Alda – „Tahoma” (2011)

Tahoma to drugi pełnowymiarowy krążek amerykańskich blackmetalowców spod szyldu Alda. Krążek wydany co prawda w roku 2011, ale reedytowany po raz kolejny i już trzeci raz w formie srebrnej płyty kompaktowej (pierwsze wydanie było w roku 2012 nakładem Pest Productions a kolejne w roku 2015 również pod tym samym labelem). Pomyślałem sobie, że coś być musi w tej płycie, skoro lista reedycji, jak na niezbyt popularną przecież kapelę jest tak długa. No i wziąłem się do słuchania.

Tym razem zespół zabrał się do roboty na poważnie. Album trwa aż pięćdziesiąt minut i składa się z pięciu dość długich etiud. In the Wake of an Iron Wind zaczyna się I kończy partiami akustycznymi i przypominającymi jako żywo pierwszy utwór z debiutanckiego krążka Alda. Niemniej jednak środek jest sążnisty i ostry, utrzymany w znajomym mi już stylu, i po prostu świetny. Adrift zaczyna się trochę jak Shores and Flames Bathorego, ale dalsza część utworu jest już ewidentnie autorskim pomysłem Amerykanów. I choć muzyka na Tahomie jest znacznie szybsza i zwarta niż na ich pierwszym krążku Alda, to Panowie wypracowali sobie styl, dzięki któremu ciężko jest pomylić ich z kimś innym. Mocno przesterowane gitary, wszystko tak jakby trochę ślamazarnie z trudem, a jednocześnie szybko i ostro. No i wokal wyjący gdzieś opętańczo zza grobu lub zza ciężkiej kotary. Tearing of the Weave znów zaczyna się akustycznym wstępem i czystym wokalem, by po minucie wejść na obroty i zaprezentować klasykę atmosferycznego blacka. Co prawda w środku utworu muzycy znów wracają do akustycznego przerywnika, jednak muzyce ciężko jest przypiąć łatkę powolnej. Shadow of the Mountain to kawałek w pełni akustyczny. I jakimś trafem utwór ten jest chyba najlepszy na albumie. Pomimo prostoty, pomysły w nim zawarte są po prostu zwyczajnie piękne, a zakończenie (coś w formie rozmowy indiańskiego szamana z wilkiem) pozostawia w głowie echa, które ciężko zagłuszyć.  Album zamyka utwór Wandering Spirit, najdłuższy na całej płycie i trwający prawie kwadrans. Pierwsza jego część utrzymana jest w klimatach delikatnie doomowych, ale druga część utworu to znów ściana przesłoniętych mgłą dźwięków. Wokal jest jeszcze bardziej opętańczy i wyśpiewywany tak jakby na granicy możliwości wokalisty. I takie klimaty przeplatają się przez całe piętnaście minut, tworząc bardzo, ale to bardzo monumentalny kawałek, którego zakończenie (dobra minuta) to dalekie odgłosy stada wyjących wilków nagrywanych jakby na Kasprzaku.

Tahoma jest albumem znacznie bardziej dojrzałym niż debiutancki krążek Alda. Znacznie mniej w nim dłużyzn i fragmentów doomowych, które ja traktuję z pewną rezerwą. Za to klimatu są tu całe pokłady, nieprzebrane tonie, w których można się nurzać bez przerwy. I zarówno partie akustyczne (zwłaszcza kawałek Shadow of the Mountain), jak i te ostre, to świetne pomysły zrealizowane w zasadzie kompletnie. I co ważne, Alda stworzyła receptę na muzykę, dzięki której są zdecydowanie rozpoznawalni i trudni do pomylenia z czymkolwiek innym na muzycznym rynku. A przy takim zatrzęsieniu kapel to sztuka niełatwa. I za to należą się Aldzie brawa i atencja. Dlatego ten krążek polecam Waszej uwadze. A tak w ogóle to po prostu idźcie go kupić i pokażcie tym samym Amerykanom, że mają tego nagrywać więcej i więcej.

Ocena 8,5/10,0.

 

Latest posts by Maciek Masta (see all)

Tagi: , , , , , , , .