başnia – “No Falling Stars And No Wishes” (2019)

Parę elementów zapowiadało, że płyta No Falling Stars And No Wishes warszawskiej formacji başnia może być propozycją niezwykle udaną. Po pierwsze, Baśnia Lipińska – odpowiedzialna za muzykę, teksty, perkusjonalia i oczywiście sferę wokalną – to osoba, która już wcześniej zostawiła swój ślad na interesujących albumach Hidden By Ivy i God’s Own Medicine, wokalistka dysponująca ciekawym, pełnym ciepła i tajemnicy zarazem głosem oraz muzycznym wykształceniem, pozwalającym właściwie go wykorzystać. Po drugie, udało się zebrać tutaj grupę muzyków (Łukasz Zaorski-Sikora (bas), Adam Kaliszewski (gitary) i Filip Onufry Jaremko (bębny)) doskonale odnajdujących się w czerpiącej z lat 80. rockowej konwencji, emocjonalnej w końcu, a jednocześnie bardzo precyzyjnej i oszczędnej w formie, pozbawionej technicznych popisów w kreowaniu pewnej atmosfery. Po trzecie zaś, za produkcję wziął się rzeczywiście fachowiec, legendarny Waldemar Sorychta, który maczał swoje palce przy przynajmniej kilku arcydziełach klimatycznego grania.

Ale nawet doskonałe warunki wyjściowe nie muszą doprowadzić do satysfakcjonującego finału. W przypadku debiutu başni wszystko powiodło się jednak należycie. Płyta No Falling Stars And No Wishes to bardzo szczera, niewymuszona wypowiedź – tak od serca i z duszy, jakkolwiek trywialne wydają się podobne określenia. A zatem jeśli lubicie trochę wzniosłą, na poły baśniową, przesyconą melancholią aurę z czasów Disintegration The Cure i początków The Mission, a z drugiej strony nie uciekacie od współczesnego, ambitnego indie popu, to szanse na to, że zakochacie się w tej płycie są spore. Baśnia Lipińska doskonale odnajduje się w podobnych klimatach, które zwyczajnie zdają się dla niej naturalnym dźwiękowym i lirycznym habitatem.

Zespół wypada bardzo dobrze i w dynamiczniejszych momentach (czego przykładem choćby moja ulubiona piosenka And the Audience is Watching the Show), ale przede wszystkim czarując, rozmywając się w dźwiękach, brodząc na granicy snu (by wymienić I Feel the Void albo Maybe I’ve Gone Mad Tonight). Charakterystyczna, chłodnie i oszczędnie brzmiąca gitara, mocno zaakcentowana, pulsująca, ale zdystansowana sekcja rytmiczna, pełna przestrzeni produkcja – to oczywiście znaki rozpoznawcze new wave w starym, dobrym stylu, ale można użyć pewnych sprawdzonych wzorców ze smakiem (jak tutaj), albo wywołując znużenie.

Znakomicie też sprawdził się pośród tych dźwięków zaproszony do nagrań Michał Michota. Gdy pojawia się trąbka – instrument już nie tak oczywisty dla stylu – od razu dodaje szczypty charakteru, magii, czasem i polotu (jak w Night of the Lost choćby). Zresztą singlowy numer, z wyrazistym rytmem, z lekko funkującym basem (podobnym połączeniem tanecznej energii z chłodnym powiewem nowej fali mieliśmy kiedyś do czynienia w Luccioli Maanamu), to także wyróżniająca się rzecz.

Ale No Falling Stars And No Wishes to przede wszystkim płyta spójna i najlepiej słuchać jej w całości. Tak smakuje najlepiej, tak najmocniej czuć jej wciągającą atmosferę. Dobre piosenki, które przy odrobinie chęci ze strony radiowców nieźle odnalazłyby się w eterze, nawet w tych komercyjnych rozgłośniach.

Ocena: 8/10

Oficjalna strona zespołu na Facebooku

 

Paweł Lach

Od dłuższego czasu pisuje o muzyce (i nie tylko) dla różnych portali. Nie słucha latynoskiego folkloru, a poza tym jest w stanie popróbować wszystkiego.

http://lach.kf-oswiecim.net/
Paweł Lach

Latest posts by Paweł Lach (see all)

Tagi: , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , , .