Bethlehem – “Lebe Dich Leer” (2019)

Zawsze miałem zakodowane w głowie, że Bethlehem to jeden z tych zespołów, o których każdy słyszał, a które mało kto zna. Ich pierwsza płyta odbiła się sporym echem na około-black metalowej scenie, ale czasy, kiedy Dark Metal był świeży i straszny dawno minęły. Drugi album także narobił szumu, chociaż bardziej z powodu cenzorskiej pętli, jaka zacisnęła się na zespole, ale o tym też już dziś nikt nie pamięta. Bethlehem na przekór wszystkim nadal eksperymentował z muzyką, zmieniał oblicza i składy dając ujście szalonym koncepcjom Jurgena Bartscha, wciąż pozostając w strefie półcienia czarnej sceny.

Dziewiąta płyta grupy jest zarazem drugą, na której mikrofon dzierży kobieta. Można to uznać za zaskoczenie, biorąc pod uwagę, że Jurgen Bartsch zmienia muzyków częściej niż szafiarka kiecki, ale uczciwie trzeba przyznać, że zadziorny i niechlujny głos Onielar idealnie wpasowuje się zarówno w mroczno-melodyjne, tremolowe partie, jak i bardziej delikatne oblicza nowej muzyki Niemców.

Verdaut In klaffenden Maulern pachnie bardzo mocno szwedzką melodyką, tremolowy riff zapada w pamięć, a przeplatające się przez numer rockowe partie dodają piosenkowego charakteru. Podobne tony usłyszymy w Niemals mehr leben, w którym bliźniacze galopady zderzają się z gotyckimi partiami na wzór szeregu mrocznych zespołów z zawodzącymi dziewczętami przed mikrofonem. Eksperymentalny odjazd zaczyna się w Ich weiß ich bin keins, który brzmi jak zmiksowane Das Ich z My Dying Bride. Jednak numer ma w sobie to „coś”, co sprawia, że zostaje w pamięci bardzo długo i wyrasta na jeden z absolutnie najciekawszych fragmentów albumu. Interesująco przedstawia się także Wo alte Spinnen buten, zakorzeniony w Wielkiej Brytanii, doom metalowy pochód poprzeplatany wyciszeniami i ozdobiony całą paletą wokalnych barw, od growlu, po szeptaną, delikatną melodeklamację. Czeka nas jeszcze walcowaty trans oparty na dudniącym, basowym rytmie, gotycki, melodyjny promyk z gitarowym pasażem w tle i powrót do blackowego riffowania w Ode an die obszöne Scheußlichkeit – melodyjnej, niemal piosenkowej odsłonie szatańskiego, gitarowego rzemiosła. Aberwitzige Infraschall-Ritualistik to przefiltrowany przez skandynawskie galopady stary, cuchnący siarką Celtic Frost i właściwie niewiele więcej, chociaż bez zarzutu wpisuje się w charakter płyty.

Takie granie można lubić lub nie, zapewne znajdą się też tacy, którzy uznają je za dobry podkład pod obieranie ziemniaków i też będą mieć rację. Jedno jest pewne – bez względu na nastawienie album na pewno nie nudzi. Każdy utwór ma swoją myśl przewodnią, przekładającą się na wyraźny charakter całości, ale sposób komponowania i aranżowania przykuwa uwagę pozorną nieoczywistością. Kiedy spodziewamy się galopady rodem z drugiej fali, Niemcy grają niemal radiową piosenkę. Kiedy czekamy na rockowe brzmienia, ci przeszywają mózg wiercącymi gitarami. A kiedy oczekujemy nieokiełznanego ataku, studzą emocje doomowo-gotyckimi pasażami. Wszystko to na dodatek poprzetykane jest swoistą, diabelską delikatnością, niemal ciszą, która wydaje się echem tęsknoty za Niklasem Kvarforthem. O takich płytach nie można powiedzieć wiele więcej, każdy powinien zderzyć się z tym sam. I wcale nie będzie łatwo wyrobić sobie o niej zdanie.

Ocena: 7/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Tagi: , , , , , , , , .