Podsumowanie 2017 roku wg czytelników

Last but not least! Na zakończenie muzycznych podsumowań 2017 poprosiliśmy naszych zacnych czytelników i fanów o wytypowanie najciekawszych wydawnictw. Statystycznie pojawiły się najczęściej wymieniane wśród naszych gości albumy 2017 od Mastodon, Ulver, Immolation, Converge czy Thaw, ale też niszowe i undergroundowe, co niewątpliwie pokazuje, że jest jeszcze sporo albumów, po które warto sięgnąć i sprawdzić osobiście, i co nas wyjątkowo cieszy.

Dziękujemy za wszystkie propozycje i zapraszamy do ostatnich podsumowań 2017!


Jan Andrukiewicz

    1. Obituary “Obituary“. Chłopaki nagrali jedną z najlepszych płyt, taką na jaką czekali fani, prezentująca to, co w Obituary najlepsze (stąd pewnie nazwa 😉 ).
    2. Morbid Angel “Kingdoms Disdained“. Powtórzę, chłopaki nagrali płytę taką na jaką czekali fani – death metalową!
    3. Cannibal Corpse “Red Before Black“. Tu zawsze PIERWSZA klasa i SUPERLIGA DM 😉
    4. Kreator “Gods Of Violence“. Wysoki poziom zachowany.
    5. Mastodon Emperor Of Sand“. Emperor swojego gatunku.
    6. Iron Maiden “The Book Of Souls – Live Chapter“. Zdecydowanie płyta rocku w kategorii live.
    7. Annihilator “For The Demented“. Bdb płyta, z wokalem jaki lubimy i zagrywkami, które uwielbiamy
    8. Paradise Lost “Medusa“. Dobry powrót, nawet trochę do korzeni.
    9. Samael “Hegemony“. Dobry powrót.
    10. Foo Fighters “Concrete and Gold“. Zdecydowanie plyta rocku w kategorii… rock 😉


Andy

  1. Power Trip „ Nightmare Logic” – taki powinien być thrash. Prosty i surowy, ale bijący po mordzie.
  2. Havok „Conformicide” – zupełnie inne podejście do thrashu, ale udane. Mocne riffy i niesamowita energia.
  3. Night Demon „Darkness Remains” – klasyczne heavy, które brzmi świeżo i do tego wpada w ucho.
  4. Midnight „Sweet Death and Ecstasy” – black rock N roll w najlepszej postaci.
  5. Desecrator „To the Gallows” – młody thrashowy zespół z Australii łojący typowy thrash.
  6. Dying Fetus „Wrong One To Fuck With” – tak się powinno grać brutal death.
  7. Dr Living DeadCosmic Conqueror” – album chyba nie aż tak dobry jak poprzedni, ale trzyma poziom, a zespół stale się rozwija.
  8. Pallbearer „Heartless” – doomowo-stonerowe granie z świetnym klimatem i dobrymi riffami.
  9. Primitive Man „Caustic” – jak nazwa wskazuje muzyka jest ostra i surowa, a samo słuchanie czasem podchodzi pod masochizm.
  10. Full Of Hell Trumpeting Ecstasy” – 23 minuty czystego muzycznego mordobicia.


Kacper Drzazga

  1. Mastodon Emperor of Sand“. Tak oto dochodzimy do miejsca numer jeden. Cesarz Piasku, który dał Mastodonowi majestat w swoim cesarstwie, obdarował ich również niesamowitymi umiejętnościami znajdowania idealnych riffów, genialnych wokali, niesamowitej gry na perkusji. Czy z takimi umiejętnościami mogło powstać coś innego niż hołd złożony dla swojego cesarza? “Emperor of Sand” w nie mniejszym stopniu niż poprzednik porusza temat śmierci, ale przez inny pryzmat. Przez pryzmat refleksji. Bo kim jest ten tytułowy cesarz? Jest to czas, jaki nam został na świecie. W pewnym momencie ostatnie ziarnko piasku w klepsydrze spadnie. Co będzie dalej? Nie wiadomo. Wracając do samej gry, Mastodon gra coraz to bardziej progresywnie. Niektórzy chwalą, niektórzy hejtują. Riffy w chociażby “Sultan’s Curse”, “Steambreather” i “Andromeda” są najwyższej klasy. Perkusja niszczy. Wokale Branna, które dominują są niesamowicie czyste. Dla mnie płyta roku.
  2. Satyricon Deep Calleth Upon Deep“. Powrócili. I całe szczęście. Bo album to geniusz. “Deep Calleth Upon Deep” to nie jest typowy black metal, jaki Satyricon kiedyś prezentował. Album otwiera “Midnight Serpent” będące black metalem. Ale co utwór zmniejsza nam się poczucie, że tam jest ten black. Bo Satyricon eksperymentuje. I robi to od czasów “Now Diabolical”. Co płytę Satyr i Frost ukazują nam nowe oblicze, cały czas stojąc na tym samym podłożu. “Deep Calleth Upon Deep” charakteryzuje bogate instrumentarium i teksty utworów. Na czym się one opierają, jaka jest ich tematyka? Śmierć, myślę, że oparta na chorobie Satyra. Całe szczęście, że ta osoba jednak wyleczyła guza. Nawet niepozorny tekst “Black Wings and Withering Gloom” dotyka tematyki śmierci bardzo mocno. I to wpływa na moje postrzeganie tej płyty. Satyricon jest dla mnie zespołem eksperymentującym. I nie obchodzi mnie, czy grają black metal czy rock’n’roll, thrash metal czy post punk. Satyricon to Satyricon – mistrzowie, którzy wiedzą co robią.
  3. Immolation Atonement“…ale wyprzedziło ich Immo. Tegoroczne pierwsze miejsce w kategorii death metal zdecydowanie należy do nich. “Atonement” pokazuje, że kiedy Morbid Angel traci na popularności ze względu na coraz gorsze albumy, Death już nie wydaje albumów, ogólnie gatunek zaczyna stawać w miejscu, pojawia się kolos, który popchnie głaz do przodu, niszcząc przy tym wszystko dookoła. Jest to może nawet najlepszy album Immolation. Nie mi to oceniać, ja twierdzę tylko, że chłopy odwaliły kawał zajebistej roboty.
  4. Converge The Dusk in Us“. No tego tutaj zabraknąć nie mogło. Converge – od lat zespół, którego koncerty są niesamowitym przeżyciem, a każda płyta zbiera zajebiste recenzje i oceny. “The Dusk in Us”- dziewiąty album od architektów metalcorowych brzmień to nie jest zwykły album. ŻADEN album w tym roku nie posiada tak agresywnego wokalu, tak mocnych bębnów i gitar, które brzmią jak gwóźdź przebijający twoje uszy (w pozytywnym tego porównania znaczeniu). Converge pokazuje tym albumem, że cały czas są w czołówce najbardziej energicznych zespołów. Album ten spokojnie mógłbym umieścić na końcu podium, ale…
  5. Dying Fetus Wrong One to Fuck With“. Po 5 latach powrócili mistrzowie technicznego death metalu zwani Umierającym Płodem (ang. Dying Fetus). Następca “Reign Supreme” ma kopa i to jakiego! Eksperymentowanie dało im (i nam w sumie też) wiele dobrego. “Panic Amongst the Heard”, “Die with Integrity”, “Fixated on Devastation” i tak dalej, i tak dalej… album nie ma żadnego słabego punktu. Techniczny death metal się rozwija. Czekamy na następną płytkę, panowie.
  6. Pallbearer Heartless“. Nie interesowała mnie twórczość tego zespołu do momentu wydania tej płyty. Ale ta płyta – miodzio. Otwierające “I Saw the End” i następne “Thorns” pokazuje prawdziwy doom połączony z progiem. Wokal jest przepyszny. Same teksty do utworów wiele przekazują, są wręcz piękne. Dalsze utwory, w tym tytułowy, tylko podkreślają, że stoimy tu i teraz, słuchając dobrej muzyki stworzonej ze złączenia dwóch zajebistych gatunków. Czegóż chcieć więcej od takiego zespołu?
  7. Sólstafir “Bedreyminn“. Powiem tak – kiedy płyta wyszła, strasznie mi się nie podobała, jakoś tak dziwnie… no ale z nienawiści do miłości. I tak oto pojawia się ona na miejscu siódmym. Nie jest lepsza od “Ótta”, ale trzyma wysoki poziom. Od czasu kiedy Sólstafir zaczął grać prog, coś się zmieniło w moim postrzeganiu muzyki. I tak się czuję, słuchając “Silfur-Refur”. Każdy utwór daje inne, aczkolwiek podobne emocje. Poza tym śliczna okładka. Prawda?
  8. Amenra “Mass VI“. Skromnie powiem, że ta płyta mogłaby się znaleźć zarówno wyżej, jak i niżej. Zależy od osoby. U mnie na miejscu ósmym. Pokochałem płytę od pierwszej minuty. Od riffu otwierającego “Children of the Eye”. Niesamowita płyta. Podoba mi się rozkład czasowy. 10 minut, 23 sekundy, 9 minut, 2 minuty, 9 minut i jebut- 11 minut. Płyta typowa jak na Amenrę – brzmienia doomowe pomieszane z brzmieniami post-metalowymi, darcie się do mikrofonu połączone z cichym czystym śpiewem. Jak tu się nie zakochać?
  9. Black Anvil “As Was“. Co to jest rytuał i czarna magia? Zapraszam do wysłuchania ostatniego albumu zespołu spod loga New York Black Metal, czyli Black Anvil. I nie żartuję. Płyta jest przesączona jednocześnie trve black metalem, jak i spokojniejszymi brzmieniami oraz czystym wokalem. Widziałem ich występ w B90 i zdecydowanie można było poczuć atmosferę tego albumu (występ promował płytę). Czy tego właśnie oczekiwali fani po poprzednich płytach? Nie sądzę. Nie znaczy to jednak, że płyta jest słaba. Jest inna i na pewno jest z najwyższej półki.
  10. Overkill “The Grinding Wheel“. Najlepszy thrash wydany w tym roku. Jestem tego w stu procentach pewien. Płyta pokazuje energicznego Overkilla, takiego jak za czasów chociażby “Horrorscope”. Takiego jakiego oczekiwali fani. Kawałki które uginają mnie na kolana – “Mean Green Killing Machine” i “Goddamn Trouble“. Najlepszy ich album od czasów “Ironbound” a może nawet wcześniejszych (?).


Artur Górecki

  1. Full of Hell “Trumpeting Ecstasy“. Najgorętszy młody produkt ekstremalnego podziemia bezwstydnie rozdaje karty. Efektem ich krystalizacji jest gniewny grind/death wypełniony noisem. Czysta dźwiękowa furia, oryginalnie kreują swoją zasłużoną pozycję. Polecam doświadczyć ich w marcu i dać im się muzycznie przewalcować.
  2. Converge “The Dusk In Us“. Album pokazujący, że Converge to wciąż muzyczny gigant, mieszający wszystko, co najlepsze w muzyce niezależnej. Drugich takich nie będzie.
  3. Iron Reagan “Crossover Ministry“. Udana reanimacja crossoveru, wyciąganie najlepszych rzeczy z hardcore’u i thrashu. Soundtrack do zabawy, jeżdżenia na desce, circle pitów i machania głową.
  4. Dying Fetus “Wrong One To Fuck With“. Kolejny niezawodzący album. Genialny na dzisiejszy czasy death metal, idealnie balansujący między techniką a, charakterystyczną dla gatunku, brutalnością. Tytuł, wręcz manifest zespołu, daremnie nie został nadany.
  5. Dead Cross “Dead Cross“. Dobre pokręcone punkowe granie. Szczęśliwie obecność Mike’a Pattona, niemalże muzycznego najemnika, nadała zespołowi oryginalności, bycia czymś więcej niż “punkowym projektem Dave’a Lombardo“. Świetnie słyszeć Pattona w czymś tak gniewnym, po raz pierwszy od dobrych piętnastu lat i współpracy z The Dillinger Escape Plan.
  6. All Pigs Must Die “Hostage Animal“. Kolejna bomba gniewu spod szyldu All Pigs Must Die. Wzmocnieni Brianem Izzim z niegrającego już Trap Them są jeszcze większą bestią.
  7. Power Trip “Nightmare Logic“. Odkopany artefakt z drugiej połowy lat 80. Świetny thrash metal w starym, dobrym stylu. Muzyka z pewnością smaczniejsza niż wymuszane, przeprodukowane obecne albumy klasyków gatunku, broniące się nazwą na okładce.
  8. All Out War “Give Us Extinction“. Wzorowe przywracanie dobrej opinii metalcore’owi, prezentując hardcore z licznymi metalicznymi, wręcz slayerowymi, naleciałościami.
  9. Expulsion  “Nightmare Future“. Exhumed + Repulsion = Expulsion. Jak na papierze, tak i muzycznie. Czternaście minut klasycznego grind/deathu.
  10. IDYLLS “The Barn“. Soniczne piekło, dręczący noise rock grany u samego Szatana. Australijczycy kolejny raz zaskakują świeżym, otwartym podejściem.


Jacek

  1. Sautrus “Anthony Hill” 
  2. Rosk “Miasma” 
  3. Red Scalp “Lost Ghosts” 
  4. Emptiness “Not For Music” 
  5. Mord’A’Stigmata “Hope” 
  6. Get Your Gun “Doubt Is My Rope Back To You” 
  7. Thaw “Grains” 
  8. Spaceslug “Mountains & Reminiscence” 
  9. King Dude “Sex” 
  10. Me And That Man “Songs of Love and Death” 


Jagoda

  1. Cradle of FilthCryptoriana – The Seductiveness of Decay”. Mimo podzielnych uwag na temat tej płyty, bardzo przypadły mi utwory z owej płyty. Dani nie zawiódł od strony lirycznej.
  2. Chelsea WolfeHiss Spun”. Jest to zdecydowanie inny album od poprzednich, lecz mnie nie zawiódł. Głębokie brzmienie i świętne utwory takie, jak „Vex” czy „16 Psyche”, które urzekają.
  3. Carach AngrenDance and Laugh Amongst the Rotten”. Zespół których słuchanie albumów, jest niczym podróż. Również słuchając owej płyty przeżyjemy niezwykłą podróż w mroczną otchłań.
  4. AzarathIn Extremis”. Nie muszę chyba dodawać, że bardzo długo wyczekiwany album. Obawy związane co do samej płyty, okazały się zbędne. Kawał dobrej death metalowej płyty.
  5. SepulturaMachine Messiah”. Nie jestem wielką fanką Sepultury, lecz byłam miło zaskoczona wysłuchując ten album. Mogę powiedzieć, że idzie to w dobrym kierunku.
  6. The Black Dahlia Murder „Nightbringers”. Nieodstający od zeszłych albumów, może nie jest tak ciężki. Ale i po co, jeśli i tak jest genialny. Mam tylko nadzieję, że zespół będzie nadal trzymał taki poziom.
  7. TriviumThe Sin and The Sentence”. Po przesłuchaniu „ The Heart From Your Hate” od razu wiedziałam, że będzie to dla mnie przełomowy album. Biorąc pod uwagę, że zeszłe album zbytnio nie przypadły mi do gustu.
  8. Stone SourHydrograd”. Niezłe brzmienia, melodyjne zwrotki i ten świetny wokal Coreya Taylora. Czego chcieć więcej.
  9. ImmolationAtonement”. Zespół który nigdy mi się nie znudzi, album nazwałabym death metalowym dziełem.
  10. HornTurm am Hang”. Jest to kawał dobrego Pagan Black Metalu. A utwory, takie jak „Turm am hang” czy „Alles in einem Schnitt” są przykładem naprawdę dobrze zrobionych kawałków.


Mariusz Miłosz

Jako że co roku robię podsumowanie z top 13, a w tym roku jeszcze kilkanaście płyt walczy o pozostałe trzy miejsca, uznaję to za znak i podaję obecną dziesiątkę (kolejność alfabetyczna):

  1. Black Country CommunionBCCIV“. Po trochę słabszym Afterglow nie miałem jakichś ogromnych oczekiwań, a tymczasem nowe Black Country to absolutna petarda, takie kawałki, jak The Cove czy Wanderlust to zdecydowanie najlepsze numery w karierze zespołu.
  2. Body Count “Bloodlust“. Nie znam specjalnie wcześniejszych dokonań BC, ale nowy album kasuje wszystko co nagrywa thrashmetalowa młodzież, tak to się robi!
  3. Bullet Height “No Atonement“. W końcu płyta, która pozwoliła mi otrzeć łzy po rozpadzie przegenialnego Pure Reason Revolution.
  4. Deep Purple “Infinite“. Szanse że to będzie ostatnia płyta Purpli są niemałe, jeśli tak, to pożegnanie z wielką klasą.
  5. Lunatic Soul “Fractured“. Byłem nieco rozczarowany ostatnią płytą Riverside, nie żeby to był zły album, ale brakowało mi “tego czegoś”. Fractured pokazuje, że Mariusz nadal jest w stanie robić wielką muzykę.
  6. Pain Of Salvation “In The Passing Light Of Day“. Chyba pierwsza płyta w tym roku, o której od początku wiedziałem, że znajdzie się wśród najlepszych. Dla mnie najlepsze co ten zespół nagrał.
  7. Sikth “The Future In Whose Eyes?“. W zasadzie śmieszne, że do tej pory nie znałem, choć lubię większość zespołów, które zainspirowali.
  8. Variete “Nie Wiem“. Przypomniał mi się “Zapach Wyjścia” w tym roku, a podczas zakupów zauważyłem, że wydali coś nowego. potem jeszcze zaliczyłem koncercik no i wpadłem na dobre. słucham bez przerwy.
  9. Steven Wilson “To The Bone“. Trochę mnie dziwiło, że choć zawsze byłem wielkim fanem Wilsona, to od czasu zawieszenia Porcupine Tree nic mi się nie podoba aż tak jak wszystkim dookoła. tzn. jasne były to dobre albumy, ale nie tak dobre w mojej ocenie. aż tu Wilson nagrywa płytę, która dzieli fanów, a ja znowu jestem kupiony.
  10. Zeta “Zeta“. Widzę Daniel Tompkins – i kupuję.

Pod względem muzycznym bardzo dobry rok, ciężko było wybrać najlepsze płyty. Zauważyłem, że coraz chętniej i częściej jeżdżę na koncerty, a Bydgoszcz (tu mieszkam) to już totalne koncertowe zadupie. Zauważyłem też, że z wiekiem coraz bardziej ciągnie mnie do lżejszej muzyki, nawet do popu (groza), ale nie jest jeszcze tak źle, skoro podoba mi się nowe Archspire 🙂

W 2018 jak co roku od kilkunastu lat czekam na nowego Toola. Może się uda?


Bartosz Muszkat

  1. Power Trip “Nightmare Logic“. Nic przesadnie odkrywczego płyta nie oferuje. Muzycy Power Tripa potrafią po prostu rzetelnie pisać chwytliwe, przebojowe piosenki, które zostają w głowie na długo, dzięki świetnym riffom, perfekcyjnie wpasowującej się w nie perkusji i charakterystycznym, agresywnym wokalem. Ponad to płyta brzmi perfekcyjnie, oddając całą energię zespołu. Najlepsza thrash metalowa płyta XXI wieku.
  2. Horisont “About Time“. Świetne, różnorodne utwory wszystkie mocno nawiązujące do lat 70., lecz utrzymujące pewną oryginalność. Jest tu wszystko: wysokie wokale, gitarowe harmonie, trochę melancholii, no i niezastąpiony space rockowy klimat.
  3. Vampire “With Primeval Force“. Płyta jednocześnie brutalna i pełna melodii. Zarówno złożona jak i wpadająca w ucho. Przeplata się tu wszystko co można lubić w metalu.
  4. Stallion “From the Dead
  5. Vulture “The Guillotine“. Obie płyty pełne tnących melodii, wysokich, krzykliwych wokali. Stallion trochę bardziej przebojowy i lepszy pod względami technicznymi, Vulture z kolei z większymi jajami i bardziej agresywne.
  6. Midnight “Sweet Death And Ecstasy”. Proste utwory, najbardziej wkurwiony wokal tego roku, mocno przybrudzony czernią heavy/speed – po prostu KVLT.
  7. Havok “Conformicide“. Płyta ukazająca, że pomimo roku 2017, thrash metal wciąż może brzmieć ciekawie i świeżo.
  8. Night Demon “Darkness Remains“. Niby wszystko to już gdzieś można było usłyszeć, ale Night Demon podaje klasyczny heavy metal w taki sposób, że nie można na to narzekać.
  9. Overkill “The Grinding Wheel“. Overkill po raz kolejny nie zawodzi i wydaje jeszcze jeden co najmniej dobry album. Dodatkowo dosyć różnorodny, bo o ile bazą jest thrash metal, to wkrada się tu zarówno groove, power jak i klasyczne heavy.
  10. Hell Fire “Free Again“. Odtwórczy heavy metal. Niby nic ciekawego, ale jakoś ciągle zachęca by do niej wracać.


Sławomir Otrocki

  1. Black Cilice “Banished From Time“: garaż, mrok, siarka, cios.
  2. Full Of Hell “Trumpeting Ecstasy“: okładka roku, jedno z moich odkryć roku, grindcore pierwsza klasa.
  3. Enisum “Seasons of Desolation”: przepięknie w czerń – jedno z moich odkryć roku.
  4. Godflesh  “Post self“: pokazali konkurencji, gdzie raki zimują, miazga.
  5. Dead Cross “Dead Cross“: klasa sama w sobie.
  6. Satyricon “Deep Calleth Upon Deep”
  7. Thaw  “Grains“: cieszmy się, że mamy w Polsce kapele reprezentujące taaaki poziom!!!
  8. Neige Et Noirceur -“Verglapolis“: klimatyczny album roku, mega cios.
  9. Kadavar  “Rough Times”: bardzo porządny stoner, wolę o wiele bardziej niż przereklamowane Electric Wizzard.
  10. Pallbearer “Heartless


Tomek Pusz

  1. Gaahls Wyrd “Bergen Nov ‘15″ – ostatnia płyta, jaka zakupiłem i ostatni koncert na jakim bylem w 2017. Krotko – blackmetalowa poezja! Kto nie ma, i kto nie był niech żałuje! Koncertowa płyta roku!
  2. Paradise Lost “Medusa” – nie od razu weszła, ale jak już weszła, pozostała na topie. Anglicy w formie jak sprzed lat. Materiał spójny, równy, uzależniający! Dobra robota!
  3. Ulver “The Assassination of Julius Caesar” – wprawdzie płyta niemetalowa, ale chyba najczęściej przeze mnie słuchana w 2017. Uwielbiam, stąd też pozycja w dziesiątce.
  4. Wolves in the Throne Room “Thrice Woven” – oh, zakochałem się od pierwszego przesłuchania! Koncert w Firleju tylko potwierdził mnie w przekonaniu, że to jedna z płyt roku… ba! Istna czołówka! Cudo🤘
  5. Blaze of Perdition “Conscious Darkness” – Polak potrafi! Świetny, spójny, dojrzały materiał! Koncertowo również pełna profeska! Długo jeszcze będę wracał do tej blackmetalowej symfonii.
  6. Solstafir “Berdreyminn” – hity w chłodnej, islandzkiej atmosferze! Widziałem ich na Prog in Park i naprawdę, po Opeth, występ wieczoru!
  7. Immolation “Atonement” – O kierwa! Jakie brzmienie! Gruz, hałas, wpierdol! Nie mogło jej tu zabraknąć! No ni chuja! 😂
  8. Satyricon  “Deep Calleth Upon Deep” – satyrowe i frostowe granie! Albo ktoś lubi albo nie. Ja podpisuje się pod tymi pierwszymi! Super materiał! Power!
  9. Audn “Farvegir Fyrndar” – blackmetalowa inteligencja i elegancja podana w zimnym tonie! Ktoś uzna, że to niedorzeczne… ja – kupuję to! Tym bardziej, ze na żywo kopia dupę, a materiał przenosi mnie w zimowe, leśne zadupia. 😍
  10. Dużo by tu jeszcze wymieniać… ale 10 to 10. “5 groszy” od siebie dorzuca moja dziewczynaMe And That Man
    Songs of love and death“. Tytuł mówi sam za siebie. Ja dodam – fajne to! Kupuję.


Maksym Skrzat

  1. Cavalera Conspiracy “Psychosis“. Ahh, bracia Cavalera. Max po odejściu z Sepultury długo szukał swojego brzmienia. I poniekąd znalazł je wraz z Soulfly, lecz to nadal była bardziej kontynuacja brzmienia Roots niż takiego Arise. Max wraz ze swoim bratem Igorem nagrali w tym roku najlepszą swoją płytę od czasów Roots. Żadna płyta Soulfly, żadna płyta Sepultury po odejściu Maxa i Igora nie dorównuje tej bestii. Psychosis to miks fantastycznego brzmienia z Arise połączony z dawką industrialu i szczyptą groove metalu. Płyta w końcu nie nudzi, a zachęca do powracania do niej. Nie to, co poprzednie wydawnictwa CC. Płyta roku.
  2. Kreator “Gods of Violence“. Gods of Violence to przez praktycznie cały rok było moje zdecydowane TOP 1. O wiele lepszy materiał niż dwie poprzednie płyty, bez nadmiernych ilości melodii jak to było na Phantom Antichrist. Po prostu Kreator. Nie można spodziewać się po tej płycie, że brzmi tak, jak chociażby Pleasure To Kill, bo tak nie jest. I na pewno nie jest to minus, bo chłopaki szybko by się wypalili. A tak otrzymaliśmy genialny zbiór utworów które poruszają wiele tematów i problemów współczesnego świata i w dodatku świetnie brzmiących.
  3. Dead Cross “Dead Cross“. Debiutancki album supergrupy utworzonej przez wielkiego Dave’a Lombardo znanego między innymi ze Slayera to nic innego niż szybkie, krótkie, agresywne ale za to jakie świetne granie. Bez zbędnych dodatków, które miałyby urozmaicić brzmienie Dead Cross, po prostu hardcore punk wymieszany z thrash metalem. Mike Patton jak zawsze – światowa forma.
  4. Obituary “Obituary“. Najnowsze wydawnictwo Obituary o takim samym też tytule jest zdecydowanie najlepszym materiałem jaki panowie z Florydy wydali od czasów Frozen In Time. Brzmi po prostu tak, jak Obituary powinno brzmieć, czyli brutalnie, surowo i bez zbędnych dodatków.
  5. Assimilation “The Laws of Power“. Można powiedzieć, że dokładnie takiej płyty szukałem od długiego czasu. The Laws of Power to na prawdę solidna dawka death i thrash metalu w jednym. Jest brutalnie, szybko i bezkompromisowo.
  6. Decapitated “Anticult“. Wspaniała płyta w wykonaniu Decapitated. Tym razem odsunęli się jeszcze bardziej od death metalu i nagrali płytę bardziej groove metalową, oczywiście nadal zachowując niektóre elementy ze swoich wcześniejszych wydawnictw. Dla mnie to ich najlepsza płyta, i mam nadzieje, że nadal będą szli w tym kierunku.
  7. Power Trip “Nightmare Logic“. Zdecydowanie lepsza płyta od Manifest Decimation. Brzmienie jest świeże, i jako jeden z niewielu zespołów z tzw. nowej fali thrash metalu Power Trip mi się spodobał.
  8. Emmure “Look at Yourself“. Może i nieco kontrowersyjny wybór, ale Emmure wywarło na mnie w tym roku ogromne wrażenie. Frankie z całkowicie nowym składem nagrali coś, co brzmi świeżo, nie jest nudne i jest warte uwagi. Najlepsza płyta Emmure, duży plus.
  9. Scour “Red“. Masakra, dosłownie! Kolejna świetna EPka od zespołu Phila Anselmo, lecz za krótki to materiał, żebym mógł umieścić go wyżej. Czekam na full-length.
  10. Roger Waters “Is This the Life We Really Want?“. Zaskakująco dobra płyta w wykonaniu samego Rogera Watersa. Nieco jednak standardowa, dlatego miejsce tylko 10.


Jarosław Turski

  1. Converge “The Dusk in Us”. Converge to dla mnie nie tylko epatująca agresją maszyna balansująca na krawędzi szaleństwa. Jakkolwiek wizytówką zespołu jest gwałcący uszy hałas, nie trzeba być ekspertem, by wyłowić doskonałe schematy kompozycji, wyśmienite riffy, kapitalną pracę sekcji rytmicznej – wszystko w spójnej, zwartej formie, gdzie nie ma miejsca choćby na chwilę wytchnienia, a utwory przypominają bezprzykładnie brutalną chłostę. Poza wzorowym opanowaniem metalcore’owego rzemiosła, Ballou i kumple zdają się grać na emocjach najlepiej od czasu “Jane Doe”; wydaje się, że to jest klucz do zrozumienia, dlaczego “The Dusk in Us” jest w dyskografii grupy pozycją tak wyjątkową.
  2. Ulsect “Ulsect”. Ulsect to kolejny z rozlicznych tworów, które w zawrotnym tempie płodzi awangardowy death metal. Holenderski kolektyw prawdopodobnie od zarania zmagać się musi ze skojarzeniami z hordą Ulcerate, jednak to nieważne – ta płyta zwyczajnie miażdży. O ile jednak chociażby w przypadku gołowąsów z Chthe’ilist w poprzednim roku można było mieć obawy względem (nieprzyzwoicie ostatecznie udanej) pierwszej płyty, o tyle tutaj projekt był skazany na sukces; za robotę zabrali się wszak muzycy uznanych firm, jakimi są Dodecahedron czy Textures. Czapki z głów, panowie.
  3. Azarath“In Extremis”. Można mieć wątpliwości, czy Nergal jest bardziej muzykiem czy celebrytą; w przypadku pana Zbyszka Inferno z kindermetalowego zespołu pieśni i tańca Behemoth tych obiekcji mieć nie można. Może dlatego, że nie występuje w dzieńdobrytefałenach i w srogi sposób obchodzi się z perkusją, nawalając pięknie doń. Członkowie Azarath po raz kolejny urwali konkurencji łby i nasrali do środka, serwując iście rozczulającą piekielną młóckę.
  4. Weregoat “Pestilential Rites of Infernal Fornication“. Co to jest ten war metal? – ileż razy zadawałem sobie to pytanie! Nie wdając się jednak w dywagacje ekspertów i innych tęgich głów na polu muzyki; dla mnie Weregoat to przede wszystkim black/deathowy pomiot, który tworzy soundtracki bezprzykładnej anihilacji. W zasadzie nic odkrywczego (w tej samej niszy możecie posłuchać Teitanblood, Proclamation, etc.) ale dewiantom z Portland naprawdę warto poświęcić trochę czasu; “Pestilential Rites of Infernal Fornication” ma w zasadzie WSZYSTKO, czego do szczęścia potrzeba. Co dokładnie? – ano nawałnicę dźwięku, świetne solówki, kapitalne riffy, opętanego wokalistę, surowy klimat i chropowatą produkcję. Do tego płyta jest stosunkowo zwięzła w formie, albowiem 38 minut tych intensywnych doznań jest karą zdecydowanie wystarczającą.
  5. Madrost “The Essence of Time Matches No Flesh“. Na wysokości 2013/2014, zmęczony słuchaniem kolejnego nowego thrashowego albumu nagranego przez anemików gdzieś z Zachodniego Wybrzeża stwierdziłem, że trasz to maksymalne gówno. I najlepiej dać sobie siana, zaprzestać słuchania tej regresywnej sieki i oddawać się rozpuście przy innej metalowej padlinie. Co z tego wyszło? W 2017 roku odświeżałem sobie dyskografię Slayera, cieszyłem japę przy Onslaught czy Rigor Mortis, oczekiwałem z wypiekami premiery Warbringera, no i zapętlałem tygodniami Madrosta – niesamowity, progresywny thrash przypominający bardziej ułożonego brata zespołu Vektor. Chłopaki z pewnością nie sprowadzają się do roli thrashowej pralki automatycznej, mają niebywały kompozycyjny rozmach i głowy pełne pomysłów – nie pozostaje nic innego, jak życzyć im kolejnych tak efektownych rozwałek.
  6. Desecresy “The Mortal Horizon“. Mój stary to fanatyk fińskiego metalu. Pół mieszkania zajebane płytami Funebre i Demilicha najgorsze. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżącą na ziemi kasetę Demigoda. No ale do rzeczy – jest mnóstwo zespołów, które próbują jechać na patentach starych, zasłużonych dziadów, którzy kierują się tam, gdzie poszedł niedawno chociażby Andrzej Wajda. Desecresy to idealny przykład, jak odróżnić fekalia od czekolady; chropowata produkcja, gitarowe kolce zdeformowanych pseudomelodii, nieludzki głos wokalisty, słowem underground głęboki jak myśl Majora Suchodolskiego. Taki death metal to nie tylko wehikuł czasu (to byłby cud!), ale i czysta przyjemność.
  7. AlastorBlack Magic“. Jestem fanem doom metalu, jednak od paru lat mogę nań jedynie psioczyć; choć na rynku propozycji sporo, to większość albumów jest zwyczajnie przepełniona popeliną o niezwykle rzadkiej konsystencji. Nic zatem dziwnego, że w tej materii Alastor sprawił mi w tym roku wielką radość. Walcowate tempa i dużo gitarowego żużla – teoretycznie granie doomu ociera się o banał, niemniej Alastor należy do tej wąskiej grupy zespołów, które właśnie tak potrafią grać. Trawestując Johanna Cruyffa – granie doomu to prosta sztuka, ale robienie prostych rzeczy jest niezwykle trudne.
  8. Undergang “Misantropologi“. Kolejny produkt niesłabnącej popularności oldskulowego metalu i panującego nań revivalu. O ile jednak nad takimi herbatnikami jak Obliteration czuwa duch Fenriza, o tyle nad Duńczycy z Undergangu powinni czuć nad sobą kaprawe oczy muzyków Grave, Rottrevore czy Convulse. Atmosfera panująca na „Misantropologi” jest tak gęsta, że na jej tle można byłoby powiesić niejednego skazańca; płyta dosłownie wionie cmentarną kryptą, przez co stanowi prawdziwą gratkę dla każdego fanatyka metalu śmierci.
  9. Altarage “Endinghent“. Moimi metalowymi ulubieńcami z Półwyspu Iberyjskiego są obecnie panowie z Teitanblood, ale i na twórczość Altarage spoglądam łakomie; Baskowie z Bilbao również serwują smakowite w formie seanse nienawiści. Rzeczona formuła pozostaje zaś niezmienna – to nadal piekielny gar smoły składającej się z blackened deathu i szczypty sludge’u. Altarage kroczy wydeptaną już przez płytę „Nihl” ścieżką, zdaje się jednak, że w swym rzeźnickim rzemiośle już tylko się doskonali. Ciężko zatem nie odnieść wrażenia, że mimo skrajnego bestialstwa, najlepsze nadal jeszcze jest przed Baskami.
  10. Incantation “Profane Nexus“. Umówmy się co do jednego – Inkantacja to klasa sama w sobie, firma. I chociaż ekipa dowodzona przez Johna McEntee nie wypuszcza już hurtowo albumów kanonicznych [jak miało to miejsce w latach dziewięćdziesiątych], o tyle nadal stanowi gwarancję wyśrubowanego poziomu; “Profane Nexus” nie stanowi w tej materii wyjątku. To mięsisty, soczysty death metal z miażdżącymi zwolnieniami zagrany w starym, oldskulowym stylu. Można się czepiać, że gdyby produkcja była mniej sterylna, album brzmiałby chwilami jako żywo z nanjtisów, ale kogo to obchodzi? Posłuchajcie, jak członkowie Incantation piszą piosenki, jak łączą brutalny chaos z prostotą. Można osłuchać się milionów płyt, można nauczyć się świetnie gry na wiośle, ale są rzeczy, których nie nauczy żadna szkoła. I chłopaki z Incantation  to mają. Koniec, kropka.
    Wyróżnienia [kolejność niewartościująca – w porządku alfabetycznym]:
    All Pigs Must Die, Autopsy, Blaze of Perdition, Clandestine Blaze, Dodecahedron, Dying Fetus, Decapitated, Havok, Lantern, Ljosazabojstwa, Mantar, Memoriam, Necrot, Obituary, Possession, Satyricon, Svart Crown, Tchornobog, The Flight of Sleipnir, Ufomammut, Vallenfyre. 


Paweł Zarzeczny

  1. Oh Sees “Orc“. Dali najlepszy koncert na tegorocznym Off Festivalu, jeszcze przed wydaniem tego krążka, ale gdy już były znane dwa single, które zagrali. John Dwyer konsekwentnie ubogaca swoje garażowe brzmienia krautrockowymi i psychodelicznymi inspiracjami, przy tym wydaje nowe albumy w zawrotnym tempie, średnio więcej niż jeden na rok. Na najnowszym pod skróconą nazwą (Thee Oh Sees bez Thee) udało mu się wspaniale połączyć gatunki i ukręcić niesamowite brzmienie, jest i sążne przypierdolenie, jak w Animated Violence, są i parominutowe tripowe odpływy, jak w Keys to the Castle. Grupa awansowała do ścisłej czołówki moich ulubionych. Warto też przypomnieć, że pod nazwą OCS wyszedł w tym roku inny krążek Dwyera, z zupełnie inną, często akustyczną muzyką, ale również jest to udana pozycja.
  2. King Gizzard & the Lizard WizardFlying Microtonal Banana“, “Polygondwanaland“, także “Sketches of Brunswick East” oraz “Murder of the Universe“. Wyobrażam sobie, że premier Szydło wychodzi na koniec swojego urzędu i obwieszcza, dukając na swą usypiającą modłę: ogłaszam rok dwa tysiące siedem-nasty rokiem King Gizzard & the Lizard Wizard. To był zdecydowanie czas tej grupy, ogromnego wzrostu zainteresowania ich twórczością, spowodowanego obietnicą wydania pięciu studyjnych albumów, jak i ich całkiem przyzwoitą średnią jakością. Szczególnie “Flying Microtonal Banana” oraz “Polygondwanaland” okryły się chwałą, chociaż dwie pozostałe też wg mnie są niczego sobie. Ta grupa przywróciła mi wiarę w kreatywne moce psychodelicznego rocka po pół wieku jego istnienia. Są szaleni, są twórczy, pomysłowi i konsekwentni w realizacji swoich celów, do tego koncertują, prawdopodobnie sami siebie sklonowali więcej niż raz, żeby ogarnąć tę ilość studyjnego materiału regularnie przy tym koncertując.
  3. ElderReflections of a Floating World“. Już przy “Lore”, która zdobyła światowe uznanie, docierały zewsząd utyskiwania fanów stonera, że to już nie to samo. I, kurwa, wspaniale, że nie zamknęli się w tej szufladce, a “Reflections…” to konsekwentny krok w obranym kierunku łączenia ciężkiego uderzenia z psychodelicznymi odlotami i progresywnymi konstrukcjami. Dla mnie zawsze negowanie progresywnego rocka, jako nudy, przerostu formy i wykorzystywania tylko utartych schematów, było zwykłym pieprzeniem, a takie grupy, jak Elder udowadniają, że można to zrobić dobrze, ba, zajebiście.
  4. The Physics House BandMercury Fountain“. Genialne połączenie ducha Mars Volty, jazzującego math rocka i progresywnych zapędów (tych smacznych, nie retrospektywno-onanistycznych). Bardzo krótka płytka, długości dzisiejszych EP, bo poniżej pół godziny, ale warta wspomnienia, bo grupa planuje już nowy materiał. Poznałem ich na koncercie Sleepmakeswaves, gdzie jako support pozamiatali i to ich płytka wróciła ze mną z tego gigu. Jest smak na więcej, może być nawet tak samo krótko, jeśli ma być równie dobrze.
  5. AquasergeLaisse ça être“. Avant-prog, który ani chwili nie zmęczy i nie zbliży się do linii przesady, a przy tym pozostaje twórczy i nadal w swej naturze awangardowy. Smacznie to wszystko zrobione, i wokale rozbite sylabami między członków grupy, i wtrącający się klarnet. Wszystko to pięknie ze sobą harmonizuje, chodzi za mną.
  6. Quantum FantayTessellation of Euclidean Space“. Ta belgijska grupa to mój osobisty konik, bo poznałem ich jako Ozric Tentacles , a od tego czasu znacznie się rozwinęli. Jak ktoś trawi wszechobecne synthy i nie zmierzi go opieranie wielu utworów na zaprogramowanych podkładach, to jest to zajebiste połączenie space rocka, prog rocka, heavy metalowego przypierdolenia, a nawet całkiem spoko shreddowania bez zbytniej masturbacji, melodyjnego, ale nie do przegięcia słodkiego. Tym razem dodali jeszcze sax, co może się podobać lub nie, na pewno dodało jeszcze więcej przestrzeni.
  7. IdlesBrutalism“. Jebitne uderzenie powstałe z oscylowania na granicy post punka, jak i zwyczajnego hardcore punka. Dobre, zjebane teksty, które każdego rozbawią. Jest uderzenie.
  8. KadavarRough Times“. Niemcy z płyty na płytę robią bardziej zwarte, kopiące dupę kawałki, a kto widział na żywo, ten polubi bardziej.
  9. Pain of SalvationThe Passing Light of Day“. Re-wizytacja ich klasycznego materia łub kończy się u mnie zwykle stwierdzeniem, że nie zestarzało się to tak dobrze, jak bym chciał, albo za młodu przeceniałem po prostu. A tu nagle zrobili coś w moim przekonaniu, co w cieniu zostawia ich cały, klasyczny okres. Najlepszy krążek, połączyli najlepsze co mieli w swoim starym stylu, ograniczając to, co przaśne i czego już słuchać mi się nie chce, ze świeżością najlepszych Leprousów, i wyszło zajebiście.
  10. The StubsLet`s Die“. No szkoda, że kończą, bo trzymali poziom i świeżość. Nic, tylko kupić sobie ich dyskografię w boksie – trumnie 🙂

Inne dobre: Kairon;IRSE! z czasem zyskało. Causa Sui dobry standard, mieli lepsze. Chelsea Wolfe dopiero co poznałem, daje radę. Protomartyr kontynuuje dobrą passę współczesnego post punka. Leprous ok, bez obesrania. Podobnie Primus, mimo to szacun. Dobre Mythic Sunship z tej samej stajni, co Causa Sui. Motorpsycho mnie już nuży, krążek ok, ale mi się nie chce już tego samego słuchać po raz enty. Dobre Ruby the Hatchet, ale bez przesady, do poziomu Blood Ceremony im daleko. Ty Segall spoko. Moonwagon, Agusa, Electric Eye, Hadal Sherpa, Stupid Cosmonaut z przestrzennych brzmień dają radę. EABS zajebiste, współczesne jazzy z hip-hopami.

Z kraju inne dobroci: Spaceslug “Time Travel Dilemma”, Dopelord “Children of Haze”, Major Kong “Brace for Impact”, Ignu , Andromeda Space Ritual, So Slow, Zimpel/Ziołek.

Live: głównie to samo w topie live, co i na płytach, może dlatego, że chodzę na koncerty cały czas, a część pewnie zyskuje na żywo i potem inaczej się tego słucha. Parę gigów dzięki Waszym wejściówkom. Aquaserge w Lublinie, także razem z Aksak Maboul, Oh Sees na Offie, Kadavar w Progresji, The Physics House Band w Hydrozagadce, to były hajlajty. Ogółem Off (Idles, Preoccupations, Kikagaku Moyo, Boris) i Red Smoke (Elder, Kadavar, polskie grupy z małej sceny też nie zawiodły) w ogóle też. Do tego wspólny koncert Kairon;IRSE!, Death Hawks, Naxatras i Ignu zapadł w pamięć, chociaż poza grekami to wszystko już widziałem wcześniej. Pain of Salvation też zamiótł w Inowrocławiu. Leprous i Agent Fresco świetni. Także Dopelord i Major Kong razem siadło. Tylko King Gizzard nie udało się zobaczyć, ale w lutym w Londynie to nadrabiam, liczę też że czoło Artura Rojka zawezwie ich na Offa. Lotto w Promie Kultury Saska Kępa, jak zajebali post-wszystko melanż, to nie wiedziałem jak się pozbierać, a ich płytę z poprzedniego roku uważam za przereklamowaną. The Stubs zagrali i się rozpadli, do końca życia chyba pozostanie mi widok gościa w masce który skoczył pocrowdsurfować, gacie mu zjechały i z pytą na wierzchu, tylko w butach i tej masce pożeglował na tłumie, taki był amok 🙂 Jeszcze Yuri Gagarin w Hydrozagadce. Z innej beczki Moulettes w Lublinie, transowy wpierdol Juno Reactor tamże, Urbanator ze swoimi murzynami, jak i zaproszeni przez niego EABS.

Piotr

Piotr

Głównodowodzący KVLTowi, fan undergroundu oraz maniakalny zbieracz płyt CD.
Piotr
This entry was posted in Artykuły, Newsy. Bookmark the permalink.