Anvil – „Legal At Last” (2020)

Do nowych wydawnictw starych, metalowych wyjadaczy zazwyczaj podchodzę z pewną rezerwą. Zapytacie zapewne dlaczego. Otóż nie oszukujmy się, większość tych kapel swe najlepsze lata ma już dawno za sobą. Wspomniane bandy swoje premierowe płyty nie dość, że wydają rzadko, to w sporej części przypadków daleko im do starych i klasycznych albumów, które owa grupa stworzyła.

Kanadyjski Anvil kompletnie nie wpasowuje się w powyższy schemat. Regularnie raczy fanów swymi nowymi pozycjami w dyskografii i na dodatek każda z nich jest w stanie zadowolić nawet tych wybredniejszych słuchaczy. Nie inaczej jest z osiemnastym (!) albumem „kowadeł”, zatytułowanym Legal At Last.

Co ciekawe, otwierający całość kawałek sprawił, że włączył mi się pewien alarm – Legal At Last to taki sztampowy, co dziwne pozbawiony mocy heavy, wykorzystujący do bólu ograne patenty. Słuchając go po raz pierwszy, bałem się, że cała płyta niestety jest taka. Moje obawy jednak rozwiał już drugi w kolejności, znany z singla Nabbed In Nebraska. Tutaj już braku przysłowiowego „poweru” zdecydowanie odmówić nie można. Co więcej, jest to jeden z tych kawałków, gdzie owa charakterystyczna dla heavy metalu lotność napotyka swe hardrockowe, a momentami wręcz bluesowe korzenie. Takich perełek znajdziemy tu więcej. Chociażby dość szorstki w brzmieniu Gasoline. Ma on w sobie pewne echa twórczości Black Sabbath (z okresu, gdy wokalistą wspomnianego bandu był Ś.P. Ronnie James Dio). Czysty, nieskażony niczym rasowy heavy metal dostajemy za to w postaci Chemtrails (oni chyba rzeczywiście wierzą w teorię spiskową), Glass House czy Bottom Line. Im bliżej końca, tym robi się ciekawiej, a finalny Said And Done to już prawdziwy majstersztyk, idealnie podsumowujący album.

Słuchając kilkukrotnie wnikliwie Legal At Last, ciężko mi było uwierzyć, że trzon owej kapeli stanowią goście po sześćdziesiątce. Werwy, pasji oraz radości z tworzenia i grania muzyki może im pozazdrościć nie jeden młody grajek.

Ciekawie prezentuje się także okładka – anioł palący marihuanę przez szklaną rurkę w kształcie kowadła. Wizja ciekawa, jednak nie wnikam, co natchnęło autora owej grafiki. Może lepiej w to nie brnąć.

Fanów do przesłuchania nowego dzieła Kanadyjczyków specjalnie raczej zachęcać nie trzeba. Pewnie się znajdą rożne marudy, które będą na prawo i lewo rzucać hasłem, że ten zespół ma na koncie lepsze albumy. Owszem, ma. Ale gorsze także.

Ocena 7,5/10

Tagi: , , , , , , , .