At Dusk – “Condemned” (2019)

Nieczęsto się zdarza, że trafiają do mnie płyty w opakowaniu typu dvd-box. A tak właśnie wygląda fizyczna forma drugiej, pełnej płyty amerykańskiego At Dusk – tajemniczego, jednoosobowego projektu, za którym stoi niejaki Korihor. Zachęcony tym nietypowym wydawnictwem, czym prędzej zabrałem się za odsłuch.

Condemned to tylko cztery utwory, ale przekładające się na ponad pięćdziesiąt minut dusznego, amerykańskiego black metalu. Niezidentyfikowany szum, którym rozpoczyna się album, szybko zamienia się w czarny atak, dość charakterystyczny dla sceny USA przełomu wieków. Doom metalowe fragmenty i ambientowe przerywniki wplecione w piwniczną, gitarową nawałnicę sprawiają, że muzyka zaczyna pachnieć przykurzonymi już kapelami, takimi jak Lurker Of Chalice czy Negative Plane. Pod koniec utworu tytułowego, kiedy prędkość dochodzi do ściany i płynnie zamienia się w klawiszowy, mroczny pochód, można wyczuć inspirację zespołem Leviathan. Podobnie skonstruowany jest Consigned, jednak tutaj wolniejsze i szybsze partie przenikają się w sposób bardziej zrównoważony, bez wyraźnego podziału. Brzmieniowo jest nieco czytelniej, ale za to bardziej depresyjnie i  mrocznie. Najszybszych fragmentów nie powstydziłby się Xasthur.

Znacznie ciekawej robi się w Martyred – opętaną, diabelską inkantacją, rozpoczętą fortepianowym intrem, ozdobioną złamanym tempem, jaskiniowymi odsłuchami i szczątkową, niepokojącą melodią, która wyłania się zza ściany gitar. Duchota i ciężar brzmienia przytłacza całkowicie, lekki oddech można załapać przy dwóch, króciutkich wyciszeniach wzmagających nastrój grozy. Zamykający album Maligned, również przygniata brzmieniem, zaś na poziomie aranżacyjnym ociera się o mistrzostwo, bo utwór można śmiało uznać za depresyjny, typowo amerykański black w pigułce. Zderzają się w nim inspiracje największymi tuzami czarnego rzemiosła z USA, a sposób ich połączenia mógłby znaleźć uznanie w oczach Jefa Stuarta Whiteheada.

Po kilku odsłuchach zaczął ujawniać się dziwny podział tego albumu. Jest jakaś nieuchwytna granica pomiędzy utworami na literę C i na literę M, chociaż w wydźwięku są bardzo podobne. Nie wiem na ile to zamysł twórcy, a na ile odczucia odbiorcy, ale fakt jest taki – druga część płyty, mimo że podobna, jest po prostu lepsza, i jeśli można jej coś zarzucić, to tylko minimalną, brzmieniową niespójność. Pierwsza część jest troszeczkę za długa, tu i ówdzie parę pętli mogłoby zniknąć kosztem skondensowania utworów do granicy dziesięciu minut. Amerykanie zawsze mieli ciągoty do patetyczności i dłużyzn, nie inaczej jest w przypadku At Dusk. Efekt jest taki, że nie wiadomo jak na ten album spojrzeć – z jednej strony wielki ukłon w stronę największych, jakiego dawno nie było, z drugiej zaś – za mało indywidualizmu. Jednak ten, kto ceni sobie charakterystyczne brzmienie, aranżacyjne niespodzianki, jedyny w swoim rodzaju klimat i wszystko to, co serwowały wyżej wymienione bandy, będzie zadowolony.

Ocena: 6,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .