Anaal Nathrakh – “The Whole Of The Law” (2016)

Każdy z nas zna kilka zespołów, na brzmienie których za każdym razem dostaje kisielu w gaciach. Dla mnie takim projektem jest Anaal Nathrakh. Nie znajduję niczego, co choćby w osiemdziesięciu procentach podobało mi się jak grindowo-industrialno-czerninowa mieszanina z niewyobrażalnym wokalem Vitriola. Łatwo się więc domyślić , że na The Whole Of The Law rzuciłem się jak Magik na bruk.

Najświeższy, dziewiąty album angielskiego duetu przynosi trzynaście nowych utworów, czyli prawie godzinę dzikiej muzyki. Płyta została wydana przez Metal Blade Records i nie oferuje niczego ponad to, co znamy. Mamy do czynienia z starym, dobrym Anaalem.

Przyznam, że nawet przy całym moim hurra-optymizmie, nie mogę nazwać The Whole Of The Law płytą wybitną. Sprawdzona forma kawałków miała, jak dla mnie, swój szczyt na Passion/Vanitas. Desideratum brzmiało już jak przejedzenie tematem i brak świeżych pomysłów, choć kilka utworów było bardzo dobrych. Natomiast The Whole Of The Law… niczego nowego nie wprowadza. Przesłuchując pierwszy singiel z płyty, Depravity Favors The Bold, liczyłem na wzbogacenie muzyki o symfonikę, chóry i mroczną podniosłość. No i niby jest te wzbogacenie, tylko na jedynie trzech utworach, wspomnianym oraz On Being A Slave i The Great Spectator. Dodatkowo brzmi ono w sumie tak samo. Poza tym mamy kilka dobrych utworów. Wspomniany Depravity Favors The Bold, groove’ujący We Will Fucking Kill You czy najbardziej blackowy …So We Can Die Happy. Jest także bardzo dobre zastosowanie motywów industrialnych na In Flagrante Delicto czy wstęp do Extravaganza!. Mamy też utwory słabe jak na Anaal Nathrakh. Extravaganza! irytuje wokalami na refrenie a And You Will Beg for Our Secrets ogólnie jest słabe. Najlepszym utworem okazuje się być Hold Your Children Close and Pray for Oblivion, które uosabia wszystko, co w twórczości Brytoli uwielbiam. Czyste szaleństwo podlane czystymi wokalami w refrenie oraz epicką, melodyczną końcówką to powód, dla którego warto ten krążek przesłuchać. A mówiąc już o szaleństwie: tego mi tutaj brakowało. Nie ma obłędu znanego z wcześniejszych płyt, nie ma ukierunkowanej wszędzie furii. Jest za to za dużo zimnej kalkulacji. Jakby Anaale znalazły swój złoty przepis i z uporem maniaka trzymały się go, odrzucając jakiekolwiek inne pomysły. I za to duży minus. Wolałbym już żeby nagrali coś słabego, ale innego, niż ciągłe katowanie tego samego. I nawet (średni, swoją drogą) cover Powerslave tego nie zmienia.

Jeżeli chodzi o brzmienie to nie zmieniło się w sumie w ogóle. Wszystko ciągle brzmi jak cycuś-glacuś, symfonika również jest bardzo dobrze wpisana w miks. Technicznie chłopaki dalej robią cuda. Szczególnie Vitriol, którego chory wokal nieustannie budzi mój podziw i zazdrość. Natomiast layoutu nie widziałem, bazuję na wersji YouTube’owej.

Nie sądziłem, że kiedyś to napiszę, ale Anaal Nathrakh trochę mnie rozczarował. Mam nadzieję, że to tylko chwilowe potknięcie i kolejny album będzie już na standardowo wysokim poziomie. Do tego czasu wolę słuchać Vanitas.

Ocena: 6/10

 

Kapitan Bajeczny

Kapitan Bajeczny

Czarny Piotruś redakcji. Niespełniona artystycznie i intelektualnie dusza. Pajac z wyboru, pisak z przypadku. Gdyby zajmował się magią, miałby ksywę The Great Retardini.
Wobec powyższych faktów miłość do ekstremy i ekskremy w postaci grindcore wydaje się być całkowicie uzasadniona.
Kapitan Bajeczny

Latest posts by Kapitan Bajeczny (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .