Zdjęcia: Wiktoria Wójcik
Interview with Zeal & Ardor – English
Zeal&Ardor zaliczam do najlepszych zespołów, jakie kiedykolwiek widziałam na żywo, jasne więc było, że jak tylko pojawiła się możliwosć rozmowy z Manuelem Gagneux, założycielem tego oryginalnego projektu, nie mogłam przepuścić okazji.
Na przestrzeni lat miałam przyjemność widzieć Zeal&Ardor w kilku różnych europejskich krajach (w tym podczas niedawnego urlopu w krajach bałtyckich), co tylko podsyciło moją ciekawość. Przed premierą Greif, ich nowego albumu, porozmawialiśmy o nowym wydawnictwie, satanizmie, otwartości na scenie metalowej i o tym, co najważniejsze w graniu koncertów na żywo.
Cześć, świetnie cię widzieć! Jak się masz?
Cześć, u mnie w porządku, jak tam u ciebie?
Świetnie! Naprawdę podjarała mnie możliwość rozmowy. Pomówmy w takim razie trochę o nowym albumie. Greif jest zapowiadany jako najbardziej szczery album, jaki nagrałeś, z kolei jego poprzednik był określany jako najbardziej spójna płyta Zeal&Ardor.
Czy ze względu na tę szczerość i bezpośredniość, Greif jest czymś naturalnym i łatwym, czy praca nad tym albumem była trudniejsza w porównaniu do dotychczasowych wydawnictw?
Cóż, choć praca generalnie była łatwiejsza, to początki były trudniejsze. To dlatego, że zwykle mogę się w zasadzie ukryć za pewnym zamysłem czy konceptem. Teraz to wszystko jest bardziej osobiste, a przez to również bardziej bezpośrednie.
To pewnie dlatego, że po raz pierwszy w studiu dołączyli do ciebie pozostali członkowie zespołu, prawda? To odważne posunięcie.
O tak! To dlatego, że, no cóż – pozwól, że wyjaśnię to tym osobom, które podobnie jak ty, nigdy nie widziały nas na żywo (śmiech). Chodzi mi o to, że ci, którzy widzieli nas na żywo, wiedzą, że taki koncert w naszym wykonaniu jest znacznie lepszy niż nagrania studyjne. To po prostu ma więcej sensu, by reszta zespołu pojawiła się również na albumie.
Interesujące, nie tylko dla tych, którzy widzieli was na żywo. Nowy album może przyciągnąć pewną liczbę nowych słuchaczy do Twojej muzyki.
Cóż, zobaczymy. Na razie mogę jedynie spekulować. Ten nowy materiał to po prostu muzyka, która naprawdę bardzo mi odpowiada, więc zobaczymy, jak to wszystko pójdzie.
Trzymam kciuki, by wszystko dobrze poszło. Skoro o nowych utworach mowa, chciałam dopytać również o teksty. Trochę brakowało mi nawiązywania do satanizmu, Goecji czy magicznych kwadratów, które pojawiały się na poprzednich albumach. Czy okultystyczne wątki pojawiają się jedynie na 369 i Hide in Shade?
Te tematy pojawiają się również na Clawing Out i na Kilonova. Nie jest to stricte satanizm, to bardziej wątki okultystyczne. Bardziej przypomina to pewien ukryty przekaz. Nie jest to nastoletni bunt i podejście w stylu „popatrz, mamo, jestem satanistą”. Jeśli już, to bardziej stwierdzenie „o kurwa, to czarna magia, ”!

Zeal&Ardor na Mystic Festival.
(Wiktoria Wójcik)
Poza tym literatura i książki, które czytasz, również mają duży wpływ na twoje teksty.
Tak, dużo czytam. Mimo wszystko nie jestem w stanie z bardzo dużą dokładnością powiedzieć, które książki szczególnie wpłynęły na ten czy inny tekst. Czytałem sporo Philipa K. Dicka, opowiadań i fantastyki spod znaku speculative fiction. Wybacz, jeśli to nudna odpowiedź, ale taka jest prawda!
To żaden problem! Poza tym, jeśli jest coś wspólnego dla wielu metalowców i ludzi w alternatywnej scenie, to jest to zainteresowanie fantastyką, sci-fi i podobnymi mrocznymi gatunkami. Można wręcz powiedzieć, że ludzi do tego ciągnie.
Myślę, że jest to coś, co przychodzi wraz z fascynacją pewnym, mało znanym, wręcz ukrytym tematem. Chciałem się tym podzielić ze światem.
Niesamowite, do jak wielu ludzi to przemawia. Jak wygląda twój proces twórczy? Podobno potrafisz napisać około 50-60 utworów i wykorzystać tylko niektóre z nich na albumie?
Dokładnie tak.
To na serio dużo.
To żadne osiągnięcie, bo większość tego wszystkiego to naprawdę słabe numery. Po prostu mam taki nawyk i moją rutyną jest pisanie muzyki w dużych ilościach, a następnie zajmowanie się tylko edycją. Pozbywam się tych utworów, które mi się nie podobają.
To ma sens – poza tym nie korzystasz z pozostałości po tym, co skomponujesz?
Nie. Myślę, że łatwo romantyzować stare pomysły, ale z kreatywnego punktu widzenia, to trochę jak zapędzanie się w kąt. Chodzi mi po prostu o to, że pod względem kreatywnym jest to zły pomysł, a nie produktywne działanie.
Możesz się chyba sporo uczyć poprzez odrzucanie starych pomysłów i wykorzystywanie tylko tego, co naprawdę najlepiej wypadnie na albumie.
Trzeba po prostu zdecydować, co ma tutaj sens. Jak wspomniałem, całe mnóstwo muzyki, którą komponuję, jest naprawdę złe (śmiech). Więc w tym wypadku łatwo jest pozbyć się czegoś na słabym poziomie.
Twierdzisz, że to w większości zły materiał, ale utrzymujesz się właśnie z muzyki, prawda?
Tak, mam jednak świadomość tego, że 90% mojego wkładu artystycznego nie jest udane, dlatego dużo tworzę.
Poza Zeal&Ardor i Birdmask (poboczny projekt Manuela), komponujesz też utwory na zamówienie?
Piszę kawałki pop na różne zlecenia, ale nie mogę zdradzić żadnych szczegółów.
To zrozumiałe. Cóż, może to dalekie od popu, ale mam wrażenie, że ścieżka dźwiękowa do horroru twojego autorstwa byłaby czymś zajebistym!
O, masz szczęście! Poczekaj dwa lata – na razie nie mogę więcej o tym mówić.
No dobrze. Przechodząc więc z horrorów w tematy okultystyczne, mam pytanie, które może brzmieć trochę edgy, ale czy w jakikolwiek sposób określiłbyś siebie jako satanistę, na przykład z filozoficznego punktu widzenia?
Tak, jak najbardziej. Powiedziałbym, że jestem satanistą z filozoficznego punktu widzenia.
Chodzi o to, że satanizm w klasycznym ujęciu to bycie bardzo indywidualistyczną osobą oraz robienie tego, co jest dla ciebie ważne. No i wiesz, dopóki ktoś nie blokuje innych przed zajmowaniem się ich własnymi sprawami, to by było na tyle z głównych założeń… na pewno byłby to indywidualizm i wolność wyboru, a nie dołączanie do jakiegoś ich kościoła – to nie ma żadnego sensu!
Najlepiej jest więc podążać swoją własną ścieżką.
To bardzo ciekawe. Poza tym to dość selektywne podejście do satanizmu.
Myślę, że nawet w samym satanizmie bycie wybiórczym ma sens. Jeśli po prostu wybierzesz sobie czyjś inny pomysł i stwierdzisz, że to właśnie jest satanizm, pokazuje to po prostu, że nie myślisz za siebie! To już w ogóle nie jest cholerne satanistyczne podejście.
Tak, właśnie. Przypomniało mi to, jak w którymś wywiadzie wspominałeś o tym, jak ślepe podążanie za kimś i wynoszenie artystów do rangi „idoli” to jednak lekka przesada.
Tak, równie dobrze można piętnować ludzi.
A propos. wypalanie piętna na waszych koncertach kilka lat temu było wręcz we wszystkich nagłówkach newsów metalowych. Tatuowanie nie jest aż tak ekstremalne, ale gdy fani mają jakieś tatuaże z motywem Zeal&Ardor, odbierasz to jako coś pozytywnego, czy uważasz, że to trochę zbyt dużo?
Wiesz, to nie ja o tym decyduję. Każdy ma tutaj swój wybór.
Oczywiście. Jeśli chodzi o samą scenę metalową, czy myślisz, że obecnie cechuje się coraz większą otwartością umysłu? Czy stała się bardziej otwarta dla kobiet, ludzi o różnym kolorze skóry i osób queer?
Nie mogę tego potwierdzić ze stuprocentową pewnością. To dlatego, że jako zespół jesteśmy tylko w tych przestrzeniach, gdzie jesteśmy akceptowani. Tak naprawdę nie znam status quo. Myślę, że w naszych doświadczeniach pojawił się jedynie najlepszy możliwy scenariusz – to dlatego, że w ogóle zaczęto nas bookować na różne koncerty. Powiedziałbym, że nigdy nie mieliśmy z tym poważnych problemów.
Cieszę się. Wybieracie się przecież w trasy z zespołami, które mają podobny, otwarty światopogląd jak wy. Na przykład Heilung – gdy na ich koncercie doszło do dyskryminacji na tle rasowym, opisali sprawę w social mediach i potępili propagowanie nienawiści.
To prawda.
Chociaż oni grają folk, to w pewien sposób Zeal&Ardor i Heilung pod wieloma względami stanowią idealne połączenie. Jakie wrażenia miałeś z koncertów, które przed nimi zagraliście?
To naprawdę dobrze współgra. W jakiś dziwaczny, popierdolony sposób, to naprawdę działa! Granie koncertów przed nimi to po prostu taka okazja, której nie mogliśmy przegapić.
Wasze najbliższe koncerty z Heilungiem z pewnością będą wyjątkowym przeżyciem. Jeśli zaś o tym mowa, przypomina mi się występ, na którym widziałam was po raz pierwszy na żywo. Graliście wtedy na gotyckim festiwalu. Generalnie, gdy występujecie na wydarzeniach nie tylko metalowych, ale również gotyckich, czy nawet na eventach typu Montreux Jazz Festival, po prostu idziecie za ciosem i gracie swoją muzykę. Myślisz, że czasem taka różnorodna widownia potrzebuje kilku utworów, żeby lepiej się wczuć w wasz set?
Dokładnie tak. W końcu granie na żywo to coś, na czym naprawdę nam zależy. Oczywiście można udawać, że ma się inny plan, ale tak naprawdę dotarcie do ludzi to cel, do jakiego warto dążyć.
To chyba również kwestia wybrania odpowiedniej setlisty. Zależy to pewnie od tego, czy zdecydujesz się na utwory tak ciężkie, jak Götterdämmerung albo Clawing Out, czy takie, które brzmieniowo są inne – nie chcę ich nazwać „spokojniejszymi”…
One są spokojniejsze, to określenie jest w porządku! (śmiech). Wracając do pytania, uważam, że takie połączenie jest bardzo fajne. Na przykład ostatnio graliśmy na Full Force, niemieckim festiwalu metalowym – ludzie chodzą tam wkurzeni przez cztery dni, muzyka jest ciężka i tak dalej.
Graliśmy naprawdę późno ostatniego dnia i reakcja niektórych ludzi musiała chyba brzmieć jak coś w stylu „o kurwa, tu jest jakaś melodia!” (śmiech). Chyba nieźle nam to wyszło. Poza tym myślę, że ludzie naprawdę lubią zmiany. Czy może raczej: lubią równowagę.

Zeal&Ardor na Mystic Festival.
(Wiktoria Wójcik)
No tak, w końcu jednym z waszych pierwszych festiwalowych występów był Roadburn, gdzie publika z pewnością była świetna. To się nazywa tłum, który lubi zmiany!
Tak, naprawdę miło to wspominam. Było świetnie.
To naprawdę pokazuje moc muzyki, zwłaszcza muzyki na żywo.
Tak, to porusza ludzi, więc to naprawdę niesamowite!
Zdecydowanie – zresztą czytałam gdzieś, że do koncertów na żywo macie podejście „wszystko albo nic”. I to naprawdę widać – na żywo wszyscy dajecie z siebie więcej, niż sto procent.
W sumie to właśnie robimy tak. W zasadzie jesteśmy taką grupą głupków, którzy razem potrafią coś dobrze zrobić.
Chyba jesteś zbyt skromny! (śmiech)
Nie, nieee! Naprawdę bywamy strasznie głupi.
Komu się to nie zdarza? Myślę, że tak naprawdę najgłupszą rzeczą, jaką można zrobić, jest udawanie kogoś, kim się nie jest. To jak nakładanie maski.
To dlatego, że granie w zespole jest jak praca. Jeśli ktoś nie byłby sobą, to koniec końców musiałby przez cały czas udawać. Cóż, to w końcu jest praca, a ja jestem zwyczajnie zbyt leniwy na całe to udawanie. Chcę być szczery ze samym sobą. Wszystko wskazuje na to, że takie podejście działa. W dodatku przemawia też chyba do naszych fanów, dzięki temu możemy do nich dotrzeć.
Z pewnością! Spędzacie razem tyle czasu, że torturą byłoby dzielić cały ten czas z ludźmi, których nie znosisz.
Dokładnie tak, dokładnie.
Pozostając w temacie występów na żywo: możemy się spodziewać jakichś zmian w setliście po premierze nowego albumu?
Być może! Jeśli o występy z Heilung chodzi, nie mamy zbyt wiele czasu, bo jakieś czterdzieści minut.
Za to koncerty Zeal&Ardor jako headlinera… zobaczymy! Pojawi się pewna zmiana i będzie to coś bardzo interesującego. Nie mogę zbyt wiele o tym mówić, ale będzie to naprawdę ciekawe.
Świetnie to słyszeć. Wrócę na chwilę do „cięższych” i „spokojniejszych” utworów. Da się w ogóle stwierdzić, które z nich są bardziej w duchu Zeal&Ardor? A może te dwie skrajności są po prostu jak dwie strony medalu?
Myślę, że Zeal&Ardor będzie się robić coraz dziwniejszy. Być może jest klasyczny materiał Zeal&Ardor i nowy, „dziwny” Zeal&Ardor, jeśli chcemy to tak nazwać. Ale tak poza tym nie rozpatruję tego w kategoriach jakiegoś systemu punktowego.
Przy tak długiej i zróżnicowanej setliście, granie wielu prób i koncertowanie musi być dość trudne.
Ale jest również pewna przyjemność w zagraniu setu na żywo i zrobieniu tego naprawdę dobrze. Kiedy niemal do perfekcji opanujesz dramaturgię koncertu, że tak to ujmę, czy raczej napięcie i rozładowanie go podczas setu na żywo – jest w tym jakaś ekspertyza i myślę, że potrzeba na to czasu.
Po pewnej ilości zagranych koncertów w tym roku, czy któryś z nich określiłbyś jako najlepszy?
Może coś szczególnie się zapisało w twojej pamięci?
Jest naprawdę wiele powodów, dla których koncert można rozpatrywać w kategoriach najlepszego. Na przykład czerwcowy gig w Rydze był super. Myślę, że ludziom też się podobał.
Wszyscy w klubie byli przepoceni, co było trochę ohydne, przestrzeń była mała, ale zarazem było to również bardzo kompaktowe i szczere otoczenie, a przez to mi się podobało.
Oczywiście są jeszcze wielkie festiwalowe sceny, co też jest fantastyczne. To jednak z zupełnie innego powodu. Obawiam się więc, że na to pytanie nie ma tylko jednej odpowiedzi.

Omówiliśmy występy na żywo i w porównaniu z nimi kolejne pytania pewnie nie będą tak ekscytujące, ale ciekawi mnie oprawa graficzna nowego albumu Greif. Tym razem jest to coś trochę innego. Autor okładki to jednak wciąż Noé Herrmann?
Tak, to pomysł Noé i mój. Czyli to, co zwykle.
I ta kooperacja wciąż działa!
Jeśli tylko okładka jest rozpoznawalna z pewnej odległości, to jestem przeszczęśliwy (śmiech).
Świetna sprawa. A jeśli chodzi o fioletową kolorystykę poprzednich albumów? Była prawie wszędzie! Pomyślałam, że to może związane z „Kolorem Purpury” autorstwa Alice Walker albo kościelną symboliką? Pod kątem wizualnym – rewelacja!
Z jakiegoś powodu fioletowy od zawsze kojarzono z czarnymi osobami, a kontrast do tego koloru stanowi jaskrawa zieleń, bawiliśmy się trochę tym motywem. Myślę, że wraz z nowym albumem zrobiliśmy sobie przerwę od tego zestawienia kolorów.
Połączenie fioletu z zielonym jest widoczne na przykład na okładce Stranger Fruit, a utwory z tej płyty nawiązują do kart tarota. Zastanawiałam się, czy również czytasz z kart, czy jest to po prostu zafascynowanie tarotem i rodzaj inspiracji?
Codziennie to robię!
To fascynujące! Osobiście, bardzo chciałabym, żebyś nawiązał do tego motywu w przyszłości. Planujesz coś takiego?
Zobaczymy. Mam mnóstwo czasu.
Super, bo przecież nawet w dość krótkim czasie możesz wiele nagrać, jak mi się wydaje. Nagrywanie Greif trwało niecałe pół roku, tak?
W zasadzie tak. Mówimy tu o studiu, które tak naprawdę jest po prostu domem, gdzie mieszka Marc (Obrist, jeden z wokalistów). Mogę tam po prostu pójść i wypić całą jego kawę podczas nagrywania nowej muzyki. Kawa to oczywiście największy plus (śmiech).
Mhm, rozumiem! (śmiech)
To bardzo dobra sytuacja.
Wręcz idealna! Poza tym widać, że nagrałeś coś, z czego jesteś naprawdę zadowolony. Mam też nadzieję, że to coś, z czego – słusznie zresztą – jesteś dumny.
Tak, jak najbardziej mogę to powiedzieć.
Zbliżamy się niestety do końca czasu wyznaczonego na wywiad. Cóż, to chyba odpowiedni moment na pytanie o polskich fanów: czego możemy się spodziewać po koncercie w Warszawie, który odbędzie się we wrześniu?
Polscy fani mają wprost niezwykłą energię. Chodzi mi o to, że w pewien sposób chłoniemy ich energię i możemy oczekiwać od polskiej publiczności, że odpowiedzą nam dokładnie takim samym zapałem, z jakim dla nich zagramy. Widzieliśmy to ostatnio na festiwalu Mystic. Nigdzie jeszcze nie doświadczyliśmy tego na taką skalę, jak w Polsce, więc czekam również na nasz najbliższy gig w Polsce.
Mam nadzieję, że właśnie po Mysticu na wasz kolejny koncert przyjdą tłumy.
Cóż, dobrze było cię zobaczyć! Bardzo dziękuję za twój czas.
Również dziękuję za ciekawą rozmowę!
- Year of the Goat – „Trivia Goddess” (2025) - 11 listopada 2025
- Mütterlein – „Amidst the Flames, May Our Organs Resound” (2025) - 11 listopada 2025
- Conan – „Violence Dimension” (2025) - 23 października 2025






