Astral Winter – “Forest of Silence” (2016)

Najbardziej na świecie lubię trzy rzeczy. Jedna z nich nie ma wiele wspólnego z muzyką, więc ją przemilczę. Druga to fotografowanie, i tu odsyłam Was do osobnego działu na naszej stronie. A trzecia i chyba najważniejsza, to słuchanie dobrego, naprawdę dobrego black metalu. A dobry black metal to taki, w którym pospołu mieści się wściekłość, smutek i beznadzieja. Można więc z tego wywnioskować, że najbardziej lubię jak jest szybko i ostro, a jednocześnie powoli, lirycznie i nostalgicznie.

W związku z powyższym, jak widzę gdzieś określenie „melodic black metal”, to nie ma takiej siły, która by mnie powstrzymała przed szturmem na to wydawnictwo. Koledzy z redakcji mogą prosić i błagać, sprzedawcy w sklepach chować płyty pod lady, a Internet może zamykać przede mną swoje podwoje, a ja i tak nie odpuszczę, dopóki płyta o takim określeniu nie wyląduje na moich półkach.

Rozumiecie więc, dlaczego nawet antypodowy produkt jednoosobowego projektu Astral Winter po prostu nie miał szans na innego słuchacza. Nie miał też szans na zakurzenie się na półce i bardzo szybko zawędrował do odtwarzacza. Siedem długaśnych (nawet do 15 minut) utworów zapowiadało ucztę godną Elronda z Rivendell. I faktycznie tak się zaczyna. Przestrzenne dźwięki, otwarte kompozycje, ściana gitar i umiarkowana perkusja, a do tego jadowity jak docinka teściowej wokal, tworzą utwory, jakie kocham. Oczywiście pierwsze skrzypce grają tu klawisze, ale Pathway to the Ancient Forest to kawałek naprawdę soczystej i ostrej muzyki. When Moonlight Evokes the Frozen Nights przypomina mi nieco Ius Vitae Necisque Atry Vetosus, czyli murowany kandydat na laury i czołobicie. I wszystko byłoby tak, jak przewidywałem, gdyby nie fatalna (!!!) partia czystego wokalu gdzieś około minuty 3:40 i 8:30. Matko Boska, jak można było tak z-j-e-b-a-ć taki kawałek. Witki opadają. Na szczęście utwór następny jest znów piękny i liryczny, a kolejny znów pluje jadem, ogniem i nienawiścią. Nie inaczej prezentuje się The Summoning of Arcane Magic. Tu także metal brutalny niczym katana Uruk Hai współkomponuje się pięknie z ostrym i lśniącym niczym miecz elfów podkładem lirycznym. Utwór przedostatni znów daje chwilę wytchnienia, a The Palace of the Prophets pięknie podsumowuje ten siedemdziesięciominutowy pokaz ludzkich możliwości i niemożliwości.

W tej muzyce jest wszystko. Zarówno tysiąc dźwięków na minutę, jak i zaledwie kilka (i to zazwyczaj klawiszowych). Jest tu i piekielna złość, jak i niebiańskie pochlipywanie. Klawisze potrafią grać zarazem delikatnie i powoli, i żywiołowo jak w wariacjach Paganiniego. Z gitarą i perkusją jest zresztą podobnie. Nie wiem jak inne płyty Pana Australijczyka (a ma ich 3 w dorobku), ale ta jest genialna. No… prawie genialna.

Ocena: 9/10

Tagi: , , , , , , , , .