Black Magic Rites – “Psychocoven” (2019)

Patrzę na nazwę zespołu, okładkę, tytuły numerów i mniej więcej wiem – granie retro ciągle jest w cenie, a psychodeliczny doom metal ma się znakomicie, skoro tyle płyt się ukazuje, i to tylko w naszym pięknym kraju. Black Magic Rites to twór powołany do życia trochę z przypadku. Śląski duet w osobach Marcela Łękawy i Michała „Neithana” Kiełbasy nagrał album, jakiego raczej nikt by się po nich nie spodziewał, ale to tylko świadczy o niezbadanych ścieżkach artystycznych umysłów, które w szale tworzenia nie mają zamiaru zatrzymać się nawet na chwilę.

To jeden z albumów, o którym wiemy bardzo dużo jeszcze przed odsłuchem. Wiadomo, że będzie ciężko, mrocznie, duszno, gęsto od dymu, wolno, tajemniczo i rytualnie. Pogrzeby, cmentarze, groby i trupy w tytułach dopełniają obrazu całości, a my możemy się tylko zastanawiać jak dużo będzie nawiązań do ciężkiej, smolistej psychodelii przełomu lat 60. i 70. XX wieku i czy riffy będą tylko miliardową wariacją wczesnego Black Sabbath czy czymś więcej.

Album jest monolitem, osadzonym na walcowatym tempie, naszpikowanym ciężkimi jak głazy riffami, pełnym klimatu i nieskrępowanego luzu. Wiadomo, że to wszystko już było w każdej możliwej konfiguracji, ale od takich płyt nikt nie oczekuje przekraczania granic. To ma być proste, ciężkie i klimatyczne, a reszta się nie liczy. Black Magic Rites spełnia wszelkie kryteria, by stać się flagowym zespołem ze swej niszy – pozornie nie robi nic, by wyskoczyć z ramek, w które sam się wpisał, ale czy tylko ja słyszę w Connecting The Dead doom metalową wariację na temat środkowego Godflesh? Pewnie każdy słyszy co chce, bo to na tyle prosta muzyka, że można w niej upchać dużo i przemycić sporo pod warstwą smoły i dymu, a nadal będzie wyglądać jak szyty na miarę doom. Panowie serwują całkiem dużo różnych zagrywek, nie zawsze oczywistych i umiejętnie pochowanych w zakamarkach, choć przefiltrowanych przez ich dotychczasowe muzyczne zainteresowania. Wychwytywanie obcych domieszek na Psychocoven jest rewelacyjną zabawą. Można się zatracić w zaglądaniu pod grobowe płyty, pod płaszcz czarownicy, w trumnę, z której właśnie wywleczono trupa czy na ołtarz sklecony na szybko z czaszek i kości. To i owo można znaleźć, ale parę odsłuchów minie, zanim zorientujemy się, że wszelkie nietypowe przyprawy dosypano do kadzidła i zaprawiono nimi dym, snujący się nad otoczeniem. Dym pachnący Electric Wizard na zmianę z Coven, ale gdy mocno zgęstnieje (kapitalna pętla w Into The Void) to można odlecieć i kompletnie zatracić się w szaleństwie.

Wszelkie oczekiwania wypełnione są z nawiązką, choć tak naprawdę, żadnych nie było. Jest tu wszystko, co powinno znajdować się na takiej płycie, a składniki są najwyższej jakości. Psychocoven jest jak dźwiękowe ucieleśnienie mrocznych fascynacji nastolatka – diabłem, szatańskimi rytuałami, cmentarnym klimatem, zombie, perwersyjną erotyką i zakazaną chemią pobudzającą zwoje mózgowe. Za nic w świecie się do nich nie przyzna, ale przecież nie musi – ma od tego chłopaków z Black Magic Rites.

Ocena: 8,5/10

 

Rafał Chmura

Im większa abstynencja muzyczna, tym bardziej liberalne kryteria jej wyboru
Rafał Chmura

Latest posts by Rafał Chmura (see all)

Tagi: , , , , , , , .