Black Cyclone – “Death is King” (2018)

Ach, te wszechobecne i dominujące inspiracje latami osiemdziesiątymi. Miłość do tej dekady jest silna jak Hulk Hogan i wytrzymała niczym Chuck Norris. Nie inaczej jest w przypadku szwedzkiej grupy Black Cyclone, która w tym roku uraczyła nas swoim debiutanckim długograjem. Zapnijcie pasy, bo czeka Was prawdziwie szalona jazda.

Death is King to dziewięć kompozycji, które utrzymane są w old schoolowej thrashowej stylistyce, czerpiąc z najlepszych dokonań pierwszych lat fenomenu tego gatunku. Zakorzenione silnie w klimacie zachodniego wybrzeża USA, kawałki zawarte na tym krążku to mieszanka najlepszych z najlepszych – Death Angel, Sacred Reich, a nawet czuć tu trochę Slayera z najwcześniejszych lat. Jedna cecha z pewnością wybija się tu na pierwszy plan. Surowość. Szwedzi nie pieszczą się w swoim podejściu do muzyki, nie polerują tego diamentu, jakim jest szybki, ostry i bezkompromisowy thrash. Sam początek płyty w postaci Death is Crowned as King swoje korzenie ma jeszcze głębiej, gdzieś w heavy metalu z lat siedemdziesiątych, choć riff tak bardzo przypomina Hit The Lights Metalliki. Takie połączenie okazuje się być kluczem do sukcesu, gdyż cały album Black Cyclone daje niezłego kopa i dostarcza dużo przyjemności z odsłuchu. Nogi same chodzą do rytmu Beast Battalion i Death By Crushing, moich osobistych faworytów z tej płyty.

Gdyby ktoś natknął się na ten krążek bez wiedzy o dacie jego powstania, to spokojnie mógłby zasięgnąć więcej informacji w archiwum, bo Death is King równie dobrze mógł powstać trzydzieści lat temu i zostać cyfrowo odświeżony. Ale tak nie jest – Szwedzi dostarczają za to potężnej dawki starej szkoły thrash metalu, która pomimo upływu lat nadal brzmi świeżo. Tego się po prostu bardzo dobrze słucha. Na uwagę zasługują nie tylko trzymające wszystko w ryzach gitarowe riffy, ale również imponujący wokal, raz po raz wznoszący się na wyżyny możliwości. Próżno szukać tu słabych momentów, które zaniżałyby poziom i odstawałyby od przyjętej przez zespół stylistyki. Od początku do końca album tnie słuchacza i udowadnia, że thrash wciąż żyje i ma się dobrze. Jedyne, co można zarzucić Black Cyclone, to swoista powtarzalność i przewidywalność, ale z drugiej strony rozumiem, że właśnie o to chodziło.

Generalnie jednak Death is King to propozycja godna polecenia wszystkim maniakom szybkiego metalowego grania i melodyjnej rozwałki. Szwedzi dostarczają dużo dobrego, przez co trafiają na jedną z wyższych półek w mojej personalnej liście przebojów. Rok 2018, a czujesz, jakby znów był 1983. Dzięki, Black Cyclone!

Ocena: 9/10

Vladymir

Vladymir

Now I am become Death, the destroyer of worlds.
Vladymir

Latest posts by Vladymir (see all)

Tagi: , , , , , , , , .