i skojarzeń, wywołują emocje. Albo na odwrót. Trzeba starać się tylko podsunąć odpowiednie obrazy, jeśli czytelnik w ogóle nas obchodzi.
Zazwyczaj pytając muzyków odnośnie sfery lirycznej wydawnictwa, dość często spotykam się z odpowiedziami wymijającymi, że “należy je samodzielnie zinterpretować”. A co Ty mógłbyś mi powiedzieć o Wietrze i słowach zawartych na tej płycie? O co tam chodzi?
Chwila, sięgnę po brewiarz. O, jest zabawnie i poważnie, wesoło i smutno, słodko, gorzko, kwaśno, słono i ostro. Jest komentarz na temat spolegliwości, i mimo bycia w jednym stadzie, to bogini matka i jej wszystkie cyce są nasze. Nie reszty ułomnej. Chyba chodzi o zrozumienie tego. I widzę, że o tępych pisałem, co adorują antagonistę bóstwa plemienia pustynnego, wciąż od nowa konstytuując reżim obcego kręgu kulturowego, co powraca do sprawy cyców, które, korzystając z oślepienia ułomnych, starają się doić obce stwory udające dzieci. Mamy też pejzaż atomowy, żeby było konwencjonalnie niekonwencjonalnie, oraz o takich, co skupiwszy możliwości z owoców pracy głupców, dołki pod sobą kopią, aby w nie wpaść i ukryć się przed pejzażem się już roztaczającym. Co im nie pyknie. Jest też oda do starości. Wszystko przeniknione wiatrem. A Koń turyński jest piosenkową wersją monologu Bernarda z Konia turyńskiego. Są też rozliczne nawiązania do geniuszu wcześniejszych Geniusów po klasyków literatury i kiczu. Generalnie to jest wszystko trochę o budowie świata, a ornamentem są podmuchy wiatru.
Jakby nie patrzeć, Genius Ultor w tym roku świętuje ćwierć wieku działalności. Co prawda kilka lat pod innym szyldem, ale jednak. Wydaliście tylko trzy albumy. Muzyka to nie zawody sportowe, ale czy nie masz “za złe”, że w ciągu tego czasu mogliście więcej stworzyć?
Czysto kronikarsko i bez ciągłości. Kra założył Infernal Frost i chciał, by był to zespół. Później funkcjonował jako twór przyboczny Stillborn, rozmieniając energię na drobne. Nie można powiedzieć, że jest to dwudziestopięciolecie zespołu.
Mamy “Wiatr”. Co teraz?
Teraz chyba będzie Grób. Ale nie powiem czyj.
- SUMMER DYING LOUD 2026 ujawnia pierwszych 11 wykonawców! - 29 stycznia 2026
- ZAUŁEK: premiera płyty „W Lustrach Anten” - 29 stycznia 2026
- Pomorski PERPETUAL wypuścił nowy singiel „Meadows & Mires” - 29 stycznia 2026

