Alda – „Alda” (2009)

Wakacje, wakacje i po wakacjach. Ten okres, szczególny dla młodzieży uczącej się, owocuje zawsze podsumowaniami, w których to wypoczęta gawiedź chwali się na swoich blogach o tym, co przeczytali, czego posłuchali i co wygrzebali w czeluściach internetu.

Dla mnie wakacje to raczej okres wzmożonej pracy i mało mi go zostaje na dodatkowe doznania estetyczne. Niemniej jednak i mnie udało się odkryć coś, co mogę nazwać wakacyjną zdobyczą. Tym czymś jest amerykańska formacja Alda.

Nie przez przypadek chce dziś napisać o ich pierwszej płycie wydanej w formie kasetowej aż dziewięć la temu. Właśnie w tym roku album doczekał się kolejnej już reedycji w formie srebrnokrążkowej, tym razem zrealizowanej dzięki niemieckiej Eisenwald, wytwórni znanej z edycji takich choćby wydawnictw, jak Drudkh, Agalloch, Uada czy Germ. A to nasuwa na myśl tylko jedno: sporą dawkę atmosferycznego black metalu.

I tak też jest tym razem. Pół godziny (z niewielkim okładem) podzielonej na sześć części opowieści amerykańskiego kwartetu dostarcza bardzo solidnej dawki nieco mizantropijnego i raczej wolnego, ale bardzo wciągającego materiału.

Album rozpoczyna się klimatyczną akustyczną nutą z wokalem czystym jak łza i perkusją przypominającą bardziej klasyczne bębny, na których wybijano rytm na starożytnych galerach. Scatteren on the Wind to wstęp piękny. A potem zaczyna się dzieło zasadnicze, tym razem pod postacią Fimbulwinter. Uśpione gitary i perkusja działająca w zwolnionym tempie daje nam obraz muzyków, którzy, aby wytworzyć dźwięki, muszą zmagać się z niesamowitymi przeciwnościami losu. Linie melodyczne są powtarzalne, trochę tantryczne i próżno w nich szukać wydumanych i skomplikowanych technicznie łamańców. W zasadniczych momentach wszystko przyspiesza. Perkusista przechodzi do blastów i w świetle słyszanych początkowo doomowych wręcz partii, dalsza część płyty wydaje się bardzo ostra. Wokal na wszystkich utworach umiejscowiony jest nieco z tyłu i brzmi jakby zza ściany z mgły. Świetny pomysł pasujący bardzo do klimatu płyty. The Seed and the Hailstone to kawałek szybki w całości, a następujący po nim Vali przypomina konstrukcją utwór numer dwa, czyli znów doomowy początek i zwarta końcówka. Utwór kolejny to utrzymany w średnich tempach Venom in the Waters. Album zamyka kawałek The Evergreen Womb, który podobnie jak The Seed and the Hailstone jest szybki I najmniej smętny z całego krążka.

Na początku napisałem, że Alda to moje wakacyjne odkrycie i tak jest. Choć doom metalu nie znoszę i zawszę powtarzam, że nie mam czasu na słuchanie ludzi, którzy produkują jeden dźwięk na minutę, to kiedyś Candlemass czy My Dying Bride były moimi muzycznymi filarami. I w Aldzie tego doomu jest dokładnie tyle, ile trzeba. A cała reszta (akustyczny wstęp, który naciągając mogę porównać do Kveldssanger Ulvera, i ostre utwory numer trzy i pięć) to mistrzostwo świata i okolic. I wcale nie czuć, że to tylko pół godziny. Jest tej muzyki w sam raz i więcej jej na płycie mogłoby słuchacza znudzić. A tak, aż chce się sięgnąć po inne wydawnictwa Aldy. Polecam bardzo.

Ocena 7,5/10,0.

 

Tagi: , , , , , , , .