Betrayer – “Scaregod” (2018)

Jestem czasami tchórzem. Od tych słów musiałem zacząć tę recenzję. Wyznanie to związane jest z zespołem Betrayer, którego poprzedniego albumu (po wysłuchaniu singla) bałem się przesłuchać w całości. Niestety brzmienie pozostawiało wiele do życzenia, a ja się obawiałem, że płytą tą zniszczę sobie kult, jakim darzę stary Betrayer. Calamity słuchane w czasach małego dostępu do kaset stało się dla mnie czymś ponad zwykły album. Słuchałem go, patrząc jednocześnie w teksty wydrukowane we wkładce kasety, i gapiąc się na jedyne foto, jakie ich miałem, myśląc o tym, jak bardzo chciałbym wyglądać jak oni. Nazywałem ich wówczas mianem polskiego Deicide, dzięki jadowitemu wokalowi Beriala i złowieszczym tekstom. Kiedyś co prawda łatwiej było wytworzyć klimat tajemniczości i legendy, ale nie zmienia to faktu, iż Calamity jest albumem ponad-przeciętnym.

Infernum In Terra obiecuję nadrobić, a teraz biorę się za Scaregod. Tak zatytułowany jest nowy, diabelski bękart Beriala i spółki, wydany pierwszego czerwca przez Mystic Production. Już utwór singlowy We Are Rebels okazał się obiecujący, otwiera on również całą płytę, która pozbawiona intra uderza bez skrupułów w narządy słuchu. W przewodzącym riffie słyszę wpływy Carcass, zwrotka z kolei ubrana w brutalny krzyk lidera stanowczo pozwala stwierdzić, że mamy do czynienia z Betrayer. Brzmienie, za które odpowiedzialny jest Pan Arek „Malta” Malczewski oddaje moc kompozycji i tym razem nie zgrzytam zębami.

Drugi utwór The Archfiend to ewidentny ukłon do bogów z Morbid Angel. Obok charakterystycznego podwójnego kostkowania gitarzystów do miarowego, dwustopowego rytmu można wyłapać te naleciałości w pauzach i wejściach gitarowych rodem z Blessed Are the Sick. Wszystko to oczywiście zalane jest betrayerowym sosem, tworząc mordercze danie, którego jestem w stanie pochłonąć każdą ilość.

Drown In Madness to znów małe skojarzenie z Carcass. Tak, znowu do kogoś porównuje, ale jak być porównywanym to do najlepszych i mam nadzieję, że twórcy Scaregod nie będą mi mieli tego za złe. Poza tym jednym riffem cała kompozycja utrzymana jest w stylu przypominającym Calamity. Bardzo zgrabna mieszanka nowoczesności z oldschoolem.

Kompozycja ustawiona na czwartej pozycji stała się moim faworytem już od pierwszego odsłuchu. Gateway To Damnation jest najbardziej pokręconą kompozycją na płycie i chyba też najnowocześniejszą. Rwane partie grane w zwrotce przykuwają uwagę, a linia wokalna idealnie współgra z ich chorymi podziałami. Dobrą robotę odwala tu też perkusista Arkadiusz „Kozak” Kozakiewicz.

Ashes of the Vatican i Crucified Again to równie mocne death metalowe bomby o sporej sile rażenia. W pierwszym spodobały mi się staromodnie użyte klawisze, a w drugim ciężkie gitary.

Jako siódmy uderza Acrid Blood. Jest to utwór z 1991 roku pochodzący z demo Necronomical Exmortis i nagrany ponownie na potrzeby nowej płyty. Jak to z odświeżonymi wersjami bywa, każdy pewnie będzie miał inne zdanie na jej temat. W moim odczuciu utwór komponuje się z całością płyty i mimo lat dzielących go z resztą albumu – nie czuć przepaści.

Ostatnie dwa utwory dobrze podsumowują materiał. L.C.F miksuje w sobie death metal z thrashem, jest konkretny i utrzymany w średnim tempie. Beneath the Burning Sky z kolei to 3 minutowy, zdominowany przez blasty akt agresji. Refren (bardzo dobry zresztą) ma coś z klimatu God Dethroned.

Scaregod to dobra płyta. Cieszy mnie ten fakt niezmiernie, Betrayer zawsze był dla mnie ważnym bandem i nadal ważnym pozostanie. Muzyka zawarta na nowym albumie łączy zgrabnie nowomodne zagrywki z metalem lat 90. Możliwe, że znajdą się malkontenci, którzy stwierdzą, iż za mało na tej płycie starego Betrayer. Prawda jest taka, że nie wiadomo jak brzmiałby ten zespół, gdyby nie miał wieloletniej przerwy w tworzeniu, i zamiast go negować – należy cieszyć się z jego powrotu.

Ocena: 9.5/10

Tagi: , , , , , , .