Arkona – “Khram” (2018)

Ze swoim statusem, który Arkona osiągnęła na międzynarodowej scenie metalowo-folkowej, rosyjski band mógłby równie dobrze spocząć na laurach i nagrywać tę samą muzykę przez cały czas, a fani i tak byliby zadowoleni. Jednak po trzech latach od wydania Yav’, otrzymaliśmy coś zupełnie innego. Ósmy album ekipy dowodzonej przez Maszę „Scream” to powiew świeżości w dyskografii Rosjan, coś odbiegającego od normy, a jednocześnie – trzeba to powiedzieć głośno – coś doskonałego.

Warto zacząć może od podobieństw do poprzednich wydawnictw Arkony. Na pewno długość trwania zarówno utworów, jak i całej płyty, jest dla niektórych zniechęcająca. Album trwa godzinę i piętnaście minut, a parę kawałków nawet kilkanaście minut. Jednak w moim odczuciu nie dłuży się żaden z nich, a płyta kończy się, nim tak naprawdę na dobre się „rozkręci”. Poza tym, głos wokalistki jest w doskonałej formie, nie brak tu jej charakterystycznego growlu, którego nie można pomylić z żadnym innym głosem, przeplatanego z czystym śpiewem. Doskonale wybija się chociażby w tytułowym utworze Khram czy V Pogonie Za Beloj Ten’yu.

Można zauważyć też pewne „progowe” tendencje, które ostały się Arkonie z poprzednich albumów, z długimi solówkami na dawnych instrumentach, czy nieco nudnymi pasażami, które można by skrócić o połowę (jak we wspomnianym przeze mnie V Pogonie…). Jednak na Khram jest to dużo lepiej „wszyte” w kompozycje i nie usypia czy irytuje słuchacza, tak by chciał przewinąć utwór dalej. Khram ma dużo więcej metalowego przyłożenia, wręcz black metalowe blasty, które słychać chociażby w Shtorm czy siedemnastominutowym Tseluya Zhizn’ – dwóch najmocniejszych kawałkach na albumie.

Arkona nie zapomniała jednak, skąd pochodzi i stąd w V ladonyah bogov mamy intro na pianinie. Coś zaskakującego, ale zdecydowanie nie negatywnego – daje to chwilę wytchnienia przed ostrą, metalową burzą, którą dalej sieje Masza z resztą. Dodatkowo, z tych bardziej tradycyjnych momentów, mamy też czysty, wręcz cerkiewny wokal w Volchitsa, a także przewijające się przez cały album dudy i flet, którymi raczy słuchaczy Władimir „Volk”. I robi to doskonale.

Warto też wspomnieć, że Khram to także koncept album – intro o tytule Mantra otwiera album, i tak samo go kończy, następuje tu więc swoista klamra kompozycyjna. Słuchacz uzyskuje poczucie pełni, bo właśnie taki jest ten album – pełny. Jest dopracowany od początku do końca i moim zdaniem jest to do tej pory najdoskonalsze opus rosyjskiej ekipy. Co ważne, Arkona nie odeszła od swoich pogańskich korzeni, ale dodała więcej mocy do swoich utworów. Ten nieco inny kierunek zdecydowanie mocniej trafia w moje gusta niż poprzednie wydawnictwa, i mam nadzieję, że Arkona utrzyma tę tendencję przy następnych.

Ocena: 9/10

 

Tagi: , , , , , , , .