A Thousand Sufferings – “Bleakness” (2018)

Za górami, za lasami… a może raczej za stertą różnorakich papierzysk i innych dokumentów, którymi niechcący niegdyś go przykryłem, leżał sobie drugi album belgijskiego A Thousand Sufferings. Leżał i czekał na to, aż w końcu nadejdzie czas solidnych porządków, podczas których zostanie przeze mnie odnaleziony. Moment ten w końcu nadszedł, a cierpliwie oczekujący na swoją turę w moim odtwarzaczu Bleakness w końcu wypłynął ze znajdujących się za moimi plecami głośników i momentalnie zmusił mnie do powiększenia mojej listy noworocznych postanowień o kolejną pozycję – w 2020 będę dbał o porządek dookoła siebie.

No bo jak inaczej mam zareagować na fakt, że przez moje własne niedbalstwo przez tyle miesięcy omijało mnie coś tak cudownego, jednak niezwykle przygnębiającego, i nomen omen posępnego zarazem? Chociaż czterdzieści minut potrzebne na zapoznanie się z sześcioma utworami Belgów mija w mgnieniu oka, to nie jest to wcale łatwa podróż. Dołująca atmosfera została tu wykreowana po mistrzowsku, spodziewajcie się zatem gorszego nastroju po odsłuchu tego prawie arcydzieła. No i lepiej nie odpalajcie go, gdy znajdujecie się w emocjonalnym dołku. Dlaczego prawie arcydzieła? Otóż momentami przeszkadzał mi wokal PJa, na ogół przyjmujący formę wrzasków wypełnionych rozpaczą i cierpieniem, kiedy indziej będący zaś po prostu rozpaczliwym skomleniem. Problem jest taki, że o ile na ogół taka forma śpiewu na tym wydawnictwie się sprawdza i pasuje do jego ogólnego klimatu, tak niestety nie zabrakło momentów, w których brzmiało to strasznie nienaturalnie. Nie jest to jedyna rzecz, do której się przyczepię – o drugiej jednak ciut później.

Gatunkowo zespół jest skategoryzowany jako blackened doom i choć bez problemu znajdzie się na tym krążku elementy zarówno blackowe, jak i doomowe, to jednak myślę, że możnaby tu spokojnie dopisać jeszcze sludge i nikt nie miałby z tym problemu. Piękne, iście sludge’owe zwolnienia (pierwsze z nich można napotkać w fenomenalnym Antagonist) potęgują niesamowicie dołującą atmosferę, a zaskakująco chwytliwe melodie hipnotyzują i pozwalają zatracić się w beznadziei. Choć Bleakness nie jest żadnym kamieniem milowym dla gatunku, to jednak właśnie przez ten klimat zostanie on przeze mnie zapamiętany na bardzo długo. Co ciekawe, na krążku znajduje się cover Ghost Riders in the Sky oryginalnie autorstwa Stana Jonesa – tej samej skocznej piosenki, która przed laty dała początek Riders on the Storm The Doors – tutaj zatytułowany po prostu Ghostriders. Chociaż cover to może w sumie złe słowo, bardziej pasowałoby tutaj określenie – interpretacja. Bez wątpienia jest to najsłabszy moment albumu, choć wcale nie oznacza to, iż jest on kompletnie nieudany – to właśnie tutaj najbardziej zawodzi wokal, a choć zespół oczywiście nadaje temu numerowi pewnej dozy negatywizmu, to jednak całości nie udaje się zdecydowanie odciąć od pierwowzoru przez co piąta pozycja na trackliście nie do końca pasuje klimatem do reszty albumu. Na szczęście (?) wieńczący płytę, rewelacyjny Faces z przytupem sprowadził mnie z powrotem do emocjonalnego parteru.

Ciężki jest to album, oj ciężki. Warto jednak się z nim zapoznać i przymknąć oko na niedostatki – Bleakness przy odpowiednich warunkach może zaprowadzić Was w miejsca, z których jedyna droga wiedzie tylko i wyłącznie w górę. Przy tak dobrych dźwiękach ta podróż jest warta odbycia.

Ocena: 8+/10

A Thousand Sufferings na Facebooku

Łukasz W.
Latest posts by Łukasz W. (see all)

Tagi: , , , , , , , , .