Azaghal / Oath – “Azaghal / Oath” (2015)

No łatwo to ostatnio nie jest. Jego Wysokość Jahwe przywołał ostatnio do siebie dwóch Wielkich muzyków – Lemmy’ego i Davida. I o ile ten drugi zdążył się jeszcze z Padołem pożegnać, pierwszy z wymienionych śmignął nam za spiżowe wrota tak jakby przypadkiem. Jakby zabrał się okazją. Nie pożegnał się z zastępem fanów. Szkoda.

W rodzimym natomiast grajdołku gęsto ściele się trup, będący efektem wymiatania z mediów wszystkiego co złe, grzeszne, dyskusyjne, nowatorskie i dalekie od ogólnie przyjętego kanonu. I tak sobie pomyślałem, że patrzeć tylko, jak z radiowego programu znikną Ossobliwości Muzyczne jako jeden z kilku o ile nie jedyny przedstawiciel muzycznego zła i niedobra, antykatolicki i antypaństwowy burzący społeczny ład zapluty karzeł reakcji. I kto wtedy będzie reprezentował naszą mniejszość narodową? Czego ja będę w radiu słuchał?

Na rozładowanie emocji postanowiłem wrzucić do odtwarzacza coś bardzo emocjonującego. Coś, co pozwoli mi najpierw skumulować w sobie negatywną energię, a potem wyrzucić ją z siebie jednym sowitym pawiem. Wróciłem więc do recenzowania otrzymanych ostatnio splitów. A żeby było ostro, uciekłem się do skandynawskich korzeni w postaci fińskiego Azaghala oraz Oatha.

Jeśli nic Wam te nazwy nie mówią, to spieszę z garścią pobieżnych informacji. Jako się rzekło, oba hordy pochodzą z krainy świętego Mikołaja, z tym że pierwsza z nich na rynku działa jeszcze od zeszłego wieku, druga zaś jest muzyczną świeżynką, która na koncie ma dopiero jeden pełnowymiarowy krążek. Obie natomiast kapele działają ostatnio pod flagą Immortal Frost Productions.

Split ukazał się z końcem zeszłego roku i zawiera ledwie 5 utworów, ale za to prawie 50 minut muzyki. Na ten nieprzebierający w środkach set składają się 3 kojące uszy rąbanki Asaghala oraz dwie sieczki Oatha. I wiecie co? Każdy, kto by pomyślał że trzy pierwsze utwory bardzo przecież doświadczonego kwartetu są o niebo lepsze od dwóch ledwie kawałków duetu z Oath, pomyliłby się równie srodze, co ten wspomniany wyżej jełop usuwający Jethonową z radia.

Muzyka obu kapel w zasadzie jest do siebie zbliżona. Ostry, bezpardonowy Black pobawiony kolorków, pudru, satynowych ciuszków i puchatych poduszek. Nie ma nawet ozdobników w postaci czaszek, mieczy, tarcz, łańcuchów i miliona innych dziecinnych popierdułek. Jest tylko siarka, ogień i ostre rżnięcie.

Już Nukkuja wskazuje jedyny właściwy i słuszny kierunek. Niczym Kurski w telewizji bez zbędnych „dzień dobry” i „przepraszam” wali nas w łeb ścianą dźwiękowych sygnałów. Linia melodyczna jest tak prosta, żeby nie można było powiedzieć, że się nie rozumie. Instrumentarium tak zredukowane, że nie można zwalić na jakiekolwiek rozpraszanie przez pedalskie fleciki czy romantyczne lutnie. Podobny przekaz, choć miejscami nieco wolniejszy, jest w utworze kolejnym (Vedenpaisumus – niech szlag trafi ten pokopany język) i ostatnim w tym splitowym dorobku Azaghala. Perkusja zapier… jakby uciekała przed reformą mediów publicznych, gitara wygrywa wręcz tantrycznie powtarzalne niczym smoleńskie miesięcznice wciąż te same frazesy a wokal okrasza wszystko zjadliwym „pohukiwaniem”. Frontman swoim krzykiem mówi dokładnie to, co chciałbym przekazać jednemu… nieważne.

Oath jest nieco grzeczniejszy, bardziej rycerski i szlachetny. W pierwszym utworze słychać nawet jakieś klawiszowe podkłady nadające muzyce nieco politury i ogłady. Tło rozczesujące nieco ten dźwiękowy kołtun. To chyba najlepszy kawałek na splicie i z pewnością argument za tym, żeby zdobyć pełnowymiarowy debiutancki krążek Saatanan myrsky yllä pyhän maan. Evernight nie jest inny. I choć może brak w tym utworze klawiszowego wsparcia, to znów mamy do czynienia z muzyką nader poukładaną i melodyjną.

Jako się już raz rzekło, za splitami nie przepadam. Ale takiego prostego, surowego i endemicznego Black Metalu posłucham nawet z jamnika na wiejskiej dyskotece. Tyle w temacie!

Ocena: 7,0 / 10,0 – 9,0 / 10.

Tagi: , , .