Asguard – “Hidden God” (2016)

Jak mieliście okazję ostatnio zauważyć, na łamach Kvlt pojawiło się kilka podsumowań ubiegłego roku, gdzie była szansa sprawdzenia, jakie płyty najbardziej przypadły do gustu nam, jak i innym osobom związanym z muzyką. Gdybym miał jednak robić rachunek sumienia, w którym należałoby podać najgorszy materiał roku 2016, to z pewnością byłby to ostatni krążek białoruskiego Asguard.

Najsampierw kilka słów wprowadzenia. Początkowo myślałem, że Hidden God to debiutancki materiał, i jak się okazało byłem w błędzie. Zespół, początkowo stawiając kroki w klimatach melodyjnego black/death metalu, uległ w końcowej fazie bardzo niekorzystnej metamorfozie w kierunku bardzo słabego industrialu. Po rozpadzie w roku 2009, Asguard powrócił z zaświatów już jako jednoosobowy projekt, któremu dowodzi basista i wokalista grupy Alexander Afochenko. Natomiast całe wydawnictwo jest efektem współpracy z muzykami sesyjnymi. Na stronie wydawcy możemy z kolei przeczytać, że to “najbardziej eksperymentalny, nieoczekiwany i zróżnicowany materiał grupy”. Trudno się nie zgodzić, bo to co usłyszałem w tych sześciu numerach przerosło moje najśmielsze oczekiwania. To, co znajdujemy na czwartym albumie Białorusina, najłatwiej będzie określić upośledzonym protoplastą nu-metalu, metalcore, zbuntowanego rocka oraz nadmiernej ilości elektroniki.

Właśnie ta elektronika odgrywa tu największą rolę. Jest jej po prostu za dużo. Każdy utwór zostaje nią naładowany do granic możliwości, czasami dając wrażenie, że nawet sam autor nie chciał jej w tym miejscu, lecz skoro jest pod ręką – to czemu by nie? Skoczne, a czasami wręcz dyskotekowe protest songi (nie lubię tego określenia, ale pasuje tutaj, jak ulał), idealnie pretendują do amerykańskiego nurtu metalowców z grzywkami i kolczykami przy ustach. Utwory zostały napisane wedle schematu: wkurzony korpo-typ postara się wykrzyczeć swoje złości, ale nie zerwie krawatu, tylko delikatnie go poluzuje. Przesłodzony charakter i brak prawdziwego, a raczej szczerego wkurwu, dyskwalifikuje ten materiał na starcie. Gdy słucham tej płytki, czuję się jakbym dostał krążek z muzyką dla obrażonego nastolatka, bez najmniejszej próby pokuszenia się o eksperymenty lub oryginalność. Całość zostaje zwieńczona rockowo-funkowo-chillipepersowym kawałkiem, który jest ostatnim gwoździem do tej muzycznej trumny. Choć wykonanie techniczne nie jest złe, a Afochenko ma nawet niezły wokal do klimatu melodyjnego death metalu, to trudno doszukiwać się tutaj plusów. Po przesłuchaniu Hidden God przekonałem się jednak, że sam nie muszę szukać złych płyt. Jeżeli mają się znaleźć, to prędzej czy później i tak do Ciebie trafią!

Ocena: 1/10

Tagi: , , , , , , , , .