ATME – “State of Necessity” (2017)

Przed przystąpieniem do odsłuchu debiutanckiego krążka świeżynki, wrocławskiego zespołu ATME,  należy zrobić rachunek sumienia i zgodnie ze swoimi odczuciami odpowiedzieć sobie na pytanie, w czym odmienia się nowoczesny rock progresywny, jakim tytułuje się grupę. Ostrzegam jednak, nie skręcajcie w stronę połamanych riffów i nierównych podziałów, ostrożnie, nie tak daleko, bo przecież trzymamy się przedrostka “rock”. I co? Trudno się zdeklarować? A jeśli Wam powiem, że na polskim podwórku, całkiem gęsto progowo obsadzonym, w ubiegłym roku z impetem rozłożyła się karuzela emocji w pokręconej estetyce porządnego art rocka z dawką dobrego przyłożenia, to już lepiej? Debiutancki album Atme pod tytułem State of Necessity jest zjawiskiem na tyle przyjemnym, że zwyczajnie nie wypada go pominąć, jeżeli zależy Wam na śledzeniu rodzimych nowinek wartych uwagi.

A Panowie zdaje się łatwo nie mieli, aby zaistnieć w ogóle. Po wypuszczeniu EPki w 2015 roku odzew był dość niewielki, w przeciwieństwie do aspiracji. Oprócz ogromnego zaangażowania zespołu, album  State of Necessity wyszedł m.in. dzięki akcji crowfundingowej – to z ciekawostek. Idziemy więc dalej. Oprawa graficzna jest piękna; okładka w szarej tonacji przedstawia obraz Słónca z rozbłyskami na powierzchni autorstwa Maksymiliana Novaka-Zemplińskiego. W środku czeka nas zaś kolorowy booklet z dość wymownymi rysunkami Krzysztofa Rusinka. Mamy więc mocny element zaciekawienia na początek, wprowadzenie w klimat tajemniczości, ale i jakiejś wzniosłości. Kolejnym plusem i zachętą może być informacja  o zestawie instrumentów zastosowanych na albumie –  saksofon, aborygeńskie didgeridoo, koshi (dzwonki), misy dźwiękowe, gongi czy – uwaga – concha (nie omieszkałam sprawdzić: instrument stworzony z muszli). Już wiadomo, że będzie ciekawie? Zapraszam więc uprzejmie do zawartości.

A znajdziemy tu sporo dobrodziejstw. Przede wszystkim utwory są rozbudowane, ale i skończone. Jeśli weźmiemy na warsztat najlepsze i najdłuższe, ponad 10-minutowe kompozycje: Interrupted Call oraz Hotel of the Trasfiguration, można powoli bezpiecznie wysnuwać teorie, że z pewnością Atme nie są laikami w progowej konfiguracji. Pomysłowości tu aż nadto, są częste zmiany klimatu, bogate zaplecze, ale i przestrzeń z gitarowymi solówkami oraz stopniowanie dynamiczności i ciężkości w ciekawym wydaniu. Za najlepsze momenty uznaję najwolniejsze, zimne kompozycje, szczególnie ujmujący aurą niepokoju (un)cut Thoughts. Tego typu ekspresję chętnie porównuję do moich osobistych rewelacji w postaci Łodzian z zespołu Tune. Specyficzne prowadzenie wokalu Łukasza Pawełoszka dość mocno, przynajmniej na początku, przypomina mi możliwości Kuby Marii-Krupskiego. Zdecydowanie wolę głos Łukasza w lirycznych, wolniejszych partiach. Niestety jest też rysa na tym pięknym szkle. Otóż z początkiem odsłuchu Atme zgrzytała mi dykcja i angielszczyzna wokalisty. O ile wszystkie chrypki, wyciąganie wysokich nut czy przygaszanie kompozycji niskimi partiami – i co ciekawe dość nieschematyczne linie wokalne – fantastycznie dopasowują się do utworów, to niestety akcent w obcym języku wymaga podrasowania. Być może (być może na pewno) w tym momencie demaskuję swoją pedantyczność i czepialstwo, ale nic w temacie nie poradzę. Jeśli mam do czynienia z wydawnictwem na wysokim poziomie, to każdy aspekt muszę wziąć pod uwagę. Wybaczcie. Kompletnie nie kupuję zagrywek w stylu Ananke, gdzie nagle ni stąd, ni zowąd pojawia się recytacja w języku polskim. Brakuje mi tutaj konsekwencji. Nie do końca przekonują mnie też miksy pod okiem Uniq Sound Studio. Momentami aż się prosi trochę więcej przestrzeni, a może wyczyszczone do cna brudy też dodałyby innego smaku. Za to z drugiej strony instrumentaria na tej płycie to czarne perły! W tym miejscu zwracam uwagę na cudowną, pokiereszowaną sekcję rytmiczną Adriana Nejmana na basie i Pawła Zborowskiego na perkusji – linie basowe są klarowne, pięknie wszystko dudni, są nawet klangi, dopracowane przejścia, miód! Do tego genialnie im wtórująca gitara Piotra Gulińskiego z solówkami i lekkimi przesterami – wszystko się tutaj zgadza. Co tym razem uznaję za plus, mimo dynamiki i ciężaru niektórych kompozycji, są one na tyle wyważone, że wciąż poruszamy się po rocku progresywnym, nie przekraczając granicy metalu. Jest mocno, ale z odpowiednim dystansem, bez szarpania się na przesadne oscylowanie wokół kilku gatunków. Panowie, ja się tu kłaniam!

Na koniec parę refleksji. Panowie z Atme mają ambicję, tego nie można im odmówić. Ostatecznie mam jednak wrażenie, że State of Necessity jest nieco przeładowane nie do końca potrzebnymi wariacjami. Kompozycje są udane, chwytliwe, ale gdzieś urywa mi się wewnętrzny kontakt z tym albumem. Dzierżę ten krążek od dobrych paru tygodni i mimo, że oceniam go jak najbardziej pozytywnie, to ciągle czuję pewne zgrzyty. Może to znów moja ujawniona pedantyczność, a może zupełnie nie w tym rzecz. Mam cichą nadzieję, że przy kolejnych wydawnictwach Wrocławian będę mogła ich porównać do największych przedstawicieli kierunku prog-rock w naszym pięknym kraju. Jeszcze nie teraz, choć są ku temu dobre przesłanki. Polecam Państwu sprawdzić na własne uszy, jak może wyglądać debiut z przytupem w wykonaniu Atme, a ja z ciekawością wpiszę się na listę chętnych do obejrzenia koncertu niniejszych. Myślę, że warto.

Ocena: 7/10

Joanna Pietrzak

Joanna Pietrzak

Kosmos, alternatywa, pomieszanie z poplątaniem - szukam i sprawdzam. W końcu jesteś tym, czego słuchasz.
Joanna Pietrzak

Latest posts by Joanna Pietrzak (see all)

Tagi: , , , , , , , , , .